Ben Bova - Wędrowcy
Здесь есть возможность читать онлайн «Ben Bova - Wędrowcy» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Город: Warszawa, Год выпуска: 1994, Издательство: Orion, Жанр: Фантастика и фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:Wędrowcy
- Автор:
- Издательство:Orion
- Жанр:
- Год:1994
- Город:Warszawa
- ISBN:нет данных
- Рейтинг книги:3 / 5. Голосов: 1
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 60
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Wędrowcy: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Wędrowcy»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
Lee Dubridge
Wędrowcy — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Wędrowcy», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
Maria mówiła coś jeszcze do kierowcy samochodu stojącego pod ich blokiem, zaś Markow stał obok drzwi wejściowych, przestępując z nogi na nogę. Wiedział, że sąsiedzi z okolicznych bloków obserwują ich dyskretnie, gdyż w oknach za firankami majaczyły ludzkie sylwetki. Choć samochód nie nosił żadnych szczególnych znaków, wszyscy podejrzewali, że jest to samochód rządowy. Markow niemal czuł, jak fale ciekawości i strachu przebiegają wzdłuż bloków niby prąd elektryczny.
— To profesor!
— Pewnie go zabierają. W środku dnia?
— Sam widzisz.
— Jego żonę też?
— Na to raczej nie wygląda.
— Nie wyglądają na zdenerwowanych. Ani jedno, ani drugie.
— Może nie jest tak, jak myślimy.
— Przeważnie przyjeżdżają nocami.
— Mhm. Ja wiem, jak oni to robią. Profesor może myśleć, że go zabierają na lotnisko albo na jakiś uniwersytet. Nawet jego żona może tak myśleć. Ale przypatrz mu się dobrze. Więcej go już nie zobaczysz.
— No pewnie.
— Tak jak zabrali mojego brata Griszę. Powiedzieli mu, że go przenoszą do innej pracy, w Charkowie. Poszedł ze śmiechem na ustach… do bydlęcego wagonu, który powiózł go prosto na Syberię. Dostał osiem lat. Jak go wreszcie wypuścili, pozostawało mu tylko umrzeć. Był zupełnie załamany.
— Ale co ten profesor mógł takiego zrobić?
— To myśliciel. Dziś nie jest dobrze za dużo myśleć.
Markow uśmiechnął się do siebie na myśl o szeptanych rozmowach, jakie niewątpliwie odbywały się teraz za firankami.
„To nic z tych rzeczy, przyjaciele — miał ochotę powiedzieć. — Rząd ceni mnie za moją umiejętność myślenia.”
Maria skończyła rozmawiać z kierowcą, wyprostowała się i obróciła w stronę Markowa. Miała na sobie jedynie swój regulaminowy mundur, czyli cienką bluzę, która z trudem mieściła jej pełne kształty. Markow nie mógł pojąć, jak wytrzymywała w takim stroju, stojąc przez kilka minut na lodowatym wietrze. Jednakże jej stopy były zawsze lodowate, gdy kładła się do łóżka.
— No, chodź! — ponagliła go niecierpliwie.
Podniósł z posadzki teczkę, zbiegł ze schodów przed domem i chwycił za klamkę drzwi obok kierowcy.
— Siadaj z tyłu — powiedziała.
— Ach, rozumiem. — Otworzył tylne drzwi i przez chwilę się ociągał, jakby był niezdecydowany.
Maria stała obok niego, jak zwykle, z kwaśną miną. Spojrzał jej w oczy.
— Prawdopodobnie… nie zobaczymy się przez dłuższy czas — rzekł.
Skinęła obojętnie głową.
— Dbaj o siebie, dobra dziewczyno — powiedział.
— Ty też — mruknęła.
Położył jej rękę na ramieniu i gdy się odwróciła twarzą do niego, pocałował ją lekko w policzek. Potem szybko wskoczył do samochodu. Zatrzasnęła za nim drzwi. Kierowca zapalił silnik przy akompaniamencie niesamowitych zgrzytów jakiegoś koła zębatego.
Gdy samochód oddalił się od krawężnika, Markow odwrócił się, aby pomachać żonie ręką. Ona szła już jednak po schodkach do bloku. Nie wiedzieć czemu, poczuł, że coś ściska go za gardło.
Laboratorium Badawcze Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych było usytuowane nad rzeką Potomac, niemal dokładnie pod powietrzną ścieżką, którą podchodziły do lądowania przybywające do Waszyngtonu samoloty pasażerskie.
Ramsey McDermott uśmiechnął się do siebie blado, gdy samolot, którym leciał, przemknął nad dachami Laboratorium. Jego czterdziesto-minutowa podróż zbliżała się do końca. Trudno ją było uznać za interesującą, gdyż siedzący obok niego biznesmen z wolem na szyi — najwyraźniej cierpiący na tarczycę — przez całą drogę szperał w jakichś papierach i coś obliczał na podręcznym kalkulatorze. Z dachu centralnego budynku Laboratorium patrzyła w niebo czasza osiemnastometrowego radioteleskopu.
„Nie ma mowy, aby tym złomem odebrali sygnały z Jowisza” — pomyślał McDermott.
Spiesząc się na spotkanie z Tuttle’em, wybrał tego dnia pierwszego Boeinga 727 linii Eastern, jaki leciał z Bostonu do Nowego Jorku, i tam chwilę przesiadł się na samolot odlatujący do Waszyngtonu.
Biuro Tuttle’a nie mieściło się ani w Laboratorium, ani w Pentagonie. Komandor miał szczęście trafić do nowiuteńkiego biurowca, który Marynarka wynajęła w waszyngtońskim Crystal City. Był to jeden z wieżowców ze szkła i stali, dzięki którym ta dzielnica miasta otrzymała tę właśnie nazwę.
McDermott zadzwonił do komandora z lotniska i umówili się na spotkanie w restauracji, w centrum miasta.
Ramsey McDermott, niespokojnie bębniąc palcami w trzcinowy stolik, wystawiony na trotuar przed jedną z restauracji na Connecticut Avenue, czekał cierpliwie w chłodzie dnia, aż komandor porucznik Tuttle wybierze sobie zestaw dań obiadowych z wielostronicowego menu.
Tuttle upierał się przy spotkaniu na świeżym powietrzu, twierdząc, że niebezpieczeństwo podsłuchu jest wtedy mniejsze.
Jedząc i pijąc omawiali problemy związane z przeniesieniem personelu do Arecibo. Tuttle, jak gdyby był starym konspiratorem, natychmiast ściszał głos, gdy tylko w ich pobliżu pojawił się jakiś kelner. McDermott, któremu zarówno chłód, jak hałas ulicy zdecydowanie dawały się we znaki, z trudem próbował panować nad swymi nerwami.
— Jeśli potrzebne nam jest Arecibo, dostaniemy Arecibo — podsumował w końcu rozmowę komandor. — Choćbym miał w tym celu zmusić prezydenta do ogłoszenia stanu wyjątkowego.
— Może pan to zrobić?
Tuttle uroczyście skinął głową.
— Jeśli będzie trzeba, z całą pewnością.
Po raz pierwszy młody oficer Marynarki zaimponował staremu profesorowi swymi możliwościami.
— Ale ten Stoner… — mówił Tuttle — on jest kluczem do wszystkiego. Potrzebujemy go, aby korelował obserwacje optyczne z nasłuchem radiowym.
— Proszę się nie martwić — uspokoił go McDermott. — Zrobi to.
— Nie domagał się widzenia z adwokatem albo nie próbował uciec z domu, w którym go umieściliśmy?
— Nie. Jest teraz w trakcie rozwodu. Sądzę, że jest zadowolony, że mógł się znaleźć w miejscu, gdzie go nie znajdą adwokaci jego żony. — McDermott zaśmiał się do siebie. — A poza tym on ma dużą dozę czy raczej śmiertelną dawkę starej jak świat ciekawości naukowej. A bez nas nigdy jej nie będzie mógł zaspokoić.
— Nie chciałbym w to wciągać nikogo więcej, jeśli tego można uniknąć — rzekł Tuttle. — Bóg mi świadkiem, że dość ludzi jest już zaangażowanych w ten projekt. Nie chcę, żeby ktokolwiek z zewnątrz wiedział, co robimy. Na to przyjdzie jeszcze czas.
— Stoner pójdzie na współpracę.
— A czy będzie mógł dostać więcej zdjęć z Wielkiego Oka?
— Pomagał go konstruować i montować. Teleskop jest teraz sprawdzany przez ludzi z NASA w ośrodku Goddarda, zanim zostanie przekazany konsorcjum uniwersyteckiemu, które będzie nim zarządzało. Oficjalną datę przekazania wyznaczono na pierwszego stycznia. Do tego czasu ludzie z Goddarda zawsze zrobią staremu kumplowi małą przysługę. Stoner pracował z nimi pięć lat. Oni sądzą, że pomagają tymi zdjęciami facetowi, który został wylany z pracy.
— A sam Stoner nie nawarzy nam jakiegoś piwa? Będzie siedział spokojnie tam, gdzie go przydzielimy?
— Tak.
— Jest pan tego pewny? Na sto procent?
McDermott oparł swe ciężkie ramiona na chwiejnym, trzcinowym stoliku.
— Niech pan posłucha — rzekł. — Tam, gdzie teraz jest, ma wszystko, czego potrzebuje. Ale ja zrobię coś więcej. Sprowadzę mu tam dziewczynę, jedną ze studentek, Jo jakaś tam… Nie pamiętam nazwiska. Superbabka. Poparaduje tam kilka dni i niech natura rozwiąże cały problem. Ta Jo zajmie mu dużo czasu. I tak mu umili pobyt, że nie będzie się chciał stamtąd ruszyć.
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «Wędrowcy»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Wędrowcy» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «Wędrowcy» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.
