— Ilsa, jesteś pewna, że tego chcesz? — zapytała Jayan.
Jinny nie była brzemienna, Jayan i Minyi ich stan jeszcze nie przeszkadzał. Ilsa była w gorszej sytuacji.
— Ja też nie chcę, żeby moje dziecko urodziło się manusem.
Konar zadygotał pod potężnym ciosem.
— Druga winda — domyśliła się Ilsa. — Karal mówił o dwóch.
— Minya, ty rozmawiałaś z Termem — zagadnęła Jayan. — Co powiedział?
— Kazał nam iść w górę. Będzie próbował przejąć monta. Jeśli mu się to nie uda…
— Wtedy już nie żyje — podsumowała Ilsa. — Wszyscy wojownicy Stanów Carthera zginą także, a my nigdy się stąd nie wydostaniemy. Z tego wynika, że musi mu się udać. Na pewno ma teraz monta i tylu wojowników Stanów Carthera na pokładzie, ilu udało mu się zebrać, a teraz próbuje się do nas dostać. Kto idzie z nami?
Nikt nie podsunął żadnego imienia.
— Jesteśmy jedynymi nowymi manusami — odparła Jayan. — Pozostali niech sobie wojują sami.
— Nie wejdziesz na górę.
Obejrzały się, zaskoczone. Dloris odwróciła oczy od ich twardych spojrzeń. Powtórzyła z uporem:
— Nie wejdziecie na górę. Tunele prowadzą do grani i do dziupli. Nie ma tunelu łączącego nas ze szczytem kępy, bo tam mieszkają mężczyźni. Żadna z was nie jest w stanie wyciąć tunelu w liściach, a jeśli już wyjdziecie na górę, będzie was widać jak moby ‘ego w garnku.
— No to co?
— Czekajcie, aż przyjaciele po was przyjdą.
Ilsa potrząsnęła głową.
— Karal na pewno już ewakuował wyższe poziomy.
— Ilso, to wielki, skomplikowany labirynt, który nie łączy się z górą. Możesz się tylko zgubić.
— A co ty z tego będziesz miała, Dloris?
— Pozwolicie mi żyć. Nie powiecie nikomu, że pomogłam.
— Dlaczego?
— Sama kiedyś chciałam uciec. Teraz już zbyt długo byłam strażniczką. Ktoś na pewno będzie chciał mnie zabić. Ale naprawdę nie możecie iść w górę. Zostańcie tu i czekajcie.
Spojrzały po sobie.
— Ty to robiłaś przez trzydzieści lat? Nie, dzięki, chyba już wiem, co zrobimy.
Term postukał w kontrolkę silnika… trudna sprawa. Trzeba ich było używać parami i sektorami, żeby nie zaczęły obracać montem. Opadł w listowie z potwornym hukiem, o dobrych kilka metrów od platformy, i natychmiast otworzył drzwi.
W ich stronę rzuciło się trzech mężczyzn. Gavving chwycił najstarszego za ramię. Ostatni ubrany był w błękit i miał przy boku miecz. Debby wycelowała starannie i przeszyła go strzałą z kuszy.
Gavving i obcy wciągnęli się do środka. Starszy człowiek dyszał ciężko.
— Ruszaj — polecił Gavving. — To jest Koń. Chce przyłączyć się do Plemienia Quinna. Alfin nie idzie. Podoba mu się tutaj.
Od drzwi odbił się pierzasty harpun. Term zamknął je szybko.
— Pozostawiłem Minyę i Jayan w kompleksie dla ciężarnych — powiedział.
— Co? Minya?…
— Nosi gościa, Gavvingu. Twoje dziecko. A mężczyznom nie wolno tam wchodzić. — Później powie Termowi całą prawdę… a przynajmniej jej część… Na razie, dla świadków, Minya nosi w sobie dziecko jej męża. — Ilsa też tam jest, Anthonie. Powiedziałem Minyi, żeby je wszystkie zebrała i szła w górę. Będziemy musieli na nie zaczekać.
Clave skinął głową. Gavving gapił się z rozdziawionymi ustami.
— Term, nie wiedziałeś, że tunele mężczyzn nie łączą się z tunelami kobiet? — zapytał.
— Co takiego?
— Będą musiały przejść całą drogę do grani lub do dziupli i z powrotem! Albo wyłamać nową ścieżkę… Term, oni na pewno je złapią!
Clave położył dłoń na ramieniu Gavvinga.
— Uspokój się, mały. Term, dokąd mogłyby pójść?
Term na próżno próbował zebrać myśli.
— Na grań — podsunął Koń. — Tam jest Flota. Może nikt nie zauważy kilku kobiet na Rynku albo w szkołach. A może zostaną tam, gdzie są, i będą czekać?
— Jinny będzie przy dziupli tak czy owak. Dobrze, lecimy. — Term odpalił przednie silniki.
Mont uniósł się nad kępę rufą do przodu, znacząc drogę pożarami.
— Podpalisz drzewo, idioto! — wrzasnęła Lawri.
Udał, że nie słyszy.
— Byłem w wiosce ciężarnych — wyjaśnił. — Natomiast nie byłem na Rynku.
— Alfin był — podsunął Gavving. — Jest wielki, sięga do samej dziupli. Jeśli wprowadzimy monta do dziupli…
Lawri zaczęła wić się w więzach.
— Nie możecie! Nie możecie spalić dziupli! Kim wy jesteście? To już nie żaden bunt, to niszczenie dla przyjemności!
— A może Drzewo Londyn przeprowadzi negocjacje ze zbuntowanymi manusami? — łagodnie zapytał Anthon.
Lawri milczała.
— Kłamstwo nic nie pomoże. Przedtem byłaś bardziej przekonująca. Lecimy po naszych ludzi.
Mont ruszył bokiem wzdłuż kępy, przyspieszając leniwie. Nagle nad głowami zobaczyli jasne niebo, a Term obrócił pojazd.
Spadali w kierunku dziupli. Mont zwolnił i zawisł nad nią. Term dotknął pary żółtych kropek. Bliźniacze promienie światła uderzyły w Rynek, jakby pojazd był słońcem na uwięzi.
Kobiety rzuciły się… do ucieczki. Same wielkoludki, skaczące jak żaby po podłożu ze splecionych gałązek. Żadna nie była wzrostu ani kolorytu Jinny.
— Zostaw — odezwał się Clave, jakby słowa sprawiały mu ból. — Ruszamy do wioski ciężarnych. Jak tam dotrzeć?
Term opuścił monta. Znajdowali się teraz poniżej kępy: pod stopami niebieskie niebo, nad głowami zieleń.
— Jest pod konarem. Najlepiej chyba będzie, jeśli podlecę tam od dołu. Może nie zrobię tego zbyt dokładnie, a może Flota już się połapała, o co nam chodzi. Jesteście przygotowani na walkę?
— Tak — odparło kilka głosów naraz.
Term wyszczerzył zęby.
— Może uda mi się zeskrobać z grzbietu tego srebrnego. Widzę, że jeszcze nas nie opuścił… a to co takiego?
Z listowia wypadały jakieś przedmioty. Kłąb tkanin związany liną. Drugie bochny chleba. Nieżywy ptak, oczyszczony i obdarty ze skóry. I nagle zielone niebo zaroiło się od kobiet: Jayan, Jinny, gigantka… Ilsa?
— Skoczyły — z podziwem szepnął Gavving. — A gdybyśmy nie przylecieli?
— Ale przylecieliśmy — ucięła Merril. — Bierz je!
Spadły jeszcze dwie skórzane torby, a za nimi jeszcze jedna kobieta — głową w dół, żeby dogonić pozostałe: Minya.
Term zamknął silniki i zastanawiał się przez chwilę. Słyszał jak przez mgłę krzyczące do niego głosy, ale udało mu się odseparować od irytującego hałasu.
Muszę je złapać w śluzę powietrzną. A co ze srebrnym? — zastanawiał się. Wciąż jeszcze był na grzbietowej powierzchni monta. Term obrócił pojazd tak, aby kadłub znalazł się pomiędzy karłem w kombinezonie a kobietami.
Rozdzieliły się. Potrzebne będą trzy manewry: najpierw Jayan i Jinny. Trzymały się za ręce, patrząc sobie w twarze, tak samo jak w dniu zniszczenia Drzewa Daltona-Quinna… Wydawały się dość spokojne, biorąc pod uwagę okoliczności. Mont podpłynął w ich stronę.
Srebrny człowiek zaczął pełznąć w stronę śluzy.
— Trzymajcie się — mruknął Term i wpuścił monta w korkociąg. Szybciej. W głowie mu się kręciło, widział za sobą pozieleniałe nagle twarze. Srebrny człowiek, zaskoczony podczas mijania narożnika, wisiał tylko na rękach. Term jeszcze raz użył silników, tym razem w kierunku przeciwnym do wirowania i mocno uderzył srebrnym człowiekiem o kadłub. Był wolny.
Szybko otworzył drzwi. Bliźniaczki już do niego płynęły. Plunął ogniem, żeby zwolnić monta, zatrzymał się tuż przed nimi, cofnął i przesunął w bok. Dziewczyny natychmiast wpełzły do pojazdu.
Читать дальше