— Morderca! — wrzasnęła Lawri.
— Niektórzy z nas nie lubią być manusami — spokojnie wyjaśnił Term. — Niektórzy nie lubią nawet łowców manusów.
— Klance i ja nigdy nie zrobiliśmy ci nic złego. Zawsze byliśmy dla ciebie dobrzy!
— Właściwie to prawda. Ale co zrobiłaś dla reszty plemienia Quinna? Zapomniałaś, że miałem swoje plemię?
— Twoje plemię nie żyje! Drzewo zostało rozerwane na części! To my mogliśmy być twoim plemieniem, ty buntowniku, karmicielu drzewa, ty…!
Term nie czuł szczególnej potrzeby, aby zatkać jej usta. Oskarżenia wykrzykiwane przez Lawri wtórowały jedynie jego własnym myślom. Cóż, podjął już decyzję.
— Wiesz, co się dzieje z naszymi kobietami? — zapytał bez gniewu. — Gavving może dostałby pozwolenie na spotkanie się z żoną za trzydzieści parę dni, ale każdy obywatel płci męskiej miał do niej dostęp o dowolnej porze. Teraz będzie miała dziecko i nawet nie wie, kto jest jego ojcem. Ja też nie wiem.
— Zabiją cię — syknęła Lawri. — Mam ci powiedzieć, jaka jest kara za bunt?
— Proszę uprzejmie, ale zdaje się, że zmieniłaś temat dyskusji.
Powiedziała mu i tak. Zabrzmiało to dość okropnie: wystarczający powód, żeby drzwi pozostały zamknięte.
Znalazł czujnik podczerwieni, który pokazał mu czerwone kropki wzdłuż całego pnia. Wyłączył podczerwień i rozpoznał Clave’a i Merril, a za nimi ścigającą ich grupę ludzi Floty… w tym także karła w kombinezonie ciśnieniowym.
Clave i Merril! Wobec tego Cartherowie naprawdę są po jego stronie. A już się zastanawiał…
Ubrani w zieleń wojownicy opanowali pojazd. Kiedy Flota zaczęła się cofać, Term włączył na chwilę silnik i spalił jednego z żołnierzy: nie po to, żeby zabić, ale żeby dać sygnał Cartherom: „Jestem z wami”! Ponieważ to właśnie Cartherowie wyroili się teraz na powierzchnią monta, a Flota uciekała pod osłonę pnia.
Gavving znalazł się na nogach, podtrzymywany przez dwóch ludzi, zanim jeszcze zdążył się obudzić.
— Co się dzieje?
— Potrzebujemy ludzi do pedałowania — powiedział ktoś.
Czterech ludzi z Floty pomogło trójce zaspanych manusów wyjść z baraków i wdrapać się do kępy. Gavving z trudem powstrzymywał złość. Koń przyjął alarm ze zwykłą pokorą, za to Alfin protestował zażarcie:
— Jestem asystentem opiekunki dziupli, nie żadną karmiącą drzewo parą nóg…
— Ty, słuchaj no. Wysyłamy ludzi do Cytadeli tak szybko, jak tylko się da. Normalną grupę zajeździliśmy już prawie na śmierć. Zajmiesz miejsce i będziesz pedałował z całą resztą!
— I może jeszcze wykonywał normalne obowiązki? Będę półżywy! Co mam powiedzieć Strażnikowi?
— Wsiadaj na bicykl, albo sam opowiesz Strażnikowi, gdzie się podziały twoje jaja! Dokładnie przed Świętami!
Manusy na platformie pokryte były potem, który kroplami unosił się z ich włosów. Dyszeli jak w agonii. Ludzie z Floty pomagali zsiąść jednej trójce, krzywiąc się z obrzydzenia. Pozostali wsiadali do windy.
Pół nieba przesłaniała zielona masa.
Dżungla! Dżungla zaatakowała Drzewo Londyn!
Z Floty pozostało tylko trzech. Jeden był oficerem; Gavving go rozpoznał, ponieważ niósł kawałek dawnej nauki — mówiącą skrzynkę. Pozostali wsiedli do windy. Gavvinga posadzono w siodełku. Zaczął pedałować. Winda uniosła się w górę.
Dżungla zaatakowała Drzewo Londyn. Dżungla mogła się poruszać. Kto by pomyślał? Zielona masa była okropnie blisko, ale… oddalała się.
Musi coś zrobić! Ale co? Patrzyli na niego uzbrojeni ludzie.
Winda była już o dziesiątki klomterów nad nim, a sam Gavving z trudem chwytał oddech. Poczuł zmianę, zanim ją jeszcze zobaczył. Nagle pedałowanie stało się całkiem łatwe. Skrzypiąca skarga przekładni roweru wzniosła się o jedną oktawę. Podniósł wzrok.
Skrzynia windy spadała, obracając się powoli. Błękitne kształty rozsypały się wokół niej, kierując się w stronę pnia. Jeden był zbyt powolny: dotarł do pnia, wciąż poruszając się zbyt szybko, odbił się jak złamana lalka i spadał dalej. Skrzynia jednak spadała szybciej.
— Przestać pedałować. Pozostać na miejscach — rozkazał oficer.
Najeźdźcy przecięli kabel. Co teraz? Wewnątrz wiedzie na wschód. Skrzynia nie uderzy tutaj, tylko dalej, w kierunku końca gałęzi, ale gdzie? Gavving wyobraził sobie masywną drewnianą konstrukcję przedzierającą się przez puszyste jak wata liście.
— Oficerze, a jeśli skrzynia uderzy w chatę ciężarnych kobiet?
— Chata jest pod konarem — odparł żołnierz. — Hmm… ale i tak skrzynia może komuś zrobić krzywdę. Niech to, przecież tam są szkoły! Karal!!! Ruszaj na wschód do końca konara i każ wszystkim schować się pod spodem. Nie przegap chaty badań. Sekcji dokowania też. Potem sam się schowaj, jeśli zdążysz.
— Tak, sir! — Jeden z ludzi, widocznie ranny, bo ramię miał obandażowane i podwiązane na temblaku, niezgrabnie ruszył w drogę. Pozostało dwóch.
Oficer przemówił do gadającej skrzynki:
— Dowódca Oddziału Patry. Wróg przeciął kable windy. Co u was?
Odpowiedź była prawie niezrozumiała przez szum zakłóceń. Gavving opuścił głowę i przymknął oczy — biedny, zmęczony manus, zbyt śpiący, żeby myśleć o buncie — i słuchał uważnie. Usłyszał:
— Windy pracują… cimy żołnierzy. Nieprzyjaciel trrrrrszzz liczebnie, powtarzam, czterdziestu do pięćdziesięciu. Tszszszsz przeważająca liczba… szszsz. Pokonują nas… Szszsz monta, ale nawet… nie mogą… przywiązani.
— Widzę dwie czarne masy na zachód ode mnie.
— Zostaw… bez tego mamy kłopoty. Wysyłamy więcej ludzi do Cytadeli.
Term rozpoznał Debby, długonogą i długoręką kobietę, po prostych, długich włosach. Dwaj mężczyźni obok niej byli obcy. Nie martwił się wycelowanymi w siebie kuszami, ale ich lękiem przed montem. Nie podobał im się ten pojazd.
Rozłożył otwarte dłonie.
— Jestem Uczonym Plemienia Quinna. Tylko ja potrafię kierować tym pojazdem. Miło cię widzieć, Debby.
Lawri wtrąciła wściekle:
— Nakarm tym drzewo, buntowniku! Zgubisz nas w niebie albo rozsmarujesz po całym pniu!
— A to Lawri, łowca manusów.
Jeden z mężczyzn ocknął się.
— Jestem Anthon, a to Prez. Debby mówiła nam o tobie, Term. Czy możemy ruszać od razu? Umieścić wszystkich naszych wojowników na sieciach i ruszać? Nadchodzi srebrny człowiek.
— Jesteśmy przywiązani do drzewa — odparł Term. — Odetnijcie liny i możemy odlecieć. Nie zostawcie tylko Clave’a i Merril. Chyba nadszedł czas, aby zabrać coś jeszcze.
Pokazał na ekran tylnego okna. Anthon i Debby ochoczo przesunęli się i spojrzeli mu przez ramię. Wszystkie te naukowe drobiazgi muszą być bardzo kuszące.
— Ta chata to Lab. Debby, znajdziesz tam czytnik i kasety. Pamiętasz, jak wyglądają?
Debby skinęła głową.
— Idź, weź je. Anthon, zabierz kilku wojowników i odetnijcie monta. Spojrzał na ekrany. Clave zbliżał się skokami, ciągnąc za sobą Merril. Jego nogi służyły teraz obydwojgu. Merril strzelała do prześladowców. Jeden z goniących ich ludzi Floty upadł, trafiony strzałą. Srebrny człowiek wciąż biegł.
— Spróbuj ich trochę osłaniać — mruknął Term.
— Ty tu nie dowodzisz, Uczony — spokojnie odparł Anthon.
— Dowodzę. Mam już dość roli manusa!
— Debby, leć po to drzewne żarcie dla Uczonego. Weź paru ludzi. Prez, przetnij te kable! — Anthon odczekał, dopóki nie znaj da się za drzwiami, po czym przemówił znowu. Chyba nie chciał świadków tej dyskusji.
Читать дальше