Siostra Klotylda dziarsko wmaszerowała do poczekalni, cmoknęła go w gładko wygolony policzek i wzięła pod rękę.
— Ładnie pachniesz — powiedziała.
— Wstąpimy gdzieś na kawę? — spytał wyprowadzając ją przez drzwi.
— Chyba nie, Donnie. Miejmy to już za sobą.
Jesienne słońce paliło w gorącym podmuchu hen znad Teksasu.
— Złożymy dach?
Pokręciła głową.
— Fryzura ci się rozfrunie. Zresztą jest za gorąco. — Wykręciła się w pasach, żeby na niego popatrzeć. — Co cię gryzie?
Wzruszył ramionami i zapalił silnik, kierując samochód na samoczynne pasmo drogi.
— Ja… ja sam nie wiem. Czuję się tak, jakbym miał coś na sumieniu, z czego zapomniałem się wyspowiadać.
— O mnie chodzi?
— Och nie, Klotuś. Coś… sam nie wiem co.
Z roztargnieniem ujmując jej dłoń wyjrzał przez boczne okno. Przejeżdżali drogą szybkiego ruchu i ujrzał ogromny biały sześcian budynku Instytutu daleko na horyzoncie. Wiedział z całą pewnością, że to nie jego skłonność do siostry Klotyldy go dręczy. Jakkolwiek niewinne grzeszki przyprawiały go o miły dreszczyk, to jednak nie zamierzał lekceważyć praw swojego Kościoła i swego Boga. Może — myślał — poszedłby na wynajęcie dobrego adwokata i walkę, ale nie na łamanie prawa. Swoje polowanie na siostrę Klotyldę uważał za dostatecznie śmiałe, a co z tego wyniknie, będzie zależało od tego, na co pozwoli jej zakon, gdy i o ile w ogóle on sam odważy się poprosić ją, żeby wystąpiła o dyspensę. Nie interesowały go rozgorączkowane grupy rozłamowe jak klerykalne komuny czy odrodzeni katarowie.
— Roger Torraway? — spróbowała odgadnąć.
— Wcale bym się nie zdziwił. — Jest coś w tym manipulowaniu jego zmysłami, co mnie niepokoi. Jego postrzeganie świata.
Siostra Klotylda mocniej ścisnęła jego dłoń. Jako psycholog społeczny miała prawo wiedzieć, co się dzieje w ramach programu, i znała Dona Kaymana.
— Zmysły kłamią, Donnie. Tak mówi Pismo Święte.
— Och, z pewnością. Ale czy Brad ma jakiekolwiek prawo dyktować zmysłom Rogera, jak mają kłamać?
Klotylda zapaliła papierosa i nie przeszkadzała mu w jego rozważaniach. Odezwała się dopiero, jak dojeżdżali do centrum handlowego.
— Następny zakręt, prawda?
— Zgadza się — rzekł i ujmując kierownicę przełączył samochód z powrotem na ręczne prowadzenie. Wśliznął się na parking ciągle zaabsorbowany Rogerem Torrawayem. Miał pilny problem żony Rogera. Już z tym było dość kłopotu. Lecz nad wszystkim górował problem poważniejszy: jak Roger poradzi sobie z największym spośród wewnętrznych dylematów — co jest Dobrem, a co jest Złem? — skoro posiadane przez niego informacje, na których musi opierać decyzję, filtrowane są przez mediacyjne obwody Brada?
Szyld nad wystawą sklepową głosił: MAŁE A MIŁE DROBIAZGI. Sklep był też mały jak na centrum mające „Two Guys” o powierzchni użytkowej pięćdziesięciu tysięcy metrów i prawie równie wielki supermarket. Ale był dostatecznie duży, żeby drogo kosztować. Wliczając czynsz, świadczenia, ubezpieczenie, pensje trójki sprzedawców, z tego dwojga w niepełnym wymiarze godzin, oraz hojną płacę kierowniczki dla Dorki, przynosił co miesiąc na czysto blisko dwa tysiące dolarów straty. Roger pokrywał ją ochoczo, mimo że niektóre z naszych księgowych zestawień wykazywały mu, że taniej byłoby dać Dorce dwa tysiące miesięcznie w charakterze kieszonkowego.
Dorka zastawiała właśnie porcelaną ladę z napisem: „wyprzedaż za pół ceny”. Skinęła gościom na powitanie nawet uprzejmie.
— Cześć, Don. Witam, siostro Klotyldo. Chce siostra kupić tanio parę czerwonych filiżanek?
— Wyglądają ładnie — powiedziała Klotylda.
— Och, one są ładne. Ale proszę nie kupować ich dla klasztoru. Urząd Kontroli Żywności i Leków właśnie nakazał wycofać je ze sprzedaży. Rzekomo w szkliwie jest trucizna — zakładając, że ktoś by pił w takiej filiżance co najmniej czterdzieści herbat dziennie przez dwadzieścia lat życia.
— Och, jaka szkoda. Ale… pani je sprzedaje?
— Zarządzenie obowiązuje za trzydzieści dni — wyjaśniła z promiennym uśmiechem Dorka. — Zdaje się, że nie powinnam opowiadać takich rzeczy księdzu i zakonnicy, prawda? Ale słowo daję, sprzedajemy te filiżanki od lat, a nigdy nie słyszałam, żeby ktoś umarł.
— Może wpadniesz z nami na kawę? — spytał Kayman. — Oczywiście, wypijemy ją w innych filiżankach.
Dorka wyrównała czerwoną filiżankę w rzędzie i westchnęła.
— Nie, i tak możemy pogadać. Chodźmy na zaplecze do mego gabinetu. — Ruszając przodem rzuciła przez ramię: — Tak czy owak, wiem, co was sprowadza.
— Och? — rzekł Kayman.
— Chcecie, żebym odwiedziła Rogera. Zgadza się?
Kayman siadł w obszernym fotelu naprzeciwko jej biurka.
— Dlaczego nie chcesz, Dorka?
— O jejku, Don, a po co? Leży nieprzytomny jak kłoda. Nie wiedziałby nawet, czy ja jestem, czy mnie nie ma.
— Jest naszpikowany narkotykami, owszem. Ale miewa okresy przytomności.
— Prosił o to?
— Prosił o wieści od ciebie. A co miał twoim zdaniem zrobić, błagać?
Wzruszyła ramionami, nie przestając bawić się porcelanowym pionkiem szachowym.
— Czy przyszło ci kiedyś do głowy pilnować swego nosa, Don? — spytała.
Nie obraził się.
— Właśnie to robię. Rogera mamy tylko jednego w tej chwili i nikt go nie zastąpi. Czy zdajesz sobie sprawę, co się z nim dzieje? Już dwadzieścia osiem razy był na stole operacyjnym. W trzynaście dni! Nie ma już oczu. Ani płuc, ani serca, uszu, nosa — on nawet nie ma już skóry, tylko syntetyki, bo z własnej obrano go kawałek po kawałku. Obdarto żywcem ze skóry — za takie rzeczy ludzie zostawali świętymi, a oto mamy człowieka, który nie może się nawet doczekać, żeby jego własna żona…
— Gówno cię to obchodzi, Don! — wybuchnęła Dorka. — Nie wiesz, o czym mówisz. Roger prosił mnie, żebym nie przychodziła go oglądać po rozpoczęciu cyklu operacji. Myślał, że ja nie zniosę… On po prostu nie chciał, żebym go oglądała w takim stanie!
— Na moje oko, Dorka — rzekł ksiądz matowym głosem — jesteś ulepiona z całkiem twardej gliny. Wytrzymałabyś to.
Dorka wykrzywiła usta. Przez moment jej ładna buzia wcale nie wyglądała ładnie.
— To nie jest kwestia tego, co ja mogę wytrzymać — powiedziała. — Posłuchaj, Don. Czy ty w ogóle wiesz, co to znaczy być żoną takiego mężczyzny jak Roger?
— To musi być chyba całkiem fajnie — rzekł zaskoczony Kayman. — Roger jest przyzwoitym człowiekiem.
— Owszem, jest. Wiem o tym tak samo, jak ty, Donie Kaymanie. I z miłości do mnie stracił głowę.
Zapadło milczenie.
— Chyba nie bardzo rozumiem — przerwała ciszę siostra Klotylda. — Czy jesteś z tego niezadowolona?
Dorka spojrzała na zakonnicę, ważąc coś w myślach.
— Niezadowolona. Można to i tak nazwać. — Odstawiła pionek szachowy i wychyliła się przez biurko. — Marzenie każdej dziewczyny, prawda? Znaleźć prawdziwego bohatera i żeby był przystojny i mądry, i sławny, i prawie że bogaty, i tak w nas bez pamięci zakochany, że aż ślepy. Dlatego właśnie wyszłam za Rogera. Nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście. — Podniosła głos o pół tonu. — Wydaje mi się, że nie macie pojęcia, jak to jest mieć kogoś, kto z miłości stracił dla was głowę. Co po mężczyźnie bez głowy? Czasami leżąc koło niego w łóżku i starając się zasnąć, słyszę, że on obok mnie nie śpi, nie rusza się, nie wstaje i nie idzie do klozetu, taki delikatny, w dupę jebany… Czy wiecie, że jak razem podróżujemy, to Roger nigdy nie pójdzie do sracza, dopóki nie wydaje mu się, że ja śpię, albo kiedy nie ma mnie w pobliżu? Goli się, jak tylko otworzy oczy; nie chce, żebym go widziała z włosami w nieładzie. Wygala sobie pachy, trzy razy dziennie używa dezodorantu. On… on traktuje mnie, jakbym była Najświętszą Panną, Don! On ma bzika! I tak to trwa przez dziewięć lat. — Obrzuciła bezradnym spojrzeniem księdza i zakonnicę, którzy milczeli, nieco zakłopotani. — I nagle — powiedziała — zjawiacie się i mówicie mi, że powinnam pójść i popatrzeć, jak robią z niego jakąś koszmarną kukłę. Wy i inni też. Wczoraj wieczorem wpadła Katarzyna Doughty. Dobrze na bani; popijała i dumała, i postanowiła wpaść i powiedzieć mi w swej rozmiękczonej przez bourbona mądrości, że unieszczęśliwiam Rogera. No cóż, miała rację. I wy macie rację. Unieszczęśliwiam go. Nie macie tylko racji myśląc, że jak pójdę go zobaczyć, to go uszczęśliwię… Och, do diabła.
Читать дальше