Napięcie wzrosło do punktu, na który czekał Leto. Rzekł więc:
— Mogę się poddać Mashad.
— Będę sędzią Próby Duchowej — powiedział Muriz. — Zgadasz się?
— Bi-lal-kaifa — odparł Leto. Bezwarunkowo.
Na twarzy mężczyzny pojawił się przebiegły uśmiech.
— Nie wiem, dlaczego się zgadzam — rzekł. — Najlepiej byłoby cię zabić od ręki, ale jesteś małym Batighem, a ja miałem syna, który nie żyje. Chodź, pójdziemy do Szulochu. Zbiorę Isnad, żeby podjęli decyzję.
Leto rozpoznał w zachowaniu Fremena zapowiedź wyroku śmierci.
— Wiem, że Szuloch jest ahl as-sunna wal-jamas.
— Co dziecko może wiedzieć o prawdziwym świecie? — powiedział Muriz, zmuszając Leto, by szedł przed nim.
Leto usłuchał, ale starannie wyłapywał uchem dźwięk kroków Fremena.
— Najpewniejszą metodą zachowania tajemnicy jest sprawienie, by ludzie wierzyli, że już ją znają — rzekł Leto. — Nie zadają wtedy pytań. Bardzo sprytne posunięcie z waszej strony, ze strony tych, których wyrzucono z Dżekaraty. Kto uwierzyłby, że Szuloch, miejsce z opowieści i mitów, istnieje naprawdę? Sytuacja wygodna dla przemytników, czy kogokolwiek innego, kto chciałby mieć wolny dostęp do Diuny.
Kroki Muriza ucichły. Leto odwrócił się plecami do ornitoptera.
Muriz stał pół kroku dalej, z wycelowanym pistoletem maula.
— Więc nie jesteś dzieckiem — powiedział. — Przeklęty kurduplu, zjawiłeś się, żeby nas szpiegować! Podejrzewałem to, bo mówisz zbyt mądrze jak na dziecko, ale teraz zdradziłeś się.
— Mało tego — odparł chłopiec. — Jestem Leto, syn Paula Muad’Diba. Jeżeli zabijesz mnie, ty i twoi ludzie zginą w piachu. Jeżeli mnie oszczędzisz, poprowadzę was ku wielkości.
— Nie próbuj ze mną gierek, kurduplu — szydził Muriz. — Jesteś takim Leto, jak prawdziwa jest Dżekarata, skąd podobno przybywasz… — Przerwał. Ręka z pistoletem opadła mu lekko, gdy zmarszczył ze zdumieniem brwi.
Tego oczekiwał Leto. Jego mięśnie upozorowały ruch na lewo, podczas gdy ciało odchyliło się w prawo i sprawiło, że pistolet Fremena zatoczył nieskoordynowany łuk w stronę skrzydła ornitoptera. Zanim Muriz zdołał go podnieść, Leto był już blisko, przyciskając do jego pleców krysnóż.
— Ostrze jest zatrute — poinformował. — Powiedz przyjacielowi w ornitopterze, żeby został dokładnie tam, gdzie znajduje się w tej chwili. Inaczej będę zmuszony cię zabić.
Muriz, ściskając skaleczoną dłoń, potrząsnął głową w stronę postaci w maszynie i powiedział:
— Mój towarzysz Behaleth słyszał cię. Pozostanie nieruchomy jak skała.
Zdając sobie sprawę, że ma bardzo mało czasu, dopóki tych dwóch nie wypracuje planu działania, bądź ich przyjaciele nie zjawią się, by zbadać, co się stało, Leto wyjaśnił prędko:
— Potrzebujesz mnie, Muriz. Beze mnie czerwie i przyprawa znikną z Diuny.
Fremen zesztywniał.
— Ale skąd wiesz o Szulochu? — zapytał Muriz. — W Dżekaracie nie mogli o tym mówić.
— Przyznajesz więc, że jestem Leto Atrydą?
— Kim innym możesz być? Ale skąd…
— Ponieważ cię spotkałem — odparł Leto. — Szuloch istnieje, więc resztę łatwo odgadnąć. Jesteście wygnańcami, którzy uciekli, gdy zniszczono Dżekaratę. Widziałem znaki, jakie dawaliście skrzydłami, zatem nie używacie żadnych urządzeń, które można by było podsłuchać na odległość. Zbieracie przyprawę, zatem handlujecie. Jesteś przemytnikiem, ale także Fremenem. Musisz być z Szulochu.
— Dlaczego prowokowałeś mnie, bym cię zabił na miejscu?
— Ponieważ zabiłbyś mnie, kiedy dotarlibyśmy do Szulochu. Ciało Muriza raptownie zesztywniało.
— Ostrożnie, Muriz — ostrzegł Leto. — Wiem o was dużo. Kiedyś zabieraliście wodę nieroztropnym wędrowcom. Przypuszczam, że ten rytuał się zachował. Jak inaczej uciszalibyście nieopatrznych, którzy natknęli się przypadkiem na Szuloch? Jak inaczej utrzymalibyście tajemnicę? Batigh. Zwodziłeś mnie łagodnymi określeniami i uprzejmością. Po co tracić choć odrobiny mej wody w piasku?
Muriz prawą dłonią uczynił znak „Rogów Czerwia”, by odegnać magię rihani, którą przywoływały słowa Leto. A Leto — wiedząc, że starzy Fremeni nie ufali mentatom ani czemukolwiek, co wykazywało zbytnią logikę — stłumił uśmiech.
— Namri zdradził nas w Dżekaracie — rzekł Muriz. — Dostanę jego wodę, kiedy…
— Nie dostaniesz niczego, oprócz suchego piasku, jeżeli nadal będziesz zgrywał durnia — odparł Leto. — Co zrobisz, gdy cała Diuna pokryje się zieloną trawą, drzewami i otwartymi zbiornikami wody?
— Nigdy do tego nie dojdzie!
— Ten proces zachodzi na twoich oczach. Leto usłyszał, jak zęby Muriza zgrzytają z gniewu i frustracji. Po chwili mężczyzna rzucił ostro:
— Co możesz zrobić, żeby temu zapobiec?
— Znam plan przekształcenia — odparł Leto. — Znam każdą jego słabość, każdą mocną stronę. Beze mnie szej-hulud wyginie na zawsze.
Muriz zapytał z nutą przebiegłości w głosie:
— Po co w ogóle dyskutujemy? Jesteśmy w impasie. Masz nóż. Możesz mnie zabić, ale Behaleth cię zastrzeli.
— Nie, ponieważ podniosłem twój pistolet — rzekł Leto. — Zdobędę ornitopter. Tak, potrafię go poprowadzić.
Zmarszczenie brwi pobruździło czoło Muriza pod kapturem.
— A jeżeli nie jesteś tym, za kogo się podajesz?
— Czy ojciec mnie nie rozpozna? — zapytał Leto.
— Aaach — powiedział Muriz. — Więc i tego się dowiedziałeś, co? Ale… — Przerwał, potrząsnął głową. — Mój syn jest jego przewodnikiem. Mówi, że wy dwaj nigdy się nie… Skąd możesz…
— Więc nie wierzycie, że Muad’Dib odczytuje przyszłość! — stwierdził Leto.
— Oczywiście, że wierzymy! Ale on mówi o sobie, że… — Muriz znowu przerwał.
— I myślisz, że Muad’Dib nie wyczuwa waszej nieufności? — zadrwił Leto. — Zjawiłem się we właściwym miejscu, o właściwej porze, by cię spotkać, Muriz. Wiem o tobie wszystko, bo widziałem cię… i twojego syna. Wiem, za jak bezpiecznych się uważacie, jak szydzicie z Muad’Diba, jak spiskujecie, by utrzymać to maleńkie poletko pustyni. Ale ona jest beze mnie zgubiona, Muriz. Zgubiona na zawsze. Proces transformacji na Diunie zaszedł zbyt daleko. Mój ojciec prawie utracił zdolność obserwowania wizji, więc możecie się zwrócić tylko do mnie.
— Ten ślepiec… — Muriz zatrzymał się i przełknął ślinę.
— Wróci wkrótce z Arrakin — przerwał Leto — i wtedy przekonamy się, czy jest ślepy. Jak daleko odszedłeś od dawnych fremeńskich obyczajów, Muriz?
— Co?
— On jest w stosunku do was Wadquiyas. Twoi ludzie znaleźli go na pustyni i przyprowadzili do Szulochu. Był bardzo cennym znaleziskiem! Droższym niż żyła przyprawy! Wadquiyas! Mieszkał z wami, jego woda zmieszała się z wodą plemienia. Jest częścią Rzeki Ducha. — Leto przycisnął silnie nóż do szyi Fremena. — Ostrożnie, Muriz. — Podniósł lewą dłoń do twarzy mężczyzny.
Wiedząc, co Leto zamierza, Muriz zapytał:
— Dokąd pójdziesz, jeżeli zabijesz nas obu?
— Z powrotem do Dżekaraty.
Chłopiec przycisnął poduszkę kciuka do ust Muriza.
— Gryź i pij, Muriz. Rób to albo giń. Fremen zawahał się, a potem wpił gwałtownie zęby w ciało. Leto obserwował gardło mężczyzny: widział, jak zwiera się przy połykaniu. Wyciągnął nóż i podał go Murizowi.
— Wadquiyas — rzekł. — Musiałbym obrazić plemię, zanim mógłbyś zabrać moją wodę. Muriz pokiwał głową.
Читать дальше