— Gdzie jedziesz dalej? — zapytał Michael, jakby czytał w jego myślach.
— Do Des Moines, jutro. Potem do Omaha, St. Louis, Dallas i Bóg jeden wie, dokąd jeszcze. Przeważnie wielkie miasta. Wyruszamy z Amesville z powodów symbolicznych. To oczywiste.
— Cóż, zazdroszczę ci, że oglądasz wszystkie te miejsca.
— No to jesteśmy kwita. Właśnie siedziałem tu i zazdrościłem ci twojego frontowego podwórka.
Michael wyjrzał na swoje frontowe podwórko i nie widział tam wiele poza faktem, że trawa robiła się brązowa z braku deszczu. Zawsze tak się działo w sierpniu. Poza tym kanapa tutaj, na werandzie, miała niemiły zapach pleśni, nawet przy tej suchej pogodzie. A jego samochód był starym gratem. W którymkolwiek kierunku popatrzył, coś było uszkodzone albo się rozpadało.
Przez rok po rzuceniu St. Olaf`s College w Mason City Michael Hendricks grał na gitarze rytmicznej w zespole country and western. Teraz miał dwadzieścia pięć lat i już dawno musiał zarzucić ten krótki złoty wiek na rzecz stałej pracy (prowadził mleczarnię ojca w Amesville) i rodziny, ale nadal czuł w sercu żal z powodu tego poświęcenia, i dawne marzenia wciąż miotały się w jego wyobraźni jak ryby na dnie łodzi, które przetrwały dłużej od wszystkich rozsądnych przewidywań. Gdy nagle dowiedział się, że jest szwagrem ogólnokrajowej sławy muzycznej, pozbawiło go to spokoju, wprawiło te ryby w kompletne wzburzenie, ale obiecał wcześniej żonie, że nie będzie dawał Danielowi do zrozumienia, iż oczekuje od niego prezentu w postaci pracy przy jego objazdowym przedstawieniu. Trudno jednak było wymyślić cokolwiek do powiedzenia Danielowi, co nie wydawało się prowadzić w tamtym kierunku. W końcu wpadł na pomysł:
— Jak się miewa twoja żona?
Daniel wzdrygnął się w duchu. Właśnie w tamten poranek, oprócz swojej standardowej kłótni z Irwinem Tauberem, dodatkowo miał z nim sprzeczkę na temat Boi. Tauber upierał się, że dopóki trasa się nie skończy, powinni trzymać się wersji, iż Boa nadal wraca do zdrowia w klinice Betti Bailey. Daniel twierdził, że szczerość nie tylko jest po prostu najlepszą polityką w tym przypadku, ale też przyniosłaby dalszą reklamę, Tauber jednak powiedział, że śmierć jest zawsze złym PR. Tak więc, o ile świat wiedział, romans stulecia nadal trwał w najlepsze.
— Boa czuje się świetnie — odparł.
— Nadal jednak jest w szpitalu?
— Mhm.
— To musi być dziwne, że wróciła po tak długim czasie.
— Mogę ci powiedzieć w zaufaniu, Michael. Nie czuję się już z nią aż tak blisko związany. To namiętna love story w teorii. W praktyce jest to coś innego.
— Taak. Ludzie mogą przejść wiele zmian przez piętnaście lat. A nawet w krótszym czasie.
— A Boa to nie „ludzie”.
— Co przez to rozumiesz?
— Kiedy jesteś poza swoim ciałem tak długo, przestajesz być całkowitym człowiekiem.
— Ty jednak latasz, prawda?
Daniel uśmiechnął się.
— Kto powie, że jestem całkowitym człowiekiem?
Nie Michael, najwyraźniej. Przeżuwał on myśl, że jego szwagier nie jest, pod jakimś istotnym względem, człowiekiem takim jak on. Coś w tym było.
Daleko na biegnącej w kierunku Amesville Drodze Okręgowej B widać było limuzynę jadącą po Daniela.
Dekorację do przedstawienia, które prezentowano tego wieczoru w auli liceum w Amesville, stanowiła pojedyncza pomalowana kotara z uniwersalnym perspektywicznym arkadyjskim widokiem zielonych wzgórz i błękitnego nieba, obramowanym przez bryzg listowia z jednej strony i wesołą, eteryczną kolumnadę z drugiej. Scena ta była całkowicie nijaka i nieokreślona, jak ser, który ma smak tylko sera, nie jakiegokolwiek konkretnego gatunku, i jako taka była bardzo amerykańska, a nawet (jak Daniel lubił myśleć) patriotyczna.
Uwielbiał tę scenografię i uwielbiał chwilę, kiedy kurtyna rozsuwała się, albo podnosiła, i światła jakiegoś teatru odkrywały go tam na jego stołku w Arkadii, gotowego do zaśpiewania jeszcze jednej piosenki. Uwielbiał te światła. Im jaśniejsze się stawały, tym jaśniejszych ich chciał. Wydawały się skupiać w swym niestrudzonym spojrzeniu uwagę całej publiczności. Były jego publicznością, i grał dla nich, i nie musiał zatem przypatrywać się poszczególnym twarzom przepływającym pod tym morzem światła. Najbardziej uwielbiał własny głos, kiedy wplatał się on w subtelny nieład innych głosów, które wzmagały się i opadały w jego własnej dwudziestodwuosobowej orkiestrze, Symfoniecie Daniela Weinreba. I miał chęć, w końcu, by to stało się jego życiem, jego jedynym życiem. Jeśli było to małe pragnienie, fakt ten stanowił część uroku.
A więc śpiewał swoje od dawna ulubione piosenki, a oni patrzyli na niego, i słuchali, i rozumieli, bowiem siłą pieśni jest to, że musi być rozumiana. Jego matka, ze stałym uśmiechem na twarzy, rozumiała, i jego ojciec, siedzący obok niej i stukający stopą w takt melodii marszowej alla turca pani Schiff, rozumiał równie jasno. Rose, w następnym rzędzie, ukrywająca magnetofon pod swoim krzesłem (nagrała też całe rodzinne spotkanie), rozumiała, i Jerry, patrzący na banieczki kolorowego światła za swoimi zamkniętymi oczami, rozumiał, chociaż rozumiał głównie to, że takiego rodzaju rzeczy są nie dla niego. Daleko z tyłu auli dwunastoletni syn Eugene`a Muellera, który przyszedł tutaj wbrew surowemu zakazowi swojego ojca, rozumiał z ekstazą zrozumienia, nie w blaskach i błyskach, ale jak mógłby rozumieć architekt, w wizji wielkich łukowatych przestrzeni wykrojonych przez tę muzykę z surowej czarnej nocy; majestatycznych, wyrażonych wzorami matematycznych przedziałów; obszernej, mocnej rozkoszy. Nawet dawna nemezis Daniela z Sali Zebrań Klasowych 113, nawet Góra Lodowa rozumiała, chociaż była to dla niej rzecz bolesna, jak widok skąpanych w słońcu chmur za żelazną kratą na wysokim oknie. Siedziała tam, sztywna jak deska, na swoim krześle w piątym rzędzie, z umysłem skupionym na słowach, zwłaszcza na słowach. Wydawały się zarazem tak złowieszcze i tak nieznośnie smutne, ale to nie słowa rozumiała, tylko piosenkę.
W końcu, kiedy zaśpiewał wszystkie numery oprócz ostatniego w programie, przerwał, żeby wyjaśnić swojej publiczności, że chociaż ogólnie jest to praktyka, której nie pochwala, jego menedżer, pan Irwin Tauber, przekonał go, żeby użył aparatu do latania, gdy będzie śpiewał swoją ostatnią piosenkę dla nich. Może nie odleci, może tak: nigdy nie wiedziało się z góry. Ale miał wrażenie, że może się uda, bo czuł się tak wspaniale będąc z powrotem w Amesville, wśród rodziny i przyjaciół. Żałował, że nie potrafi wyjaśnić wszystkiego, co znaczy dla niego Amesville, ale naprawdę nie umiał nawet zacząć, poza powiedzeniem, że jest w nim nadal więcej Amesville niż Nowego Jorku.
Publiczność posłusznie oklaskała tę deklarację lojalności.
Daniel uśmiechnął się i uniósł ręce, i brawa ustały.
Podziękował im.
Powiedział, że chce, by zrozumieli cudowność i wspaniałość latania. Oznajmił, że nie ma niczego równie wspaniałego, żadnej ekstazy tak wzniosłej. Czym jest, zapytał retorycznie, latanie? Co oznacza? Był to akt miłości i wizja Boga; był to najwyższy zachwyt, jaki może osiągnąć dusza; był to zatem raj; i było to tak prawdziwe jak poranna albo wieczorna gwiazda. I każdy, kto chciał latać, mógł zrobić to za cenę piosenki.
„Piosenka — napisał w jednym ze swoich tekstów — się nie kończy”, i chociaż napisał ten utwór zanim sam nauczył się latać, była to prawda. W chwili, gdy opuszcza się ciało za sprawą mocy pieśni, usta milkną, ale pieśń trwa, i ciągnie się dalej, dopóki się lata. Miał nadzieję, że jeśli opuści swoje ciało dziś wieczorem, będą o tym pamiętać. Piosenka się nie kończy.
Читать дальше