Daniel był wściekły, ale także potajemnie uradowany. Mimo to postanowił, dla zasady, gniewać się na panią Schiff za tak zyskowne pogwałcenie tajemnicy jego zwierzeń. Oczywiście apoteoza Daniela była tylko kwestią czasu, kiedy już został wyśledzony jego telefon do Worry; prawdopodobnie kwestią godzin, jak próbowała wyjaśnić pani Schiff za pośrednictwem Irwina. I musiał przyznać, że jej wersja minionych trzech lat była tak zręcznym wybieleniem, jakie mógłby wykombinować najlepszy agent prasowy. Według pani Schiff związek Daniela z Reyem opierał się na wzajemnym szacunku i wspólnym oddaniu dla wspaniałości ludzkiego głosu. W swojej relacji położyła nacisk głównie na dozgonną miłość Daniela do żony, jego zmagania z różnorodnymi przeciwieństwami losu (włączyła tam jego przepis na chlebowy pudding), odkrycie jego ukrytego talentu i (to ostatnie miało, z pewnością, być poufnym szturchnięciem w żebra) jego chrześcijańską wiarę. Nigdzie nie napisała niczego, co nie było całkowicie prawdziwe, ale na pewno nie była to cała prawda, ani też — takie miała zdolności jako opowiadaczka — cała prawda nigdy nie zrobiła wielkich postępów, kiedy zaczęła jednak wyciekać, poprzez Lee Rappaciniego i paru innych starych przyjaciół. Media nie lubią niszczyć swoich bohaterów, a jednym z nich stał się Daniel.
Boę chroniono przed większością z tego za mocno strzeżonymi portalami kliniki Betti Bailey Memorial, elitarnej, westchesterskiej wersji Pierwszych Narodowych Torów Lotu. Zgodnie z jej własną instrukcją nikt oprócz Daniela i personelu kliniki nie miał być wpuszczany do jej pokoju. On sam przyjeżdżał tam raz dziennie w wynajętej limuzynie. Podczas gdy limuzyna czekała na otwarcie bramy, prasa gromadziła się dookoła ze swymi aparatami i pytaniami. Daniel uśmiechał się przez kuloodporną szybę, co zaspokajało potrzeby fotograficzne. Co do pytań — Gdzie Boa była przez tyle lat? Dlaczego wróciła? Jakie ma plany? — Daniel posiadał najmniej informacji ze wszystkich, bo jeszcze ze sobą nie porozmawiali. Zwykle spała, albo udawała, że śpi, a on siedział przy jej łóżku, układając hekatomby z ciętych kwiatów i czekając, aż ona zrobi pierwszy krok. Ciekawiło go, ile z tego, co powiedział do niej w ciągu ostatnich trzech lat, usłyszała. Nie miał ochoty znowu wszystkiego powtarzać, zresztą niewiele pozostało istotne. Ta Boa, która wróciła, nie przypominała w ogóle żywej Boi, jaką pamiętał. Była tą samą wychudzoną postacią o zapadniętych oczach, która leżała przez te wszystkie lata, bezwładnie niczym przedmiot, po drugiej stronie jego pokoju; którą kochać okazywało się taką niemożliwością, jakby była pękiem patyków. Wydawała się nieskończenie stara i wyniszczona. Jej ciemne włosy pokrywały pasemka siwizny. Nie uśmiechała się. Jej ręce leżały przy bokach, jakby w ogóle jej nie interesowały, jakby nie były częścią niej, ale tylko cięższym niż inne elementem pościeli. Raz w ciągu tych dwóch tygodni odwiedzin otworzyła oczy, by na niego popatrzeć, a potem zamknęła je z powrotem, kiedy zobaczyła, że zdał sobie sprawę z jej zainteresowania.
A jednak wiedział, że może mówić, skoro poinstruowała personel, żeby nie wpuszczał żadnych odwiedzających oprócz niego. Nawet to małe wyróżnienie nie bardzo koiło jego serce, gdyż wiedział od doktora Rickera, dyrektora kliniki, że nikt poza prasą nie starał się o wstęp. Kiedy cudowny powrót Boi do życia stał się sprawą interesującą ogół, jej ojciec stał się niedostępny, jeśli chodziło o udzielanie komentarzy. Dla reszty świata Daniel i Boa mogli być love story stulecia, ale dla Grandisona Whitinga stanowili kielich goryczy. Daniel przypuszczał, że jego teść nie należy do osób, które przebaczają.
Tymczasem paradny wóz z Danielem oraz jego zwolennikami toczył się naprzód i w górę — triumfalny rydwan, moloch sukcesu. Pięć jego piosenek znajdowało się na szczycie list przebojów. Dwie najbardziej popularne, Latanie i Piosenka się nie kończy, napisał w saunie Adonis, Inc., zanim zaczęło się to wszystko. Tyle że, logicznie, musiało się to zacząć wtedy, a nawet wcześniej. Może wszystko to sięgało wstecz do tamtego wiosennego dnia na Drodze Okręgowej B, kiedy zatrzymało go w miejscu porywające przeczucie jakiejś nieznanej chwały. Czasami patrzył w górę, na numer „Timea”, który przybił do ściany swojego pokoju w „Plaza” czterema grubymi gwoździami, i zastanawiał się, czy to właśnie był rzeczywisty, pisany mu kształt wizji majaczącej za chmurami tamtego dnia — ta ciemna twarz ze zwierzęcymi uszami i głupim tęczowym pytaniem nad nią. Wolałby mieć przeznaczoną bardziej duchową i gloryfikującą chwałę, jak każdy, ale jeśli to właśnie napisał ruchomy palec, grubiaństwem byłby brak wdzięczności za doznane — i doznawane — dobrodziejstwa.
Następny szczebel drabiny, następny rarytas, który spadł mu z nieba, stanowił półtoragodzinny specjalny program w ABC. Na ten show miały składać się w jednej trzeciej numery z Czasu Miodokróliczków; w kolejnej jednej trzeciej wybór arii i duetów w stylu belcanto, głównie w wykonaniu wielkiego Ernesta, gdzie Daniel robił niewiele poza metaforycznym poruszaniem wachlarzem ze strusich piór; potem, po składance takich jego osobistych ulubionych piosenek jak Stary czarny Joe i Santa Lucia, poznanych w klasie pani Boismortier, miało nastąpić odtworzenie Marsza biznesmenów z Poszukiwaczy złota 1984 (z gościnnym występem Jacksona Florentine`a), kończące się nieuniknionym Lataniem, przy którym cały jeden chór miał zostać uniesiony w górę na drutach. Irwin Tauber, który samorzutnie zaproponował, ze sprytem równym jego wspaniałomyślności, że zmniejszy swoją prowizję do standardowych dziesięciu procent, sprzedał ten pakiet za trzy i pół miliona dolarów, z czego Rey, w zamian za rezygnację ze swojego ogólnego udziału w dochodach Daniela z następnych siedmiu lat, miał otrzymać półtora miliona z miejsca.
Na sposób Midasa sukces Daniela wpłynął na wszystkich w zasięgu jego dotyku. Rey, poza skasowaniem półtora miliona, zarezerwował trasę przez Środkowy Zachód. Właściwie to rozszerzył trasę, którą już i tak planował, bowiem cały kraj był, całkiem niezależnie od Daniela, w wirze namiętności do wszystkich spraw muzycznych, ale zwłaszcza do bel-canto. Rey, legenda sam w sobie, stał się poprzez swoje związki z Danielem wielokrotnie bardziej legendarny i jego honoraria to odzwierciedlały. Pani Schiff także miała udział w tej obfitości. Poza napływającymi masowo tantiemami z Czasu Miodokróliczków Metastasio zgodził się, wbrew wszelkim precedensom, zaprezentować Axur, re d`Ormus jako jej oryginalne dzieło, obywając się bez fikcji, że wyszło spod ręki Jommelliego. Wydała własną płytę długogrająca z Opowiastkami dla dobrych psów. Otworzyła wystawę zwierząt domowych w Madison Square Garden. Pojawiła się na liście dziesięciu najlepiej ubranych kobiet.
Może najdziwniejszą konsekwencją sławy Daniela był kult, który powstał wokół nie tylko jego mitu, ale i jego image`u. Jego młodsi wielbiciele, nie zadowalając się samym biernym uwielbieniem, decydowali się pójść za jego ciemnym przykładem i ruszali na miasto, tysiącami, a wkrótce dziesiątkami tysięcy, każąc się przerabiać na dokładne kopie swojego idola — często ku znacznemu przerażeniu ich tysięcy i dziesiątków tysięcy rodziców. Tym sposobem Daniel stał się cause celebre, symbolem wszystkiego, co miało być najbardziej wychwalane albo budzić największą odrazę w tej nowej erze, prawdziwym Miodokróliczkiem albo Antychrystem, zależnie od tego, kogo akurat słuchałeś. Jego twarz, na milionie plakatów i okładek płyt, była wzorcem, który ta era uniosła na znak buntu przeciw minionej epoce. Daniel, w centrum całego tego zamieszania, czuł się tak bezradny jak posąg niesiony w górze w procesji. To miejsce zapewniało mu wspaniały widok na otaczające go wariatkowo, ale nie miał najmniejszego pojęcia, dokąd go zabierają. Kochał jednak każdą absurdalną minutę, i miał nadzieję, że to się nigdy nie skończy. Zaczął robić notatki do nowego musicalu, który chciał nazwać Atrakcje wieczności, albo też Głowy w chmurach, ale potem, pewnego dnia, przeczytał swoje zapiski i zdał sobie sprawę, że są one bezsensowne. Nie miał nic do powiedzenia. Musiał tylko stać w centrum uwagi i uśmiechać się. Musiał udawać, że jest tą bajeczną istotą, Danielem Weinrebem. Nie proszono o nic więcej.
Читать дальше