— Wypiję za to — powiedział Michael i wyciągnął przed siebie swój pusty kieliszek do wina.
Daniel, siedzący tuż przy butelce, napełnił na nowo kieliszek szwagra.
— Zmieńmy temat, dobrze? — zaproponowała Cecelia.
— Jestem pewna, że Daniel ma wszelkiego rodzaju pytania i pali się do tego, żeby je zadać.
— Jestem pewien, że muszę, ale w takim razie pomóżcie mi, ani jedno nie przychodzi mi do głowy.
— No to mnie przychodzi — powiedziała Rose, wyciągając rękę z kieliszkiem w jego stronę. — A może już słyszałeś o Eugenie Muellerze?
— Nie. — Butelka była pusta, więc Daniel sięgnął za siebie i wyjął nową z wiaderka na składanym stoliku. — Czy Eugene też wrócił z martwych?
Rose skinęła głową.
— Wiele lat temu. Z żoną, dwoma synami i dyplomem Harvard Law School.
— Chyba żartujesz.
— Nawet mówi się, że zostanie następnym burmistrzem. Jest prawdziwym idealistą. Ja tak uważam.
— Jeśli zostanie wybrany — dodał Michael — będzie pierwszym burmistrzem demokratą w Amesville od prawie pół wieku.
— Niewiarygodne — stwierdził Daniel. — Jezu, żałuję, że nie mogę na niego głosować.
— Był twoim dobrym przyjacielem, prawda? — zapytał Jerry.
Daniel skinął głową.
— A jego brat — mówiła dalej Rose, ignorując ganiące spojrzenia zarówno Milly, jak Cecelii — to znaczy jego najstarszy brat, Carl — jego też znałeś, prawda?
Daniel wyciągnął z trzaskiem korek z trzeciej butelki i zdołał napełnić kieliszek Rose, nie rozlewając ani kropelki.
— Poznaliśmy się — przyznał.
— No więc on nie żyje — powiedziała Rose z satysfakcją. — Snajper trafił go w Wichita.
— Co robił w Wichita?
— Został powołany do służby w Gwardii Narodowej.
— Och.
— Pomyślałam, że chciałbyś wiedzieć.
— Cóż, teraz wie — stwierdziła Milly. — Mam nadzieję, że jesteś zadowolona.
— Szkoda — podsumował Daniel. Rozejrzał się dookoła stołu. — Komuś jeszcze dolać?
Abe popatrzył na swój kieliszek, prawie pusty. Milly powiedziała:
— Abe.
— Mnie już chyba wystarczy.
— Chyba tak — potwierdziła Milly. — Wypij jeszcze trochę, jeśli chcesz, Danielu. Prawdopodobnie jesteś bardziej przyzwyczajony do tego niż my.
— To show-biznes, mamo. Pijemy to na śniadanie. Ale prawdę mówiąc, mnie też już wystarczy. Muszę wejść na scenę za dwie godziny.
— Bliżej półtorej godziny — zauważyła Cecelia. — Nie martw się… pilnuję czasu.
Telefon zadzwonił znów zaraz po tym, jak Cecelia rozdała deser, którym były domowej roboty lody malinowe. Były to świetne lody, więc nikt nie odezwał się ani słowem, nim wróciła do stołu.
— Kto to był? — zapytał Michael.
— Następny maniak. Najlepiej jest po prostu ich ignorować.
— Ty też już miałaś z nimi do czynienia? — zdziwiła się Milly.
— Och, wszyscy są całkiem nieszkodliwi, jestem pewna.
— Powinnaś mówić im, żeby się wypchali — poradziła Rose bojowo. — Ja tak robię.
— Wszyscy dostajecie telefony od maniaków? — zapytał Daniel.
— Och, nie dostaję ich z twojego powodu — zapewniła go Rose. — To dlatego, że jestem fałszywcem.
— Mówiłem jej, żeby tego nie robiła — stwierdził posępnie Jerry — ale nie chciała mnie słuchać. Nigdy mnie nie słucha.
— To własna sprawa każdej osoby, jaki ma kolor skóry. — Popatrzyła Danielowi prosto w oczy. — Czy mam rację?
— Nie zrzucaj winy na Daniela — rzuciła sucho Milly.
— To było twoje własne cholerne szaleństwo i po prostu będziesz musiała żyć z tym, dopóki nie zniknie. Ile czasu to trwa, tak w ogóle?
— Około sześciu miesięcy — poinformował Daniel.
— Chryste Wszechmogący. — Jerry obrócił się w stronę byłej narzeczonej. — Mówiłaś, że sześć tygodni.
— Cóż, nie zamierzam pozwolić, by to znikło. I kropka. Wszyscy zachowujecie się tak, jakby to było przestępstwo czy coś takiego. To nie jest przestępstwo… to deklaracja!
— Uzgodniliśmy chyba — odezwała się Cecelia — że wyprawa Rose do salonu piękności jest czymś, o czym nie będziemy rozmawiać.
— Nie patrzcie wszyscy na mnie — powiedziała Rose, która przejawiała już wyraźne oznaki strapienia. — To nie ja poruszyłam ten temat.
— Tak, poruszyłaś — zaprzeczył Jerry. — Poruszyłaś go, kiedy powiedziałaś o telefonach, które dostajesz.
Rose zaczęła płakać. Wstała od stołu i wyszła do pokoju dziennego, a potem (drzwi z siatką przeciw owadom trzasnęły) na podwórko od frontu. Jerry po chwili podążył za nią, mamrocząc przeprosiny.
— Jakiego rodzaju telefonach? — zapytał Daniel Cecelię.
— Naprawdę nie warto o tym rozmawiać.
— Są różne rodzaje — powiedziała Milly. — Większość jest po prostu obsceniczna w zwykły wrzaskliwy sposób. W kilku osobiście mi grożono, ale słychać, że nie mają naprawdę takich zamiarów. Miałam też dwa, gdzie powiedzieli, że spalą restaurację, i te zgłosiłam policji.
— Mamo!
— I ty też powinnaś, Cecelio, jeśli faktycznie dostajesz te telefony.
— To nie wina Daniela, że grupka wariatów nie ma niczego lepszego do zrobienia ze swoim czasem niż… Och, nie wiem.
— Nie obwiniam Daniela. Odpowiadam na jego pytanie.
— Miałem zapytać cię, Danielu — odezwał się jego ojciec ze spokojem wynikającym z tego, że nie zwracał uwagi na ich słowa i wiedział tylko tyle, iż znów się sprzeczają — o książkę, którą mi dałeś. Jak się ona nazywa? — Popatrzył pod swoje krzesło.
— Kurczę konsubstancjalne z jajkiem — odparł Daniel. — Myślę, że zostawiłeś ją w drugim pokoju.
— O właśnie. Trochę dziwny tytuł, prawda? Co to znaczy?
— To coś w rodzaju popularnej współczesnej opowieści o Trójcy Świętej. I o różnych herezjach.
— Och.
— Kiedy byłem w więzieniu, przywiozłeś mi książkę tego samego pisarza, Jacka Van Dyke`a. To jego najnowsza książka i jest tak naprawdę dosyć zabawna. Poprosiłem go, żeby podpisał ją dla ciebie.
— Och. Cóż, kiedy ją przeczytam, napiszę do niego list, jeśli myślisz, że to mu się spodoba.
— Jestem pewien, że tak.
— Myślałem, że może jest to coś, co ty napisałeś.
— Nie. Nigdy nie napisałem książki.
— On śpiewa — wyjaśniła Milly ze źle kontrolowaną złością. Dziwactwa Abe`a ujawniały jej podłą stronę. — La di da i la di di, to jest życie, i o to chodzi.
Tym razem to Cecelia wstała od stołu we łzach, przewracając przy tym składany stolik, na którym postawiono nadmiar obiadu, w tym martwe ciało na wpół ugotowanego indyka.
Daniel przypatrywał się idyllicznemu podwórku od frontu Hendricksów z tęskną, megalopolityczną nostalgią. Wszystko to wydawało się takie odległe i nieosiągalne — zabawka do ciągnięcia na chodniku, niedziałający zraszacz, skromne rabaty z ich równoległobokami bratków, nagietków, petunii i chabrów.
Milly całkowicie miała prawo być na niego wkurzona. Nie tylko za to, że nie skontaktował się z nimi przez wszystkie te lata, ale ponieważ złamał jej podstawowe zasady, wypisane na tym frontowym podwórku i na wszystkich ulicach Amesville: stabilność, ciągłość, życie rodzinne, spokojne przekazywanie odpowiedzialności i tradycji z pokolenia na pokolenie.
W swój własny sposób Grandison Whiting prawdopodobnie dążył mniej więcej do tego samego. Tyle że w swojej wersji chciał nie tylko rodziny, ale dynastii. Z perspektywy czasu, z jakiej patrzył na to Daniel, wyglądało to na jedno i to samo. Zastanawiał się, czy naprawdę nie można tego zrobić w inny sposób, i uznał, że prawdopodobnie nie.
Читать дальше