— Frekwencja wzrasta? — pytał Gabriel. — Może to dzięki chórowi. Myślę, że przyczynił się do tego nowy dyrygent.
Vashti powoli pokręciła głową.
— Obawiam się, mój drogi, że jesteś bogiem. Lepiej, żebyś się do tego przyzwyczaił. Zmieniasz bieg rzeczy. Twoja interwencja sprawia, że zwyczajne życie staje się lepsze.
— Jak często to robię? Załatwiam… ile… kilka petycji na miesiąc?
— Twoje mistyczne interwencje zdarzają się częściej. Każdego tygodnia słyszę o cudach.
Gabriel pohamował jakoś skrzywienie się z niesmakiem.
— Mam nadzieję, że moi koledzy Aristoi tego nie słyszą.
— Usłyszą, jeśli ich to zainteresuje. Niczego nie robimy w tajemnicy.
— Dzięki restrykcjom, jakie nałożyłem na kościół.
Skiagénos przytaknął.
— Dzięki tobie. Najważniejsza jest dla nas boska wola naszego Kourosa.
Prawdopodobnie to ostatnie zdanie również powiedziała głośno, by je słyszeli współwyznawcy. Była w tym bardzo dobra, musiał przyznać.
Znacznie lepsza niż Diamond. Gdy Vashti zakończyła swe administracyjne obowiązki w domenie Pan Wengonga — mimo że była wściekle ambitna, a może właśnie z powodu tej ambicji, nigdy nie osiągnęła pozycji wyższej niż Hextarchōn — Gabriel skorzystał z okazji i osadził Matkę Boga wyżej w hierarchii od założycielki Kościoła. Diamond sądziła, że Vashti odegra jedynie rolę ceremonialną, ale Gabriel dobrze znał matkę. Po paru tygodniach Diamond została całkowicie zdominowana i wysłana do pracy misyjnej, skąd już nie powróciła.
Vashti nigdy, ani przedtem, ani potem, nie miała wątpliwości, czy aby na pewno chce, by oddawano jej cześć.
— Zdaje się, że mnie wzywałaś — powiedział Gabriel. — Czy to jakaś szczególna wiadomość?
— A, zapomniałam. W następnym tygodniu odbędą się Rytuały Inanna. Weźmiesz udział w uroczystości?
— Nie sądzę. Pijaństwo i przypadkowa kopulacja…
— …tworzą nieodzowne ożywcze składniki świętowania idei płodności. — Uśmiechnęła się do niego. — Dlatego właśnie wymyśliłam ten rytuał.
Gabriel westchnął.
— Baw się dobrze, mamo.
— Może te rytuały są odpowiedniejsze dla Geneteiry. Ale przecież przed chwilą powiedziałeś, że zrobisz wszystko dla wzmocnienia mistycznego nastroju.
— Nie mówiłem tego serio. Wiesz o tym.
— Czy mógłbyś przysłać któregoś daimōna?
— Prawdopodobnie będę zajęty na Promocji.
— Z pewnością przynajmniej jeden z nich chętnie by wziął udział w naszym święcie. Mamy ciało robota-kukiełki, w którym mógłby zamieszkać. Jest świetne, zupełnie jak żywe.
— Mam nadzieję, że bezpłodne.
— Jak sobie życzysz, wszystkowiedzący.
Dzieci poczęte podczas orgii uważane były za potomków Gabriela — z punktu widzenia religii, jeśli nie prawa. Kobiety zapewniały sobie płodność w okresie tych świąt i niektóre z nich żywiły nadzieję, że Gabriel sam weźmie udział w uroczystości i pobłogosławi je swą boską esencją.
Raz rzeczywiście — za namową Vashti — wziął udział w obchodach, ale od tamtego czasu nie miał już ochoty na powtórkę. Wolał seks bardziej spontaniczny, a partnerów albo mniej onieśmielonych i czołobitnych, albo mniej pijanych.
— Poradź się zatem swych daimonów. Za dwa dni, jak zwykle, nastąpi requiem przy grobowcu Patera.
— Nie przybędę — odparł zdecydowanie.
Zmarszczyła brwi.
— Msza jest dość przyjemna. Nie rozumiem, dlaczego…
— Ze swego prywatnego żalu po ojcu nie będę czynił publicznego widowiska — rzekł Gabriel. — Nawet gdyby miało to być widowisko w dobrym guście.
Vashti westchnęła.
— Dobrze. Jak sobie życzysz, Athánatos Kouros.
— Czy powinnaś aż tak udawać? Gdy umarł, od sześćdziesięciu lat żyliście w separacji.
— Jesteśmy na zawsze połączeni — uśmiechnęła się pogodnie — w chwale i boskości naszego potomka.
Gabriel spojrzał ostro na skiagénosa Vashti. Wirtualne oblicze było nieprzeniknione.
— Czasami zupełnie nie mogę rozpoznać — rzekł — kiedy mówisz poważnie.
Jej uśmiech poszerzył się nieznacznie.
— A jak się miewa piękny Marcus?
— Jest w ciąży.
— Gratulacje. Jestem pewna, że będzie dobrym ojcem dla twego dziecka…
— Naszego dziecka.
— Twojego małego bożego dziecięcia. Nie mogłeś poczekać do Rytuałów Inanna?
— Nie.
Na twarzy Vashti malowało się rozczarowanie.
— Mógłbyś ułatwić mi zadanie. Teraz będę musiała wystąpić z objawieniem, głosząc, że powiększy się boska rodzina. — Skiagénos przybrał pełną nadziei minę. — Przywiedziesz dziecko na chrzciny?
— Nie, jeśli będę miał w tej sprawie coś do powiedzenia.
— Ach. — Vashti uśmiechnęła się. — W takim razie porozmawiam o tym z Marcusem.
— Tylko proszę, nie w najbliższych dniach. Wciąż jeszcze dostosowuje się do nowej sytuacji.
Spojrzała przenikliwie.
— Ten twój Marcus utrzymał się przy tobie przez pewien czas. W każdym razie dłużej niż inni.
— Ma czułe serce.
Energicznie uniesiona brew oznaczała odrzucenie określenia „czułe serce”.
— To ty masz czułe serce — rzekła Vashti. — Moim zdaniem, zbyt czułe. Ten pałac, który dla niego budujesz…
— Fala Stojąca nie jest pałacem.
— To rezydencja w parku.
— Dom, w którym zamieszka twój wnuk.
To ją powstrzymało.
— Cóż — odparła mrukliwie. — Jesteś Aristosem.
— Przeciwnie. — Gabriel uśmiechnął się. — Jestem bogiem.
Gabriel skończył rozmowę z Vashti i otworzył oczy. Po drugiej stronie ekranu widokowego rozciągała się precyzyjna krata lądowiska przy Rezydencji, żarząca się w świetle reflektorów. Gdy Gabriel skupiał się na oneirochrononie, Biały Niedźwiedź wylądował bezdźwięcznie i bez wstrząsów.
— Dziękuję — powiedział Gabriel nieco zdziwiony. Pomaszerował w kierunku Rezydencji, żądając od swego reno ustalenia, gdzie jest Clancy.
Clancy — otrzymał informację Gabriel — przebywa w szpitalu w Labdakos i na oddziale intensywnej terapii nadzoruje kurację sześcioletniego dziecka z infekcją mózgu.
Gabriel przesiał dalsze pytania, po czym zażądał, by dostarczono mu środek transportu naziemnego. Reno sterujące ruchem usunęły z drogi inne pojazdy. Wezwany samochód przemknął i po dziesięciu minutach Gabriel znalazł się u boku Clancy.
Wystrój szpitala cechowała celowa niefrasobliwość. Pokoje i korytarze były przestronne, podczas dnia wypełnione słonecznym światłem; wszędzie drzewa, kwiaty, patia i krużganki; ściany udekorowano kopiami dzieł sztuki z Galerii z Czerwonej Laki — ale kopie były co do molekuły dokładne. Rutynowa działalność większości szpitali polegała na przeprowadzaniu zabiegów chirurgii kosmetycznej, na wymianie organów lub wszczepianiu implantów. Pacjenci, przebywający tu ze swego wyboru, powracali do domów podniesieni na duchu dzięki takiemu otoczeniu.
Niewiele dało się zrobić, by oddział intensywnej terapii emanował radością. W pomieszczeniu znajdowała się trójka pacjentów z Załamaniem, wszyscy (oczywiście) w stanie agonalnym, i małe dziecko z zapaleniem opon mózgowych.
Clancy spacerowała samotnie po niewielkim gabinecie. Ubrana w mokasyny, miękkie spodnie i luźną ciemnozieloną marynarkę z kieszeniami, jaką noszą chirurdzy. W pomieszczeniu rozbrzmiewała muzyka — sonata Schuberta — a wideo na całą ścianę przekazywało przepiękne, uspokajające nerwy widoki. Znajdowały się tam również pluszowe fotele, molekularna reprodukcja Anatomii doktora Tulpa. Wszędzie unosiła się woń kwiatów.
Читать дальше