To wszystko jednak nie pomagało.
Gabriel wszedł i pocałował Clancy. Obejmowali się przez chwilę. Widmowe wspomnienie fantomatycznych ust Zhenling przepłynęło przez pamięć Gabriela — przegnał je niechętnie.
— W takich chwilach — powiedziała Clancy — wolałabym specjalizować się w chirurgii kosmetycznej, gdzie są pieniądze i klienci.
— Co się stało?
— Głupota ludzka — odparła Clancy. — Kiedyż wynajdziemy na to lekarstwo?
— Zobaczę, co się da zrobić.
Clancy nie było do śmiechu.
— Sześć dni temu zaimplantowałam chłopcu reno — wyjaśniła. — Powiedziałam rodzicom, że występuje minimalne ryzyko infekcji i opisałam im objawy, ale trójka z nich oczywiście musiała pojechać z dzieckiem na wakacje do Merrick Peak, by uczcić Dzień Implantu tego chłopca. A tam na miejscu nie chcieli sobie psuć wakacji tylko dlatego, że dziecko rano wykazywało objawy — jak utrzymywali — zapalenia ucha i zachowywało się przekornie. Potem dostało afazji, ale oni uważali, że jest rozkoszne, bawi się słowami. Dopiero gdy zaczęły się konwulsje, uświadomili sobie, że wakacje się skończyły.
To odrażające zaniedbanie wywołało gniew Gabriela. Dzieci były rzadkością, dlatego ceniono je i uwielbiano.
Clancy wyczuwała jego nastrój.
— Nie wiedzieli, jak wygląda choroba. Żadne z rodziców, a przynajmniej ta trójka, nigdy nie chorowało. Ich pierwsze dziecko też nie. To dziecko także nie chorowało, aż do tej chwili. Właśnie dlatego — załamała ręce sfrustrowana — zawsze tak starannie opisuję wszystkie możliwe objawy.
— Co z tym robicie? — spytał.
— Usiłujemy rozsadzić bakterie od środka za pomocą wirusów myśliwych-zabójców. Pałeczka wykazała odporność na pierwszą dawkę, więc zastosowałam następną, ale jeszcze za wcześnie, by stwierdzić, czy to pomoże. Zostały sporządzone płyny rdzeniowe i kultury krwinek. Połączyłam się z Asteroidem Semmelweis i skleciłam pakiet nano, który powinien zadziałać przeciw tym bakteriom. Jest skuteczny, przynajmniej tak wykazuje symulacja. Jeśli myśliwi-zabójcy nie zaczną zaraz działać, sprowadzę pakiet na dół, ale nie chciałabym stosować więcej tych cholernych mechanizmów w jego mózgu. I tak ma ich tam sporo.
Przygryzła wargę i spojrzała na Gabriela.
— Oczywiście potrzebuję twojego pozwolenia na sprowadzenie pakietu nano.
— Dostaniesz je. — Zawezwał Horusa, kazał mu wejść w oneirochronon i załatwić niezbędne pozwolenia. Posłużył się również swym priorytetem Aristosa, by zapis symulacji ściągnąć do, swego reno, gdzie mógł go obejrzeć i upewnić się, czy przez pomyłkę nie sprowadza zabójczego nano-mataglapa.
Wiedział, że Clancy jest dobrym specjalistą. Działała jednak w pośpiechu, a on chciał mieć całkowitą pewność.
— Gdy tu jechałem, sprawdziłem dane dotyczące pałeczek — powiedział. — Dowiedziałem się, że mogą one wniknąć do organizmu z wody w doniczkach. Czy powinniśmy usunąć stąd wszystkie kwiaty?
— Nie musimy, jeśli uzyskamy coś, co zabija te bakterie. Nie wiemy również, czy kwiaty przekazują chorobę. Najprawdopodobniej jakaś bakteria się zmutowała, przybierając nową postać i… Wszystko dokładnie sprawdzimy. Kwiaty niech zostaną, dopóki nie dowiemy się czegoś więcej. — Spojrzała na niego. — Czy wiesz, jak rzadko to występuje? Sprawdziłam. Jeden przypadek na jedenaście miliardów ludzi. Nigdy nie wykonywałam kultur rdzeniowych, jedynie na ćwiczeniach. Użyłam myśliwych-zabójców ogólnego zastosowania. Pałeczki są teraz tak rzadkie, że nikt nie prowadzi badań nad specjalnymi środkami leczenia. — Zacisnęła usta w wąską linię. — Dlatego chciałabym mieć laboratorium nano, Burzycielu — dodała. — Chcę zajmować się tymi przypadkami, które są tak rzadkie, że właściwie nikt nie opracował metod ich leczenia.
Ujął jej dłoń.
— Zapłoniona Różo, będziesz miała to laboratorium, kiedy tylko zapragniesz.
— Ono nie przyniesie dochodu, Burzycielu. Jeden przypadek na jedenaście miliardów ludzi to niezbyt liczna klientela.
— Powinnaś zobaczyć zgłoszenia, jakie dostaję na Dzień Nano. Najbardziej barokowe projekty. Budowa hoteli, planet, kosmicznych habitatów z materii podstawowej. Prawie żadna z nich nie jest tak ważna, jak twoja. Zainwestuję i… — Uśmiechnął się. — Jeśli zabraknie mi pieniędzy, wybuduję nową planetę i sprzedam ją.
— Dziękuję. — Przytuliła się do niego.
— „Pamiętaj Dziewczynkę w Zielonej Spódnicy” — zacytował Niu Shiji — „i wszędzie bądź czuła dla trawy”.
Nagle coś ją zaintrygowało — skoncentrowała uwagę na czymś innym, gdy daimony przemawiały do niej. Cofnęła się i spojrzała na niego.
— Jego stan polepsza się. Chyba myśliwi-zabójcy wykonują swe zadanie. Czy chciałbyś zobaczyć pacjenta?
— Tak, oczywiście.
Dziecko leżało na boku i wyglądało na śmiertelnie chore. Oddychało za pomocą respiratora, gdyż opuchnięty pień mózgu wylał się z czaszki i uciskał centra oddechowe. Mięśnie chłopca były sparaliżowane medykamentami, przeciwdziałającymi dręczącym go konwulsjom. Szrama po implantacji reno jeszcze nie została zlikwidowana. W żyle szyjnej umieszczono cienką jak papier jednostkę monitorującą populacje bakterii we krwi; na rdzeniu kręgowym znajdowała się równie cienka jednostka do monitorowania płynów rdzeniowych.
Clancy pogłaskała skronie chłopca.
Dzień Implantu był jednym z dwóch wspaniałych rytuałów inicjacyjnych dzieciństwa. Chwilą, gdy dla młodego mózgu otwierał się szerszy świat Hiperlogosu. Drugi — Dzień Sterylizacji — miał miejsce we wczesnym okresie dojrzewania i oznaczał dla młodej osoby wzięcie odpowiedzialności za sprawy reprodukcji.
— Oczywiście w mózgu pozostaną szramy — orzekła Clancy. — Będziemy musieli przeprowadzić sporą rekonstrukcję za pomocą nano, a do żyły i tętnicy szyjnej muszą iść upusty, by odprowadzić ciepło. I fizykoterapię, by ponownie nauczyć go tego, co prawdopodobnie utracił. — Potrząsnęła głową. — Normalnie pacjent może przenieść się do oneirochrononu na czas leczenia, ale ten chłopiec miał reno bardzo krótko i nie nabrał wprawy. Ciekawe, czy w ogóle zechce kiedykolwiek posługiwać się reno. Będzie mu potrzebne do przeżycia i jeśli nabierze do tego wstrętu… będę musiała polecić jakiegoś dobrego terapeutę. — Spojrzała na Gabriela. — Burzycielu, czy twoje reno ma imię? Czy zaprogramowałeś mu osobowość?
— Nazywam go „Reno” i działa jak maszyna. Uważam, że to inspirujące… i tak mam dużo osobowości.
— Moje nazywa się Caroline. Nadałam mu nawet wygląd: przypominałoby moją siostrę, gdybym miała siostrę. Jesteśmy w wielkiej przyjaźni. — Spojrzała na chłopca. — Ciekawe, jak on nazwie swoje reno. Śmierć?
Gabriel ujął ją za rękę.
— Jeśli chłopak będzie rozsądny, nada mu imię na cześć dostawczyni. Reno Zapłoniona Róża.
Clancy mocniej zacisnęła swą dłoń na jego dłoni. Trzymał jej rękę, dopóki siły witalne chłopca nie wzmocniły się i objawy choroby zaczęły ustępować.
Clancy odwołała zamówienie na pakiet nano i Gabriel — skoro już tu przyszedł — odwiedził innych pacjentów na oddziale. Załamanie, zwane chorobą Doriana Graya, było wstrętnym sposobem umierania, pomijając wypadki, samobójstwa czy coś równie rzadkiego, jak zakażenie pałeczkowcem. W przypadku załamania każda komórka ciała buntowała się nagle przeciw procesowi reprogramowania, który gwarantował jej młodość. W ciągu jednej nocy rozwijały się nowotwory, organy wewnętrzne całkowicie zawodziły, sieć neuronowa i mięśnie zanikały. Nie do wyleczenia, nie do powstrzymania. Załamanie było przynajmniej miłosiernie szybkie, trwało najwyżej parę dni. Kuracja polegała na tym, by stworzyć pacjentowi jak najlepsze warunki. Wcześniej czy później, Załamanie dosięgało wszystkich. Można by sądzić, że jest ono wynikiem jakiegoś chaotycznego procesu w organizmie, gdy wszystko naraz, wytrącone ze stanu równowagi, zmierzało do dziwnego atraktora gwałtownego rozkładu. Jednak większość ludzi dożywała trzeciego stulecia, nim dopadało ich Załamanie, a kilku szczęśliwców, na przykład Pan Wengong, żyło już drugi tysiąc lat.
Читать дальше