Okazało się jednak, że kapitan Farfang nie mógł o niczym poinformować, bo nie żył.
— Kończono adaptację „Przeznaczenia”; ten statek Naksydów przerabiano na potrzeby Tormineli — mówiła podniecona Dalkieth, starsza porucznik w średnim wieku. Głos miała wysoki i miękki, lekko sepleniła. Był to głos dziecka kontrastujący z widokiem pooranej zmarszczkami twarzy. — Na końcu dostosowano kwatery załogi, więc twardziele spali na stacji i przyszli na statek dopiero ostatniej nocy, by dokonać końcowych regulacji środowiska. A wiesz, że Torminele z powodu swego futra wolą niższą temperaturę od Naksydów.
— Więc to nie był sabotaż?
— Jeśli był, to sabotażysta musiał znajdować się wśród załogi i zginął wraz z innymi. Kiedy zaprogramowali nowe temperatury, ktoś pomylił się o rząd wielkości i ochłodzono atmosferę „Przeznaczenia” do jednej dziesiątej tego, co powinno być.
Martineza to zastanowiło.
— Przecież temperatura powinna zmieniać się stopniowo, żeby… Och!
— To jest to. Torminele mają odruch hibernacyjny — powiedziała Dalkieth. — Gdy się ochładza, zapadają w coraz głębszy sen, ale nawet hibernacja im nie pomoże przy temperaturze poniżej zera.
Martinez zadrżał.
— Wszyscy umarli?
— Wszyscy. Stu dwudziestu paru umarło w kojach.
— A strażnik w śluzie?
— „Przeznaczenie” dopiero dziś miało uzyskać gotowość bojową. Strażników przydzieliła policja, nie pochodzili ze statku. Nikt nie wchodził na statek ani go nie opuszczał do dzisiejszego dnia.
To wtedy odkryto warstwę lodu na ścianach i znaleziono zamarzniętych Tormineli — na ich futrach połyskiwała warstwa szronu. Martinez miał ochotę usiąść w fotelu i zadumać się nad strasznym, kapryśnym losem, który pozbawił eskadrę najbardziej masywnego statku wraz z jego dowódcą. Czekało go jednak dużo pracy. Dwóch trzecich załogi nie znał, te same proporcje dotyczyły oficerów. Według planów „Korona” i cała eskadra miały opuścić stację jutro.
— Kto dowodzi eskadrą? — spytał.
— Kamarullah jest najstarszym z kapitanów, ale nie wydano oficjalnego rozkazu.
Wstał zza biurka, cały czas świadom, że za jego plecami na ścianie pysznią się trofea futbolowe. Kwatera Tarafaha została w końcu uporządkowana, Martinez się tam wprowadził, gdy na jego żądanie zamonotowano potrójne zamki w szafce z alkoholem.
— Rozumiem — odrzekł. — Inspekcje wydziałów o 26:00.
— Rozkaz, lordzie kaporze.
Zabrał na inspekcję Złoty Glob, nie oryginał, ale surowszy egzemplarz, wykonany przez Maheshwariego i Alikhana w warsztacie fregaty. Nie czułby się rozczarowany, gdyby załoga wysnuła wniosek, że kapitan bardziej sobie ceni ich prezent od nagrody Konwokacji.
Wyniki inspekcji były nieco lepsze, niż oczekiwał, ale zdołał dojść zaledwie do połowy, gdy Vonderheydte poinformował go, że łączność otrzymała pilną prywatną wiadomość od dowódcy eskadry Do-faqa. Martinez odprawił przygiętych, również tych, których jeszcze nie sprawdził, i przyjął wiadomość w swoim gabinecie.
Młodszy dowódca eskadry Do-faq dowodził eskadrą krążowników Lai-ownów, która od czasu rebelii leciała na Zanshaa z Preowin. Lai-owni mieli puste kości i mogli wytrzymać przyśpieszenie najwyżej dwóch g, a dowódca kazał przyśpieszać przez całą drogę. Gdy dotarli do Zanshaa, Do-faq nie zamierzał hamować, tylko okrążał układ po ekscentrycznym kole o dużym promieniu, potem chciał pomknąć do wyznaczonego przez flotę wormholu. Do tego czasu będzie zdalnie dowodzić swą lekką eskadrą, w skład której wchodziła „Korona”.
Nie wiadomo, jak Do-faq wyobrażał sobie koordynację eskadr, gdyby miał stoczyć rzeczywistą walkę; eskadry miały przecież tak różne charakterystyki bojowe. Z drugiej strony Lai-owni byli znani jako piekielnie subtelni taktycy; dowiodła tego Lai-ownowska Wojna. Zresztą i te sprawy nie wchodziły w zakres obowiązków Martineza.
Użył kapitańskiego klucza do odkodowania wiadomości, która pokonała sześć minut świetlnych między eskadrą a Zanshaa. Gdy obraz ukazał się na displeju, Martinez przekonał się, że Do-faq jak na swoje stanowisko jest młodzieńcem, o czym świadczyły ciemne, podobne do piór włosy po bokach spłaszczonej głowy — te włosy Lai-owni tracą w okresie pełnej dojrzałości. Szeroko osadzone oczy były złociste; szerokie usta, pełne kołkowatych zębów, były otoczone zmarszczkami — to efekt niemal trzydziestodniowego stałego przyśpieszania.
— Lordzie kapitanie Martinez — mówił — proszę przyjąć moje gratulacje z okazji awansu i otrzymania Złotego Globu. Mam nadzieję, że pewnego dnia doznam zaszczytu osobistego spotkania z panem, o ile pozwolą mi na to obowiązki.
Martinez rad słuchał tych uprzejmych słów. Zawsze miło jest się przekonać, że zwierzchnicy mają o nas dobrą opinię i są gotowi się nią podzielić. Był przyzwyczajony raczej do tego, że zwierzchnicy udawali, że go nie dostrzegają.
Do-faq przykrył oczy błonami mrużnymi.
— Strata „Przeznaczenia” zmusiła mnie do podjęcia kilku bolesnych decyzji. Między innymi doszedłem do wniosku, że lord kapitan Kamarullah nie nadaje się na dowódcę eskadry.
Martinez całkowicie zaskoczony patrzył w ekran. Dotknął kontrolek:
— Wezwać załoganta Alikhana do gabinetu kapitana. Do-faq mówił dalej zmęczonym głosem.
— Jestem pewien, że pozostali kapitanowie, starsi od pana, są odpowiednimi osobami na te stanowiska. Nie mają jednak doświadczenia bojowego… nam wszystkim brakuje takiego doświadczenia. Wszystkim, z wyjątkiem pana.
Błony mrużne cofnęły się z oczu Do-faqa. Martinez patrzył teraz w jasnozłote oczy lorda dowódcy.
— Lordzie kapitanie Martinez, chciałbym wyznaczyć pana na dowódcę lekkiej eskadry — oznajmił Do-faq. — Zdaję sobie sprawę, że może pan to uznać za zbyt duże obciążenie, wobec problemów związanych z „Koroną”, gdy ma pan tylu nowych członków załogi i tyle trudności na nowym posterunku dowódczym. Może pan po prostu odmówić…
Martinez usłyszał pukanie do drzwi i zatrzymał wiadomość. Kazał Alikhanowi wejść i zapytał:
— Co jest między Do-faqiem a Kamarullahem?
Alikhan przez chwilę milczał, po czym cicho zasunął za sobą drzwi.
— To się datuje od manewrów z siedemdziesiątego trzeciego, milordzie. Nastąpiło nieporozumienie co do sensu rozkazu i manewry się nie udały. Flota winiła za to Do-faqa, a Do-faq winił Kamarullaha, który był wówczas oficerem taktycznym na „Chwale”.
A teraz ja znalazłem się między nimi, pomyślał Martinez, ale ta myśl go nie przygnębiła.
Tak jak myśl o tym, że ma pod sobą nową, nieprzeszkoloną załogę, oficerów, których nie zna, perspektywę, że kapitanowie będą wściekli za to, że pominięto ich przy awansie; nie przerażał go też nieuchronny gniew Kamarullaha. Czuł natomiast uniesienie, buzowanie krwi i umysłu, gdy pojął, jakie czekają go wyzwania związane z propozycją Do-faqa.
— Dziękuję ci, Alikhanie — rzekł i gdy ordynans wyszedł, powiedział do komunikatora: „Odpowiedź osobista do dowódcy eskadry Do-faqa” i nacisnął klucz szyfrowania.
Pojawiło się światełko — znak, że wiadomość jest nagrywana. Martinez patrzył w kamerę, mając nadzieję, że jego twarz wyraża szczerość.
— Obawiam się wprawdzie, że okazuje mi pan zbyt wiele zaufania, jestem jednak zaszczycony, że mogę przyjąć pańską propozycję. Ja i eskadra oczekujemy pańskich rozkazów.
Omal nie powiedział „moja eskadra”, ale w ostatniej chwili się zreflektował.
Doszedł do wniosku, że to byłoby właśnie zarozumialstwo.
Читать дальше