Dysponują jednak pewną przewagą pozycyjną, myślał Jarlath. Barbas i Rinconell, dwie planety układu Magarii, akurat znajdą się po obu stronach Wormholu Jeden Magarii w odległości czterdziestu minut świetlnych od siebie. Fanaghee może kazać swym eskadrom procować między dwiema planetami lub między Barbas, Rinconell, Magarią i słońcem układu, więc statki osiągną dużą prędkość i zdolność ataku na flotę Jarlatha, gdy tylko ta wyłoni się z wormholu.
Zespół Jarlatha opracował jednak ciąg manewrów, które miały zmniejszyć ewentualną przewagę pozycyjną Naksydów.
Jarlath martwił się głównie o to, że wróg ma przewagę liczebną. Potem otrzymał wiadomość — również od Martineza — że wrażej eskadry z Felarus nie ma przy Magarii, ale jest przy Protipanu. A więc nie wszystkie statki wroga dołączyły do Fanaghee. Naksydzi najwyraźniej rozpraszają swoje siły, zamiast je koncentrować.
Teraz zdobycie Magarii wydawało się zadaniem pilniejszym, należało bowiem zapobiec koncentracji rebeliantów.
Wiadomość o pojawieniu się eskadry z Felarus w układzie Protipanu wywołała histerię w Konwokacji. Rebelianci rozpraszają siły, a więc wszędzie istnieje zagrożenie. Konwokacja zażądała, by Rada Kontroli Floty podjęła jakieś kroki. „By zabezpieczyć wszystkie miejsca” — powiedział Tork i zaklął.
Postanowiono wysłać do Hone-bar siły, które uciszą przynajmniej część oponentów. Do tej misji wyznaczono eskadrę Lai-ownów z Preowin, która jeszcze nie przybyła na Zanshaa, oraz naprędce zestawioną eskadrę z pojedynczych statków, operujących w pobliżu stolicy, prowadzoną przez „Przeznaczenie” — pojmany krążownik Naksydów — zaadaptowany teraz dla Tormineli, którzy wkrótce zostaną umieszczeni na pokładzie. Do tej eskadry przydzielono „Koronę” pod dowództwem bohaterskiego, wielokrotnie odznaczonego kapitana porucznika Martineza.
Martinez stał w dolnej części amfiteatru Konwokacji i czekał, aż umilkną brawa i wiwaty. Wzniósł Złoty Glob — tym razem autentyczną ciężką maczugę, zakończoną szklaną kulą z wirującym płynem — wzbudzając owacje konwokatów.
Glob w połyskującym, wysadzanym klejnotami etui został wręczony Martinezowi przez Dowódcę Floty Torka, przewodniczącego Zarządu Floty. Akt ten poprzedziło przemówienie patrona, lorda Pierre’a Ngeni. Rodzina Martinezów, bracia i siostry, stali w galerii dla widzów i wiwatowali wraz z innymi.
Martinez starał się, by jego uśmiech — a miał nadzieję, że jest to uśmiech człowieka mądrego i pewnego siebie — nie zmienił się w idiotyczne szczerzenie zębów. Sądził, że w znacznym stopniu mu się to udało.
Po pewnym czasie wiwaty ucichły i teraz słyszał, jak głośno bije mu serce. Zaczerpnął tchu i zebrał się na odwagę.
— Sądzę, milordzie, że zwyczajowo przy takich okazjach wygłasza się przemówienie — powiedział do lorda Saida, nowego lorda seniora. Wyobrażał sobie, jak słysząc te słowa, załoga „Korony” wyje z uciechy.
Lord Said okazał zdziwienie, ale uprzejmie się zgodził.
— Lordzie Martinez, bardzo proszę o wygłoszenie przemówienia do zgromadzenia parów.
Martinez zwrócił się do konwokatów, ubranych w szaty barwy wina, do swej rodziny, do oficerów floty na galeriach, do lorda seniora i do Dowódcy Floty Torka, stojącego tuż przed nim. Jasne górne reflektory zmieniły wszystkich w ciemne postacie. A w wideo obserwowały go miliardy śledzących sprawozdanie osób.
Po latach wysiłków, ciężkiej pracy, po tylu podjazdach i pokonaniu niebezpieczeństw osiągnął wreszcie chwilę chwały, chwilę, gdy całe imperium czekało na niego.
I nie potrafił wykrztusić słowa. Ulotniły się piękne zdania, które układał sobie w głowie, czuł jedynie straszny ciężar, obecność tych wszystkich osobistości, czyhających tylko, by popełnił błąd i objawił się jako prowincjonalne zero, jakim przecież był.
Cisza rozdziawiła paszczę. Martinez słyszał w uszach łomot swego serca. Z trudem otworzył usta i wypchnął z gardła słowa:
— Lordowie konwokaci… — Rozpaczliwie patrzył na widownię, potem przeniósł wzrok na Saida i dowódcę Torka. — Lordzie seniorze, lordzie dowódco. — Spojrzeniem powędrował do galerii. — Przyjaciele.
A gdy się przekonał, że potrafi wystąpić przed tłumem, słowa same napłynęły, początkowo zaledwie parę zdań, ale za nimi ruszyły dalsze. To szczęście, że już dwukrotnie miał okazję wygłosić przemówienie, teraz osiągnął właściwy rytm. Z łatwością przystosował uczucia do potrzeb konwokatów — oni też stoczyli bitwę, tu na miejscu, i mógł wysławiać ich odwagę, kompetencje i rzadki geniusz, jak poprzednio sławił załogę „Korony”.
Finał przemówienia brzmiał tak naturalnie, jakby Martinez przez całe życie występował przed Konwokacją.
— Czuję w głębi duszy — zakończył — że pod światłym przywództwem tego zgromadzenia, przy wsparciu tak odważnych i zdolnych załóg, jak ludzie z „Korony”, nasza szlachetna sprawa nie może ponieść porażki!
Widownia wybuchła wiwatami, trwającymi dłużej niż poprzednio. Martinez przyjmował to z mądrym uśmiechem, wznosząc Złoty Glob.
I nawet jeśli nie podoba się wam mój akcent, musicie się z tym pogodzić, myślał.
Potem odbyło się przyjęcie w pałacu Ngenich. Wnętrza, przystrojone setkami bukietów, pachniały kwiatami; migotliwe dekoracje w kształcie płatków śniegu — a nie było wśród nich dwóch jednakowych — zwisały z wysokich sufitów, rzucając srebrną poświatę na tłumy gości. Prawdziwy śnieg pokrył parapety okien, iskrzył się na gałęziach drzew w podwórcu. Pokoje i arkady wypełniali goście: konwokaci, starsi oficerowie floty i wysocy urzędnicy administracji.
Nikt nie był w żałobie. Konwokacja postanowiła odwołać żałobę po ostatnim Wielkim Panu i znieść ograniczenia dotyczące zebrań towarzyskich. Oficjalne wyjaśnienie: sprawy rebelii stały się ważniejsze od żałoby. Martinez pomyślał, że gdyby był konwokatem, podałby inny powód: obecnie nie wiadomo by było, po kim się rozpacza. Po Wielkim Panu czy po ofiarach wojennych? Po uśmierconych naksydzkich buntownikach? Po utraconej stabilności i pokoju dawnego imperium?
Towarzystwo nie musiało się już przejmować tym, jakich dwudziestu dwóch gości zaprosić, więc z radością odrzucono ograniczenia i korzystano z wszelkich przyjemności, jakie przynosiła zima i rebelia.
W każdym razie Martinez z zadowoleniem znów nosił zielonkawy mundur.
— Nie wiedziałem, że zamierzasz wygłosić przemówienie — powiedział lord Roland, starszy brat Martineza.
— Chciałbym pewnego dnia zostać konwokatem — wyjaśnił Martinez. — Postanowiłem im pokazać, że potrafię przemawiać publicznie, że mogę się przydać, a Laredanie nie ślinią się, nie drżą i w stresie nie tracą opanowania.
— W zasadzie to ja planowałem zostać pierwszym dokooptowanym konwokatem z Laredo — stwierdził Roland. Miał wyraźny laredoński akcent. Był nieco wyższy od Martineza, dzięki dłuższym nogom. — Mam nadzieję, że uznasz prawo starszeństwa.
— Może — odparł Martinez — ale jeśli nie uznam, postaram się utorować ci drogę. Czas jest dobry, pojawiły się wakaty.
Martinez nie był pewien, jak poważnie powinien potraktować własne słowa. Kapitan porucznik lord konwokat Gareth Martinez? W dniu takim jak ten wydawało się to możliwe. Konwokacja okazała hojność. Przyznali stoczniom na Laredo zamówienie na trzy fregaty i zagwarantowali znaczny zysk klanowi Martinezów i zależnym od niego klanom.
Może po długim czasie plany lorda Martineza miały wreszcie przynieść owoce? Ojca Martineza zlekceważono we flocie i na Zanshaa; powrócił na Laredo, postanowił zostać bogaczem, żeby już nigdy nikt go nie śmiał lekceważyć. Stał się absurdalnie bogaty — nawet według standardów parów — i włączył do swego planu dzieci: miały przypuścić szturm na miasto i zburzyć mury społeczne. Jednak do tej pory Martinez sądził, że jest mało prawdopodobne zdobycie szacunku starych rodów, takich Ngenich czy Chen.
Читать дальше