Do tej pory. Od czasu rebelii wszystko wydawało się możliwe.
Przybył lord Pierre Ngeni, wzniósł kieliszek na cześć Martineza i Złotego Globu. W odpowiedzi Martinez uniósł Glob, zobaczył kawałek ciała komandora Torka, zwisający z maczugi, oderwał go i upuścił na podłogę.
— Rozmawiamy właśnie, że pierwszym konwokatem z Laredo powinien stać się jeden z pana klientów.
Lord Pierre zawahał się. Teoretycznie to on reprezentował Laredo w Konwokacji przez związki patronacko-klienckie z klanem Martinezow, choć oczywiście lord Pierre nigdy nie był na Laredo i nigdy tam nie poleci.
— Z pewnością — rzekł.
— Zawsze przydadzą się sprzymierzeńcy w Konwokacji — stwierdził Martinez.
Lord Pierre zwrócił się do Rolanda.
— Teraz, gdy wasze stocznie otrzymały kontrakty, wróci pan do domu?
— Podróż potrwałaby trzy miesiące — odparł Roland — i do tego czasu wasze fregaty będą w połowie gotowe. Nie ma potrzeby, żebym tam siedział na miejscu, mój ojciec wszystkiego dopilnuje. — Roland uśmiechnął się. — Nie, zostanę jakiś czas w stolicy. Prawdopodobnie kilka lat.
Lord Pierre nie wyglądał na zbyt uradowanego.
— Ale ty, lordzie kapitanie — zwrócił się do Martineza — z pewnością wkrótce wyjeżdżasz.
— Za dwa dni, by skompletować eskadrę. Niewiele rozmawiałem z nowymi oficerami.
Ci, których widział, nie napawali go zachwytem. Siwy porucznik, który nie otrzymał awansu przez szesnaście lat; żółtodziób niewiele starszy od Vonderheydte’a. Z pewnością Martinezowi przydzielono trudne zadanie.
— Myślisz, że Jarlath uderzy na Magarię? — spytał lord Pierre. — Wszyscy uważają, że tak.
— Sądzę, że ma za mało ludzi — odparł Martinez. Roland blado się uśmiechnął.
— Chyba mówiłeś, że nie możemy przegrać.
— Możemy, jeśli się postaramy.
Później, gdy dźwięki muzyki orkiestrowej popłynęły na salę balową, Martinez dotkliwie zatęsknił za Amandą Taen, zapragnął wziąć ją w ramiona. Ale oficer Taen była na statku i przez następny miesiąc będzie naprawiać satelity, a Martinez nie miał teraz czasu na tworzenie nowego związku. Gdy szedł do sali balowej, znalazł się obok P.J. Ngeniego. Twarz P.J. nabrała wyrazu permanentnej melancholii. Martinez przypuszczał, że to skutek częstych kontaktów z jego siostrami, i rozumiał, co tamten czuje.
— Właśnie, Gareth — powiedział P.J.
— Tak?
— Wygłosiłeś fantastyczne przemówienie.
— Dziękuję.
— Sprawiło, że chcę… coś zrobić… wiesz, co mam na myśli. Coś pożytecznego, na wojnie.
Martinez spojrzał na niego.
— Chcesz wstąpić do floty?
— Myślę, że ja raczej… no, co zrobić… — P.J. dotknął kołnierzyka. — Czy mógłbym poprosić cię o radę? W sprawie bardziej osobistej.
Martinez uniósł brwi.
— Oczywiście.
— Zastanawiałem się, czy to normalne, że osoba… osoba z Laredo… na przykład młoda kobieta… jest… no… zachowuje towarzyską i uczuciową niezależność.
Martinez stłumił uśmiech.
— Oczywiście. Laredanie są znani ze swej niezależności. Myśli i charakteru.
— Aha… właśnie… bo, wiesz… — P.J. zmarszczył czoło — ja jej prawie nie widuję. Chodzi o Sempronię. Tylko przy oficjalnych okazjach, całuje mnie w policzek i… ale ma własnych przyjaciół, spędza z nimi czas, a ja nigdy… Jasne, chodzi do szkoły, ma przyjaciół, chce jak najwięcej z nimi przebywać. Ja nie protestuję, ponieważ przez lata też zdobyłem swoich przyjaciół… — Brwi P.J. złączyły się. — Ale wielu jej przyjaciół to oficerowie, a oni nie chodzą do szkoły.
Przez chwilę Martinez czuł niemal współczucie dla P.J. Potem przypomniał sobie, z kim rozmawia, i współczucie rozwiało się jak płatki kwiatów wiśni na wiosnę.
— Powinieneś okazać cierpliwość — powiedział. — Sempronia to pieszczoszka całej rodziny, przyzwyczajona do tego, że postępuje, jak chce. — Pocieszająco poklepał P.J. po ramieniu. — Po pewnym czasie doceni twoje zalety. A oficerowie… ona chce tylko nacieszyć się ich towarzystwem, nim wyruszą na wojnę.
— Może tak. — P.J. zamyślił się.
Następnego ranka po śniadaniu Martinez dowiedział się czegoś więcej o jednym z oficerów. Kiedy pakował aktówkę, przygotowując się do wyjścia na naradę, zwołaną przez nowego dowódcę eskadry, kapitana Farfanga z przeznaczenia”, ktoś nieśmiało zapukał do drzwi.
— Tak?
— To ja — usłyszał głos Sempronii, stłumiony przez grube na długość kciuka drzwi z drzewa tekowego.
— Wejdź.
Sempronia weszła z nieśmiałą miną. Zobaczyła, że brat ma rozpiętą bluzę, więc podeszła do niego i zaczęła zapinać guziki. Miała wzrok skupiony na pracy i zezowała przy tym zabawnie, a zębami lekko przygryzała dolną wargę. Skończyła, wygładziła kołnierzyk i cofnęła się o krok, oceniając rezultat.
— Dziękuję — powiedział Martinez.
— Nie ma za co. — Skrzyżowała ramiona i przypatrywała mu się uważnie. Martinez wziął z toaletki złoty medal na wstążce, przysługujący posiadaczowi Złotego Globu.
— Chyba nie zamierzasz nosić ze sobą Globu?
Martinez zawiesił sobie medal na szyi.
— Noszenie Globu poza oficjalnymi okazjami byłoby zarozumialstwem.
— Ależ Gareth, ty jesteś zarozumiały.
Martinez postanowił okazać mądrość i nie odpowiadać na ten zarzut.
— Co cię tu sprowadza, Proney?
— Chciałabym… porozmawiać o jednym z twoich oficerów.
— Chodzi o mojego oficera?
— Nikkul Shankaracharya.
Drugi oficer, podporucznik, z półrocznym stażem. Martinez widział się z nim przed dwoma dniami. Zamienili najwyżej kilkadziesiąt słów. Nosił mały wąsik, był nieśmiały. Przy pierwszym spotkaniu nie robił dużego wrażenia, choć Martinez miał silne poczucie, że ten człowiek będzie wymagał wiele pracy.
— To twój przyjaciel? — spytał Martinez. Policzki Sempronii pokryły się rumieńcem.
— Tak. Miałam nadzieję, że będziesz mógł się nim zaopiekować.
— To moja praca — odparł Martinez. — Ale czy Shankaracharya potrzebuje opieki?
Sempronia jeszcze mocniej się zaczerwieniła.
— Jest utalentowany, ale nieśmiały i nie rozpycha się. Możesz go wdeptać w pokład i nawet tego nie zauważysz.
— Więc obiecuję, że nie wdepczę go w pokład. — We wspomnieniach wywołał obraz Sempronii rozmawiającej z ciemnowłosym oficerem na przyjęciu na cześć Caroline Suli.
Sempronia zerkała na boki.
— On cię podziwia. Szukał wpływów przez swego patrona lorda Pezzini, by dostać się na „Koronę”. — Wykrzywiła usta w kształt litery S. — On cię oczywiście nie zna tak jak ja.
Martinez podszedł do siostry, ujął ją pod brodę i spojrzał prosto w oczy.
— Proney, czy Shankaracharya to ktoś bardzo ważny?
Usta Sempronii zacisnęły się do cienkiego konturu. Skinęła głową. Martinez pocałował ją w czoło.
— W takim razie postaram się zrobić dla niego, co się da.
Objęła go mocno.
— Dobrze. Jeśli zaopiekujesz się Nikkulem, mogłabym ci wybaczyć tego P.J.
Wybiegła z pokoju. Martinez skończył się pakować i zawołał służących, by znieśli jego rzeczy do taksówki, którą miał pojechać do stacji maglewu. Alikhana przy nim nie było i Martinez myślał ze spokojem, że teraz pod jego nieobecność ordynans dogląda „Korony”. Zarzucił sobie na jedno ramię płaszcz zimowy, Złoty Glob włożył do walizki. Szerokimi schodami zszedł do holu i pożegnał się z rodziną.
Biały śnieg iskrzył się pod ciemnozielonym niebem Zanshaa. Do doków pierścienia antymaterii przycumowała zestawiona naprędce eskadra, do której należała „Korona”. Eskadra miała wylecieć następnego dnia z misją specjalną. Martinez nie znał celu, wiedział jedynie, że nie stanowią części Floty Macierzystej — zostali przydzieleni pod dowództwo Dofaqa, Lai-owna, a nie do Jarlatha. Martinez przypuszczał, że upłynie wiele dni ostrego przyśpieszania, nim się dowie, jakie są plany, chyba że kapitan Farfang raczy poinformować ich o wszystkim na naradzie.
Читать дальше