Lama uśmiechnął się, ukazując prawie bezzębne usta, i zaczął coś mówić głosem, który przypominał szelest. Mongołowie próbowali odpowiedzieć, ale wkrótce stało się jasne, że nie mają żadnych punktów wspólnych.
Kola szepnął do Sabie:
— Spójrz na buty tego chłopca. Może to miejsce nie jest tak stare, jak myślimy.
Sabie chrząknęła.
— Buty są nowe. Ale to niczego nie dowodzi. Jeżeli ich zostawiono tutaj samych, dziecko musiało stąd wychodzić, żeby zdobyć pożywienie…
— Lama jest taki stary — szepnął Kola. Rzeczywiście, jego skóra wyglądała jak papier i cała w plamach spowodowanych podeszłym wiekiem zwisała pofałdowana na kościach, a jego oczy były tak bladoniebieskie, że wydawały się niemal przezroczyste. Wrażenie było takie, jak gdyby sublimował z wiekiem i jego istota wyparowała.
— Tak — powiedziała Sabie. — Ma dziewięćdziesiątkę jak nic. Ale spójrz na nich obu, Kola. Zapomnij o różnicy wieku. Spójrz na ich oczy, budowę kości, brodę…
Kola przyjrzał się im, żałując, że nie ma lepszego światła. Kształt czaszki chłopca przesłaniała czarna czupryna, ale jego twarz, bladoniebieskie oczy… Wyglądają podobnie.
— No właśnie — powiedziała Sabie sucho. — Kola, kiedy przychodzisz do takiego miejsca, to na całe życie. Przybywasz jako ośmioletni czy dziewięcioletni młodzieniec, zostajesz tutaj, recytujesz modlitwy i robisz to nadal, gdy masz dziewięćdziesiąt lat, jeżeli dożyjesz tego wieku.
— Sabie…
— Tych dwoje to jedno, to ten sam człowiek, młodzieniec i stary lama znaleźli się tutaj razem w wyniku igraszek czasu. I ten chłopiec wie, że kiedy się zestarzeje, pewnego dnia zobaczy swoje własne młodsze ja, idące ku niemu przez step. — Wyszczerzyła zęby w uśmiechu. — Nie wydają się speszeni, prawda? Może filozofii buddyjskiej nie trzeba aż tak bardzo naginać aby pogodzić się z tym, co się wydarzyło. Po prostu koło się zamyka, to wszystko…
Mongolscy żołnierze bez entuzjazmu szukali, żeby coś zrabować, ale nie było tam niczego oprócz resztek jedzenia i małych skarbów związanych z praktykami religijnymi: młynków modlitewnych i świętych tekstów. Mongołowie zamierzali zabić mnichów. Przygotowywali się do tego beznamiętnie, w końcu robili to systematycznie, zabijanie było ich chlebem powszednim. Kola zdobył się na odwagę i interweniował u doradcy Yeh-lii, ażeby tego nie czynić.
Pozostawili świątynię w jej wiecznym śnie i armia ruszyła dalej.
Po trzech tygodniach podróży wzdłuż wybrzeża Zatoki Eumenes zawiadomił nowożytnych, że zwiadowcy natknęli się na zamieszkaną wioskę.
Powodowani ciekawością i potrzebą oderwania się od morza Bisesa, Abdikadir, Josh, Ruddy i mały oddział brytyjskich żołnierzy pod dowództwem kaprala Batsona dołączyli do oddziału straży przedniej, na czele rozciągniętej kolumny wojsk Aleksandra. Wszyscy oni dyskretnie zaopatrzyli się w broń palną. Kiedy znaleźli się na lądzie, Casey, którego noga wciąż była słaba, patrzył ze statku z zazdrością.
Od wioski dzielił ich dzień marszu i droga była naprawdę mozolna. Chociaż Ruddy jako pierwszy zaczął narzekać, wkrótce ten marsz wszystkim dał się we znaki. Jeśli szli zbyt blisko brzegu, pod nogami mieli tylko sól i kamienie i żadnej roślinności, ale wszedłszy dalej w głąb lądu, znaleźli się na wydmach, po których posuwać się było trudno, nawet jeśli nie było deszczu. Zawsze istniało niebezpieczeństwo gwałtownych powodzi, kiedy masy wody płynęły wąskimi korytami. A kiedy deszcz przestał padać, pojawiły się całe chmary gzów.
Nieustannym zagrożeniem były węże. Nikt z nowożytnych nie potrafił rozpoznać odmian, jakie napotykali po drodze, ale jeśli wziąć pod uwagę, że pochodzili z czasów odległych o dwa miliony lat czy nawet więcej, nie było to takie zaskakujące.
Bisesa patrzyła z gniewem na nieruchome Oczy unoszące się bez trudu nad najbardziej trudnym terenem, które beznamiętnie obserwowały jej wysiłki, kiedy je mijała.
Pod koniec dnia grupa dotarła do wioski. Wraz z macedońskimi żołnierzami Bisesa i pozostali wdrapali się na skarpę, aby się jej przyjrzeć. Znajdowała się w pobliżu brzegu i robiła wrażenie biednej. Zgarbione chaty przycupnęły na kamienistej ziemi. Za wioską kilka wychudłych owiec skubało karłowatą trawę.
Mieszkańcy nie wyglądali zachęcająco. Zarówno dorośli, jak i dzieci mieli długie, potargane, brudne włosy, a mężczyźni brody. Ich głównym źródłem pożywienia były ryby, które łapali, wchodząc do wody i zarzucając sieci zrobione z kory palmowej. Wykonywali tę pracę odziani w coś, co wyglądało jak wyprawione skóry ryb czy może nawet wielorybów.
Ruddy powiedział:
— To najwyraźniej istoty ludzkie. Ale z epoki kamienia. De Morgan odrzekł:
— Ale mogą pochodzić z czasów nie tak znów odległych, to znaczy od czasów Aleksandra. Jeden z Macedończyków widywał takich ludzi już przedtem; nazywa ich Zjadaczami Ryb.
Abdikadir przytaknął.
— Na ogół zapominamy, jak bardzo pusty był świat Aleksandra. Parę tysięcy kilometrów stąd leży Grecja Arystotelesa, a tutaj mamy ludzi z neolitu, którzy żyją w taki sposób być może od czasów epoki lodowcowej.
Bisesa rzekła:
— Więc może ten nowy świat Macedończykom nie wydaje się taki dziwny jak nam.
Macedończycy potraktowali Zjadaczy Ryb ostro, przepędzając ich gradem strzał. Następnie oddział wmaszerował do opuszczonej wioski.
Bisesa rozejrzała się wokół z zaciekawieniem. Smród ryb przenikał wszystko. Znalazła na ziemi jakiś nóż, wykonany z kości, chyba z łopatki wieloryba lub delfina. Był misternie rzeźbiony, na jego powierzchni widać było pląsające delfiny.
Josh zbadał chaty.
Spójrz na to. Te chaty to po prostu skóry rozpięte na ramach z kości wielorybów, albo — o, tutaj — ułożone rzędami muszle ostryg. Prawie wszystko, co mają, zawdzięczają morzu — nawet odzienie, narzędzia i domy — to niesamowite!
Bisesa pomyślała, że miejsce to jest niewyobrażalnie bogate jako przykład żywej archeologii i zarejestrowała, ile się dało, nie zważając na biadolenie telefonu. Ale czuła przygnębienie, że tak znaczna część przeszłości została utracona i nigdy nie zostanie poznana; ten fragment wymarłego życia, wyrwanego z kontekstu, to jak kolejna strona wyrwana z księgi pozbawionej tytułu, ocalonej z już nieistniejącej biblioteki.
Ale żołnierze przybyli tu, aby zdobyć zapasy, a nie z powodu archeologii. Jednak niewiele mogli znaleźć. Dokopano się do magazynu i zabrano sproszkowaną mączkę rybną. Schwytano i szybko zarżnięto kilka nędznych owiec, ale okazało się, że ich mięso było słone i miało okropny smak ryb. Bisesa była przerażona tym nonszalanckim zniszczeniem wioski, ale nic nie mogła na to poradzić.
Nad wioską Zjadaczy Ryb unosiło się pojedyncze Oko. Patrzyło, jak Macedończycy odchodzą, tak jak patrzyło na ich przyjście, nie zdradzając żadnej reakcji.
Noc spędzili niedaleko wioski, w pobliżu strumienia. Macedończycy jak zwykle sprawnie rozbili obóz, zaopatrując skórzane namioty w daszki dla ochrony przed deszczem. Pomagali im brytyjscy żołnierze.
Bisesa uznała, że nadszedł czas na pewne zabiegi higieniczne; toalety na statkach Aleksandra nie były zbyt nowoczesne. Poczuła ogromną ulgę, gdy wreszcie zdjęła buty. Szybko opatrzyła stopy. Skarpety były przesiąknięte potem i kurzem, a szczeliny między palcami pokrył zaschnięty brud i wydawało się, że widać początki grzybicy. Oszczędzała to, co jeszcze miała w zestawie medycznym, który w końcu stanowił tylko niewielki zestaw awaryjny.
Читать дальше