Zadzwonił telefon.
— Onisimow, słucham.
Przez kilka sekund w słuchawce słychać było tylko urywany oddech, jakby rozmówca nie mógł złapać tchu.
— Towarzyszu… kapitanie… tu Hajewoj.„melduje się… No więc… zatrzymany zbiegł!
— Zbiegł?! Jak to zbiegł? Meldujcie szczegółowo!
— No więc… wieźliśmy go „gazikiem”, Timofiejew za kierownicą, a ja razem z tym… — dudnił w słuchawce głos milicjanta. — Tak jak zawsze wozimy zatrzymanych. Wy przecież, towarzyszu kapitanie, nie uprzedzaliście, żeby pod specjalnym nadzorem, no, a ja myślałem sobie: gdzież on się podzieje, skoro dokumenty u was? No a kiedy przejeżdżaliśmy koło parku miejskiego, on w pełnym biegu wyskoczył, przez płot — i chodu! No to my z Timofiejewem za nim.
Tylko że on w biegu na przełaj jest dobry… No, a ognia nie otwierałem, bo nie było rozkazu. No więc… to wszystko.
— Jasne. Zameldujcie się w Komendzie, złóżcie raport na ręce dyżurnego. Źle pracujecie, Hajewoj!
— No to… może jakieś kroki przedsięwziąć, towarzyszu kapitanie? — zabrzmiało ponuro w słuchawce.
— Bez was to zrobimy. Wracajcie szybko, weźmiecie udział w pościgu. To wszystko! — Onisimow rzucił słuchawkę.
„Ależ to artysta, po prostu artysta! A ja jeszcze miałem wątpliwości! On, oczywiście, że on. No więc tak: dokumentów nie ma, pieniędzy też. Na sobie ma tylko spodnie i koszulę, tyle co nic. Daleko nie ucieknie. Ale jeżeli ma wspólników, to gorzej…” W dziesięć minut później pojawił się jeszcze bardziej zgarbiony pod ciężarem winy Hajewoj. Onisimow zebrał grupę pościgową, rozdał fotografie, przekazał słowny rysopis i znaki szczególne. Grupa operacyjna wyszła na miasto.
Potem zadzwonił daktyloskopista. Oznajmił, że niektóre odciski palców zdjęte w pracowni mogą być zidentyfikowane z kontrolnymi odciskami laboranta. Reszta należy do kogoś innego. Ani jedne, ani drugie nie są podobne do odcisków znajdujących się w kartotece recydywistów.
— Ten drugi to denat, jasne… No, no, sprawa zaczyna wyglądać poważniej. Na zwykłe kryminalne przestępstwo to nie wygląda…
Zresztą do niczego to wszystko nie jest podobne przez ten przeklęty szkielet! I co z nim zrobić?
Onisimow z rozpaczą wyjrzał przez okno. Cienie drzew na asfalcie wydłużyły się, ale upał nie ustępował. Koło przystanku trolejbusowego stał tłum dziewczyn w kolorowych sukienkach i ciemnych okularach. „Na plażę jadą…” Najbardziej denerwujące było to, że Onisimow dotychczas nie miał roboczej wersji zajścia.
Pod koniec dnia, kiedy wypisywał wezwania na dzień następny, wszedł komendant miejskiego oddziału. „No, tak…” Onisimow wstał z uczuciem przygnębienia.
— Siadajcie — pułkownik ciężko opadł na krzesło. — Co to za komplikacje macie: zwłok nie ma, zatrzymany zbiegł, co to się dzieje? Opowiedzcie.
Onisimow opowiedział.
— Hm… — komendant zmarszczył krzaczaste siwe brwi. — No, tego zucha oczywiście złapiemy. Lotnisko, kolej i autobusy pod obserwacją?
— Oczywiście, poleciłem natychmiast, towarzyszu pułkowniku.
— A więc nigdzie z miasta nie ucieknie. A co do zwłok… rzeczywiście dziwne. Diabli wiedzą co! A nie pokręciliście przypadkiem tam na miejscu czegoś? — Spojrzał na Onisimowa małymi mądrymi oczkami. — Może… pamiętacie, jak u Gorkiego, w „Klimie Samginie” jeden tak mówił: „A może chłopca wcale nie było?” Co?
— Ale przecież… lekarz pogotowia stwierdził zgon.
— I lekarze czasem się mylą. Do tego lekarz to nie ekspert, przyczyny zgonu nie ustalił. I zwłok nie ma. A ze szkieletu naszemu Zubato trochę trudno… Decydujcie zresztą sami, nie chcę nic narzucać, ale jeśli nie wyjaśnicie, w jaki sposób zwłoki w ciągu kwadransa zamieniły się w szkielet, a jeszcze do tego, czyje to były zwłoki i jaka przyczyna zgonu — żaden sąd takiej poszlaki nie weźmie pod uwagę. Teraz nawet prostsze sprawy sądy odsyłają celem uzupełnienia dochodzenia albo i umarzają z braku dowodów… To oczywiście bardzo dobrze, że prawo działa surowo i ostrożnie, tylko… — westchnął głośno. — Trudna sprawa, co? Koncepcję macie?
— Zarys mam — powiedział nieśmiało Onisimow — tylko nie wiem, towarzyszu komendancie, jak wam się spodoba. Moim zdaniem to nie jest sprawa kryminalna. Według zeznania sekretarza naukowego Instytutu w Stanach Zjednoczonych bardzo się interesują problemem, który opracowywał Kriwoszein, to po pierwsze. Laborant Krawiec zachowaniem swoim i, powiedzmy, poziomem kulturalnym nie przypomina ani studenta, ani kryminalisty. Uciekł po mistrzowsku, to następna sprawa. Po trzecie, jego odcisków palców nie ma w kartotece recydywistów. No więc, może… — Onisimow zamilkł i pytająco spojrzał na szefa.
— …zepchnąć sprawę do Bezpieczeństwa? — z żołnierską prostotą zakończył komendant jego myśl i pokręcił głową. — Oj, nie spieszcie się! Jeśli my, milicja, wykryjemy przestępstwo z zagranicznym, powiedzmy, akcentem, to ani nam, ani społeczeństwu to nie zaszkodzi, tylko wszyscy skorzystają. No, a jeśli organa za nas wykryją zwykłą sprawę kryminalną albo naruszenie BHP, to… sami rozumiecie. I bez tego w ostatnim półroczu procent wykrywalności mamy najgorszy w okręgu — z dobrodusznym wyrzutem spojrzał na Onisimowa. — Ale nie załamujcie się! Nie darmo mówią, że najtrudniejsze do rozwiązania są sprawy najprostsze. Może wszystko się komplikuje przez ten Instytut. Sami wiecie, tematy, problemy, tytuły, stopnie, terminy rozmaite… sam diabeł się nie rozezna. Nie spieszcie się z wyborem wersji, sprawdźcie wszystkie możliwości, może i u was okaże się, jak u Kryłowa: „a szkatułka otwierała się prosto”… No, życzę powodzenia — komendant wstał, wyciągnął rękę — wierzę, że dacie sobie radę!
Onisimow też wstał, uścisnął wyciągniętą dłoń i odprowadził pułkownika rozjaśnionym wzrokiem. Zaufanie przełożonych to wielka rzecz!
Ci, którzy uważają, że życie ludzkie w stosunku do dawnych czasów zmieniło się tylko powierzchownie, przyrównują ognisko, przy którym spędzali wieczory troglodyci, do telewizora, umilającego czas współczesnym. Porównanie to jest dyskusyjne, ponieważ ognisko i świeci, i grzeje, telewizor zaś tylko świeci, a i to z jednej strony.
K. Prutkow — Inżynier, myśl nr 111
Pasażerkę pociągu pospiesznego Nowosybirsk — Dnieprowsk, pulchną błękitnooką blondynkę w średnim wieku, niezwykle zainteresował młody człowiek z górnego miejsca. Miał ogorzałą twarz o grubych, choć regularnych rysach, kręcone ciemne włosy, mocno przyprószone siwizną, silne opalone ręce z grubymi palcami i śladami odcisków na dłoniach, a jednocześnie uśmiechał się miękko, był uprzejmy (z własnej chęci ustąpił jej dolne miejsce, kiedy wsiadła w Charkowie) i wyrażał się jak człowiek inteligentny. Chłopak leżał położywszy kwadratowy podbródek na dłoniach, wpatrywał się w migające drzewa, domki, rzeczki, znaki drogowe i uśmiechał się.
„Interesujący.”
— Pewnie rodzinne strony? — zapytała.
— Tak.
— Dawno pan wyjechał?
— Rok temu.
Poznawał: oto przemknęła pod nasypem szosa, po której pędził z Leną na motocyklu… a teraz zagajnik dębowy, dokąd mieszkańcy miasta wyjeżdżają w wolne dni… Starorzecze, miejsce bezludnych plaż, czystego piasku i spokojnej wody… chutor Wytrebeńki — oho, co za budownictwo! Pewnie zakłady chemiczne… Uśmiechał się i chmurzył do swoich wspomnień.
…Właściwie nigdy nie jeździł z Leną na motocyklu ani nie był w tym zagajniku, ani na plażach — wszystko to działo się bez niego. Po prostu odbyła się kiedyś rozmowa, w której, jeśli wyrażać się precyzyjnie, również nie brał udziału osobiście.
Читать дальше