— Jasne… Jak sądzicie, Harry Charitonowiczu, co się tam u nich stało?
— Hmm… przecież to wy właśnie powinniście wyjaśnić, szanowny Matwieju Apollonowiczu, skąd ja mam wiedzieć? Ja jestem sekretarzem naukowym, papierkowe sprawy tylko załatwiam.
Pracowali przecież we dwóch z tym laborantem, on musi wiedzieć.
Do tego jest świadkiem naocznym.
— A czy wy wiecie, że ten praktykant-łaborant nie jest tym, za kogo się podaje? — zapytał surowo Onisimow. — Ani się nie nazywa Krawiec, ani nie jest studentem.
— Taaak?! Zastanawiałem się właśnie, czemuście go zatrzymali!
— Chiłobok otworzył szeroko oczy. — Niee, skąd miałem wiedzieć, doprawdy… to nasze kadry musiały przegapić. A kim on jest?
— Wyjaśniamy. A więc mówicie, że w Ameryce zajmują się i interesują podobnymi pracami?
— Tak. Więc myślicie, że on…
— Nie, nie trzeba tak od razu… — Onisimow uśmiechnął się. — Po prostu rozważam różne wersje. — Zerknął na kartkę z zapisanymi pytaniami. — Powiedzcie, Harry Charitonowiczu, nie zauważyliście u Kriwoszeina jakichś zaburzeń psychicznych?
Chiłobok uśmiechnął się z zadowoleniem.
— No właśnie, szedłem tutaj, przypomniałem sobie i zastanawiałem się: mówić czy nie mówić. Może to drobiazg, może nie warto?
Ale jeśli sami o to pytacie… Miał różne wyskoki. Pamiętam na przykład w lipcu ubiegłego roku, akurat wtedy, kiedy oprócz pełnienia swojej funkcji kierowałem pracownią urządzeń doświadczalnych, nie można było przez długi czas znaleźć odpowiedniego specjalisty, docenta, wziąłem więc to na siebie, żeby etat nie przepadł, bo wiecie, etat zabiorą, a potem doprosić się nie można, u nas tak zawsze.
No i właśnie akurat nieco wcześniej moja pracownia przyjęła zamówienie od Kriwoszeina na wykonanie nowego układu czujników bioelektrycznych do elektroencefalografii — coś w rodzaju tej „czapki Monomacha”, która leży u was na stole, tylko bardziej skomplikowanego, żeby go można było przełączać na rozmaite warianty połączeń. Według schematu Kriwoszeina. Dlaczego przyjęli od niego to zamówienie, zamiast zajmować się nauką, pojęcia nie mam…
Wskutek zagłębiania się w sprawy nauki nie wytrenowany mózg Onisimowa pogrążał się w sennym otumanieniu. Zwykle zdecydowanie ucinał wszelkie dygresje od interesującego go tematu, ale teraz jego rosyjska dusza nie potrafiła pokonać w sobie szacunku wobec nauki, stopni i tytułów naukowych. Szacunek ten istniał w nim zawsze, a od czasu kiedy prowadząc poprzednie dochodzenie w Instytucie spojrzał na listę płac pracowników naukowych, podwoił się. I teraz Onisimow nie odważył się hamować swobodnego lotu słów Chiłoboka: bądź co bądź siedział przed nim człowiek zarabiający przeszło dwukrotnie więcej niż kapitan milicji Onisimow, i do tego całkowicie legalnie.
— No i wyobraźcie sobie, siedzę kiedyś w pracowni — ciągnął dalej Chiłobok — aż tu przychodzi do mnie Kriwoszein — bez fartucha, zwróćcie uwagę! U nas tak nie wolno, specjalne zarządzenie było wydane, żeby pracownicy inżynieryjni i naukowi chodzili w białych fartuchach, a technicy i laboranci — w szarych albo niebieskich, u nas przecież delegacje zagraniczne często bywają i inaczej nie można, ale on zawsze to lekceważył — no więc wchodzi i pyta, wiecie, tym swoim tonem: „Kiedy wreszcie wykonacie moje zamówienie na nowy układ?” No, to ja spokojniutko oczywiście mu wszystko wyjaśniam, niby tak i tak, Walentinie Wasiliewiczu, jak tylko będziemy mogli, to wykonamy, nie tak prosto wszystko to zrobić, coście tam narysowali, bardzo skomplikowany montaż, mnóstwo tranzystorów odpada przy selekcji… słowem, wyjaśniam mu jak należy, żeby człowiek pretensji nie miał. A on swoje: „Jak nie możecie wykonać w terminie, to nie trzeba się było do tego brać!” Ja mu znowu wszystko wyjaśniam, że układ złożony i że mnóstwo zamówień się nagromadziło, a Kriwoszein mi przerywa: „Jeżeli za dwa tygodnie zamówienie nie zostanie zrealizowane, to napiszę na was skargę, a pracę przekażę uczniom ze szkolnego kółka elektroników-amatorów!
I szybciej zrobią i za mniejsze pieniądze!” O pieniądzach to on do mnie pił, już wcześniej takie aluzje robił, no ale cóż ja w końcu mogę poradzić… Powiedział, trzasnął drzwiami i wyszedł…
Oficer miarowo kiwał głową i zaciskał szczęki, żeby ukryć ziewanie. Chiłobok wzburzony szemrał dalej.
— A pięć minut później, zwróćcie uwagę, nie więcej niż pięć minut, nawet nie zdążyłem rozmówić się telefonicznie z warsztatami, wpada znowu Kriwoszein, tym razem w fartuchu, widać zdążył znaleźć gdzieś szary, laborancki — i znowu: „Harry Charitonowiczu, kiedyż w końcu wykonacie to zamówienie na układ czujników?”
„Zmiłujcie się, mówię, inżynierze, przecież wszystko panu wyjaśniłem!” — i znowu próbuję wyjaśnić sprawę tranzystorów i montażu.
On mi przerywa i jak poprzednio: „Nie możecie, to nie trzeba się było podejmować…” — i znowu o skardze, uczniach i kosztach… — Chiłobok zbliżył twarz do Onisimowa: — Krótko mówiąc, powiedział wszystko to samo, co pięć minut wcześniej, w tych samych słowach!
Możecie sobie wyobrazić?
— Ciekawe — skinął głową Onisimow.
— Takich wyskoków Kriwoszein miał więcej. Kiedyś zapomniał zamknąć wodę na noc, zalał całe piętro pod pracownią. Innym razem — dozorca skarżył mi się — rozpalił w parku ogromne ognisko z taśm perforowanych. Tak że… — docent znacząco zacisnął pełne, czerwone wargi, żałobnie ocienione wąsami — wszystko mogło się zdarzyć.
A przez co to wszystko? Przez to, że chciał się wybić i przeciążał się pracą ponad miarę. Bywało i tak, że o jakiejkolwiek porze wychodziłoby się z Instytutu, u Kriwoszeina we wszystkich oknach iluminacja. Wielu pracowników Instytutu wyśmiewało się z tego. Kriwoszein, powiadali, nie doktorat chce zrobić, a od razu odkrycie… No i naodkrywał się.
— Jasne — Onisimow znowu zerknął na papierek. — Wspomnieliście, że Kriwoszein był w bliskich stosunkach z kobietą. Znacie ją?
— Helenę Kołomyjec? A jakże! Takich kobiet, wiecie, w naszym mieście niewiele, przystojna, elegancka, miła, słowem, taka… — Harry Charitonowicz wyraził nie dający się ująć w słowa zachwyt nad zaletami Heleny Kołomyjec falistymi ruchami rąk. Jego piwne oczy zabłysły. — Dziwiłem się nieraz, inni zresztą też, co ona w nim widzi? On przecież — oczywiście, de mortuis aut bene, aut nihil — ale co tu kryć: sami widzieliście, jaką miał powierzchowność. Ubrać się odpowiednio nie umiał, utykał… Ona przychodziła do niego, nasze domy w osiedlu stoją obok siebie, więc widziałem. Ale ostatnio jakoś się nie pokazywała. Rozeszli się pewnie jak statki na morzu, he, he! A wy sądzicie, że ona też jest w to zamieszana?
— Ja na razie nikogo nie podejrzewam, tylko wyjaśniam. — Onisimow podniósł się z ulgą. — No, dziękuję. Mam nadzieję, że nie trzeba uprzedzać was o konieczności zachowania tajemnicy, ponieważ…
— A czy ja sam nie wiem? A dziękować nie ma za co, to mój obowiązek, zawsze jestem do dyspozycji…
Po wyjściu „docenta Onisimow podstawił głowę pod wentylator, kilka minut siedział bez ruchu nie myśląc o niczym. W głowie, jak brzęczenie muchy, rozlegał się głos Chiłoboka.
„Chwileczkę! — Onisimow potrząsnął głową, żeby otrzeźwieć. — Przecież on nic nie wyjaśnił. Bitą godzinę rozmawialiśmy, przez cały czas niby na temat — i nic. Sekretarz naukowy, docent, doktor nauk — czyżby kręcił? Oj, coś tu nie tak!”
Читать дальше