Dzieciom pozwolono ubrać się tak, jak nosiły się na co dzień, i bardzo były z tego zadowolone. Ja miałam na sobie beżowy sweter z kapturem i dżinsy, a Kit spodnie w kolorze maskującym oraz niebieską kurtkę. I my, i dzieci, odczuwaliśmy wielką tremę potęgującą się w miarę, jak zbliżał się ten moment. To miał być najważniejszy dzień w życiu tych maluchów.
Punktualnie o czternastej zajechaliśmy przed duży dworek stojący w cieniu magnolii i sosen. Niedaleko przy drodze stało kilka dużych domów z cegły. Jednak to dom generała robił największe wrażenie swoim przepychem i był najodpowiedniejszym miejscem na czekającą nas uroczystość.
– Przyjedź, mamo, na przysięgę – nucił pod nosem Matthew, kiedy wysiadaliśmy z wojskowej ciężarówki.
Generał Hefferon i jego żona czekali na nas na podjeździe. Hefferonowie ciepło i przyjaźnie uśmiechali się do nas, ale obok stało kilku żandarmów z karabinami M-16, co przywoływało niemiłe wspomnienia.
– Pewnie tu nie wolno latać – powiedziała Max, zwracając się do mnie. – To miejsce przestało mi się podobać.
– Wstrzymaj się z osądem – szepnęłam do niej. – Tak będzie najlepiej, Max.
– Ludzie się na mnie gapią – poskarżyła się.
– Bo jesteś piękna.
Właśnie wtedy drzwi domu otworzyły się i na ganek wyszło kilkoro mężczyzn i kobiet. Nieznajomi stanęli sztywno w szeregu i patrzyli na nas z niepewnymi, wylęknionymi minami. Przyszło mi do głowy, że my pewnie wydajemy im się tak samo wystraszeni.
– Chodźmy, dzieci – zaproponowała pani generałowa.
Dzieci miały przypięte do piersi plakietki z imionami. Wzięłam za rękę Petera, który dzisiaj był nieznośny, a Kit pociągnął za sobą Ikara, najbardziej podenerwowanego ze wszystkich.
– Chodźmy na ganek – powiedziałam. – Tylko zachowujcie się grzecznie.
Dzieci ruszyły w stronę domu przez starannie przystrzyżony trawnik. Szły w milczeniu, skupione. Nigdy jeszcze nie widziały swoich prawdziwych rodziców.
Kiedy podeszliśmy bliżej, zauważyłam, że ludzie zgromadzeni na ganku także mają przypięte do ubrań plakietki z imionami. Podzielili się na pary. Wszyscy dreptali nerwowo w miejscu i nie wiedzieli, co zrobić z dłońmi. Starali się nie patrzeć zbyt natarczywie na dzieci.
– To twoja mamusia i tatuś – szepnęłam do Petera i Wendy, która szła tuż za mną. Omal nie wybuchnęłam płaczem, ale jakoś udało mi się stłumić łzy. Czułam się, jakby coś we mnie miało pęknąć.
– To Peter, a to Wendy – powiedziałam.
– Jesteśmy Joe i Anne – przedstawili się rodzice. Wargi kobiety zaczęły drżeć. Nagle obydwoje nie wytrzymali. Joe, potężnie zbudowany mężczyzna o sympatycznym wyglądzie, pochylił się, wyciągnął ręce do swoich dzieci i łzy popłynęły mu po policzkach.
Ku mojemu zdumieniu, Wendy natychmiast podbiegła do swojego ojca. Peter natomiast padł w objęcia matki.
– Mamusiu – krzyczał przez łzy.
Niemal dokładnie tak samo wyglądało powitanie pozostałych dzieci z rodzicami. Podczas podróży do bazy wojskowej nasi podopieczni nie okazywali podniecenia, byli wręcz cyniczni, ale to już minęło. Wojsko, ludzie z Waszyngtonu dobrze zorganizowali to spotkanie.
Prawie wszyscy zebrani na ganku, z generałem Hefferonem i jego żoną oraz kilkoma żandarmami włącznie, płakali ze wzruszenia.
Max i Matthew przytulali się do dwojga przystojnych ludzi w wieku około czterdziestu lat. Wiedziałam, że nazywają się Art i Teresa Marshall, a poza tym są niezwykle zacni i mieszkają w Revere, Massachusetts.
Ikara tuliła do siebie klęcząca na betonie drobna kobieta o promiennym, szerokim uśmiechu, jednym z najpiękniejszych, jakie kiedykolwiek widziałam.
Oz schował się w ramionach swojej mamy, która szeptała mu na ucho jakieś słodkie słówka. On odpłacał jej tym samym.
Nareszcie spotkało te dzieci coś radosnego. Staliśmy z Kitem wtuleni w siebie i obydwoje płakaliśmy. Prawie nic nie widziałam przez łzy, ale mimo to nie mogłam oderwać oczu od dzieci, ich ojców i matek.
– Przelećmy się dla nich – zaćwierkał Peter swoim charakterystycznym, wysokim głosikiem. – Pokażmy wszystkim, co potrafimy. Chodź do mnie, Wendy. No, rusz się. Polećmy tak wysoko, jak się da.
– Peter! Ani mi się waż! – To Max krzyknęła na niego. Peter zatrzymał się w pół kroku. Przewrócił oczami i uśmiechnął się radośnie. – Polecimy wszyscy. Razem – dodała Max.
Dzieci pobiegły razem przez trawnik i wzbiły się w powietrze niczym stado niezwykłych ptaków. Przez cały czas gwizdały, wskazując Ikarowi drogę. Wzniosły się ponad dachy, ponad rosnące wokół magnolie i wielkie sosny.
Unosiły się bez wysiłku na tle bezchmurnego, błękitnego nieba.
To było coś tak niewiarygodnego, coś, czego nie dało się porównać z niczym innym w dziejach ludzkości, coś, czego ojcowie i matki nigdy jeszcze nie doświadczyli.
Widok pięknych dzieci, latających beztrosko niczym ptaki.
Przystępując do pisania tej powieści nie miałem najmniejszego pojęcia, w jakim stopniu będzie realistyczna. W pracy nad nią pomagało mi ponad trzydziestu naukowców i lekarzy. Jak stwierdził pewien ekspert w dziedzinie transgeniki z Uniwersytetu Kalifornijskiego: „Za dwa, trzy lata byłbym skłonny uznać, że wydarzenia opisane w Podmuchach wiatru nie odbiegają od rzeczywistości. Wiele z nich z pewnością będzie miało miejsce”. Lekarz zatrudniony w Narodowym Instytucie Zdrowia powiedział: „Ta książka dorównuje Jurassic Park. Obydwie powieści zawierają wiele niezaprzeczalnie prawdziwych faktów. W przyszłości pojawią się odkrycia naukowe, w które większości ludzi trudno będzie uwierzyć. Wydarzenia przedstawione w Podmuchach wiatru są z punktu widzenia biologii możliwe”. Opinie naukowców i lekarzy były bardziej szczegółowe. Myślę, że nigdy nie zapomnicie Podmuchów wiatru. Nie traktujcie jednak tej historii jako baśni. Wkrótce o wydarzeniach podobnych do tych, jakie zostały w niej przedstawione, będziecie czytać w gazetach.
Nade wszystko pragnę podziękować Maxine Paetro, która niemal od samego początku współuczestniczyła w powstawaniu tej książki i służyła mi pomocą w żmudnych badaniach, pisaniu i korekcie.
***
[1] James Patterson Podmuchy Wiatru When The Wind Blows Przekład: Tomasz Wilusz
Fragment wierszyka dla dzieci, popularnego w Stanach Zjednoczonych.