W domu pomocy dla żołnierzy wielebny Greene przeszedł od ogólnych rozważań na temat Dantego do bardziej szczegółowych opisów jego podróży. Pielgrzym przemierzał kolejne kręgi, z których składało się Piekło, z każdym krokiem zbliżając się do kaźni wielkiego Lucyfera, sprawcy wszelkiego zła. Opisując przedsionek Piekła, Greene wspomniał o miejscu, w którym przebywali Ignavi, „obojętni". Najgorszym grzesznikiem w tej grupie był Wielki Odmawiający. Imię odmawiającego, jakiegoś papieża, nie znaczyło dla Teala nic, lecz odrzucenie wielkiego i godnego stanowiska, które mogło zapewnić sprawiedliwość milionom ludzi, wywołało w nim wielki gniew. Słyszał przez ściany University Hall, że sędzia Healey stanowczo odmówił przyjęcia wyznaczonej mu nadzwyczaj ważnej funkcji: obrońcy Dantego.
Wiedział, że adiutant bibliotekarz z Kompanii C podczas ich marszów przez bagniste południowe stany zbierał tysiące owadów i wysyłał je do domu w specjalnie przygotowanych naczyniach, aby przetrwały podróż do Bostonu. Teal kupił od niego pudełko groźnych much mięsnych i czerwi, razem z gniazdem pełnym os, i podążył za Healeyem z sądu do Wide Oaks, gdzie zobaczył, jak sędzia żegna się z rodziną.
Następnego ranka Teal wszedł tylnymi drzwiami do domu Healeyów i uderzył sędziego w głowę kolbą swej strzelby. Zdjął z niego ubranie i ułożył je porządnie – męska odzież nie przysługuje tchórzom. Potem zawlókł sędziego do ogrodu i pokrył ranę na jego głowie czerwiami. Nieopodal, na piaszczystym gruncie, umocował pusty proporczyk, gdyż pod tym znakiem przestrogi Dante spotkał Ignavi. Od razu poczuł, że dołączył do Dantego, że wstąpił na długą i niebezpieczną ścieżkę zbawienia pośród potępionych ludzi.
Teal był zrozpaczony, gdy stary kaznodzieja z powodu choroby opuścił cotygodniowe kazanie w domu pomocy dla żołnierzy. Potem jednak Greene powrócił i wygłosił kazanie o symoniakach. Teal był już i tak mocno zaniepokojony umową zawartą pomiędzy Korporacją Harwardzką a wielebnym Talbotem, o której słyszał przy kilku okazjach w University Hall. Jak kaznodzieja mógł przyjąć pieniądze, aby oczernić Dantego przed czytelnikami? Jak mógł za marne tysiąc dolarów kupczyć autorytetem swojego stanowiska? Teal nie wiedział jednak, co czynić, dopóki nie poznał sposobu, w jaki należało ukarać grzesznika za ten występek.
Pewnej nocy spędzonej w bostońskich knajpach Teal spotkał kasiarza nazwiskiem Willard Burndy. Bez trudu odnalazł go w jednej z tawern i chociaż pijaństwo Burndy'ego budziło w nim wściekłość, zapłacił złodziejowi za to, by ten powiedział mu, jak ukraść tysiąc dolarów z sejfu wielebnego Elishy Talbota. Burndy długo mówił o tym, jak Langdon Peaslee przejmuje wszystkie jego rewiry. Jaką szkodę mogłoby zatem przynieść podzielenie się z kimś wiedzą na temat tego, jak otworzyć prosty sejf?
Teal skorzystał z tuneli używanych niegdyś przez zbiegłych niewolników, aby dostać się do Drugiego Kościoła Unitariańskiego, i obserwował, jak wielebny Talbot każdego popołudnia, zdenerwowany, schodzi do podziemnej krypty. Liczył kroki Talbota – raz, dwa, trzy – by sprawdzić, ile czasu zajmuje mu zejście po schodach. Oszacował wzrost pastora i zaznaczył go kredą na ścianie. Potem wykopał dół, dokładnie wymierzony tak, aby stopy Talbota sterczały nad nim, gdy wielebny zostanie pogrzebany do góry nogami. Na dnie jamy zakopał jego brudne pieniądze. Wreszcie w niedzielne popołudnie schwytał kaznodzieję, zabrał mu latarnię, polał mu naftą stopy i podpalił je. Po ukaraniu duchownego Dan Teal miał niejasne przekonanie, że Klub Dantego był dumny z jego dzieła. Zastanawiał się, kiedy odbywają się cotygodniowe spotkania w domu pana Longfellowa, o których wspominał wielebny Greene. W niedziele, bez wątpienia – myślał Teal – w dzień święty.
Teal rozpytywał się w Cambridge o Longfellowa i łatwo odnalazł należący do niego wielki żółty dom w stylu kolonialnym. Zaglądając przez okno, nie dostrzegł jednak żadnych znaków, które wskazywałby na to, że odbywa się tam jakieś spotkanie. Kiedy Teal przycisnął swoją twarz do okna, a światło księżyca odbiło się od guzików jego munduru, z wnętrza domu dobiegł hałas. Teal nie miał zamiaru przeszkadzać Klubowi, jeśli właśnie się zbierał, nie chciał bowiem przerywać strażnikom Dantego pełnienia ich służby.
Jakże był zdezorientowany, kiedy Greene znów nie pojawił się za pulpitem w domu pomocy żołnierzom, tym razem nie przedstawiając żadnych usprawiedliwień! Teal zapytał w bibliotece publicznej, gdzie mógłby wziąć lekcje języka włoskiego, pamiętał bowiem, że stary pastor sugerował to wąsatemu żołnierzowi. Bibliotekarz znalazł w gazecie ogłoszenie pana Piętro Bachiego i Teal skontaktował się z Włochem w sprawie rozpoczęcia lekcji. Nauczyciel przyniósł mu stos książek do gramatyki i zeszytów ćwiczeń, głównie własnego autorstwa. Nie miało to nic wspólnego z Dantem.
Bachi w pewnym momencie zaproponował, że sprzeda Tealowi weneckie wydanie La Divina Commedia. Teal wziął w ręce oprawiony w twardą skórę tom, lecz nie był zainteresowany książką, mimo że Bachi zachwalał jej piękno. To znowu nie był Dante! Na szczęście wkrótce potem Greene pojawił się ponownie w domu pomocy żołnierzom i wygłosił zdumiewające kazanie, w którym opisał wejście Dantego do piekielnego kręgu schizmatyków.
Los mówił do Dana Teala głośno, niczym armatni huk. On także był świadkiem podobnego niewybaczalnego grzechu: dzielenia i powodowania schizm w grupach. Osobą, która ów grzech popełniła, był Phineas Jennison. Teal słyszał, jak w biurach Ticknor & Fields biznesmen broni Dantego i ponagla Klub do walki z Harvardem, lecz pamiętał również, z jakim potępieniem Jennison wyrażał się na temat poety w siedzibie Korporacji Harwardzkiej i jak zachęcał jej członków, aby powstrzymali Longfellowa, Lowella i Fieldsa. Tunelami zbiegłych niewolników Teal poprowadził Jennisona do portu w Bostonie, gdzie wycelował w niego swą szablę. Jennison krzyczał, błagał go i oferował mu pieniądze. Teal obiecał mu sprawiedliwość i dotrzymał słowa – pociął go na kawałki i troskliwie opatrzył mu rany. Nigdy nie myślał o tym, co robi, jak o zabójstwie, ponieważ kara wymagała długiego cierpienia. O tym zapewniał sam Dante. Żadna z kar, które oglądał, nie była dlań niczym nowym. Teal widział je wszystkie w mniejszym lub większym wymiarze w Bostonie i na polach bitew toczonych w całym kraju.
Teal wiedział, że klęska wrogów Dantego wywoła poruszenie w Klubie, wielebny Greene wygłosił bowiem nagle serię ekstatycznych kazań: Dante trafił nad zamarznięte jezioro zdrajców i znalazł się pomiędzy najgorszymi grzesznikami, jakich mógł napotkać. Zdrajcy Dantego: Augustus Manning i Pliny Mead, zostali uwięzieni w lodzie podobnie jak tamci, a Teal stał, patrząc w światło poranka, ubrany w mundur podporucznika. Tak samo, jak patrzył na Wielkiego Odmawiającego, Artemusa Healeya, nagiego, pokrytego robactwem i wijącego się z bólu, i na symoniaka Elishę Talbota, jak miotał się i wierzgał płonącymi stopami, mając pod głową poduszkę ze swych przeklętych pieniędzy, i na schizmatyka Phineasa Jennisona, gdy trząsł się i dygotał, a jego ciało wisiało pocięte na strzępy.
Potem jednak przybyli Lowell, Fields, Holmes i Longfellow – i to wcale nie po to, by go nagrodzić! Lowell wystrzelił do niego z pistoletu, a pan Fields zachęcał go do tego krzykiem. Teal poczuł ból w sercu. Przypuszczał, że Longfellow, którego uwielbiała Harriet Galvin, zbierał siły wraz z innymi w Corner, aby wypełniać posłannictwo Dantego. Teraz zrozumiał, że nie wiedzieli oni, jakie zadanie naprawdę stoi przed ich Klubem. Tak wiele trzeba było zrobić, tak wiele kręgów przekroczyć, by Boston mógł się stać dobrym miejscem. Teal myślał o scenie w Corner, gdy doktor Holmes wpadł na niego; Lowell wybiegł z Pokoju Pisarzy, krzycząc: „Zdradziłeś Klub Dantego! Zdradziłeś Klub Dantego!"
Читать дальше