W ciągu kilku godzin wszystkie czternaście bomb rozbrojono, zdemontowano i zabrano do dokładniejszego zbadania.
Zestrzelenie satelity nie tylko unieszkodliwiło bomby, ale także pozwoliło na usunięcie przekaźnika z serca prezydenta.
Zabieg przeprowadził cywilny kardiochirurg ze Szpitala imienia Johna Hopkinsa – pod czujnym okiem trzech innych kardiochirurgów, w sali chronionej przez mieszany oddział agentów Secret Service i komandosów korpusu piechoty morskiej.
Jeszcze żaden chirurg nie był podczas przeprowadzania zabiegu tak uważny – i tak zdenerwowany.
Zastosowano narkozę i choć nigdy tego nie ujawniono, przez 28 minut władzę w Stanach Zjednoczonych piastował wiceprezydent.
Do zbadania roli sił powietrznych w wydarzeniach, które miały miejsce na terenie Strefy 7, powołano Specjalną Komisję Śledczą.
W wyniku dochodzenia osiemnastu oficerów wyższego stopnia oraz dziewięćdziesięciu dziewięciu młodszych oficerów i zawodowych żołnierzy z dwunastu baz sił powietrznych na południowym zachodzie USA oskarżono o zdradę stanu i osądzono.
Wyglądało na to, że wszyscy ludzie, związani z wydarzeniami 3 lipca, służą lub kiedyś służyli w jednym z trzech miejsc: w Dowództwie Operacji Specjalnych Sił Powietrznych w Hurlbut na Florydzie, Bazie Sił Powietrznych imienia Warrena w Wyoming albo Bazie Sił Powietrznych Falcon w Colorado. Każdy z nich w którymś momencie był podwładnym Charlesa „Cezara” Russella.
Przy 400 000 żołnierzy i oficerów 117 zdrajców to niewielki procent – niespełna 10 osób na każdą „skażoną” bazę – biorąc jednak pod uwagę znajdujący się tam sprzęt, liczba ta wystarczyła do przeprowadzenia planu Cezara Russella.
W trakcie procesu wyszło także na jaw, że wśród uczestników spisku było pięciu chirurgów sił powietrznych, którzy operowali członków Kongresu oraz jednego senatora, Jeremiaha K. Woolfa – kiedy był obiecującym kandydatem na prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Dowody poszlakowe sugerowały, że każdy uczestniczący w spisku żołnierz i oficer sił powietrznych był członkiem nieformalnego stowarzyszenia rasistowskiego o nazwie Braterstwo.
Oskarżeni zostali skazani na dożywocie bez prawa wcześniejszego zwolnienia warunkowego – w więzieniu o utajnionej lokalizacji. Nieszczęście chciało, że mający ich tam dostarczyć samolot miał wypadek i nikt nie przeżył katastrofy.
W końcowym raporcie Komisji Śledczej, przedstawionej Połączonemu Dowództwu Sztabów, podniesiono kwestię „nieformalnych aspołecznych grup interesów” w siłach zbrojnych. Raport stwierdzał, że większość tego typu organizacji została usunięta z wojska w czasie czystek przeprowadzonych w latach 80., zalecał jednak zbadanie, czy się nie odnowiły.
Połączone Dowództwo nie przyjęło do wiadomości faktu istnienia tego rodzaju organizacji, odrzuciło więc zalecenia komisji w tym względzie.
Przez następne pół roku turyści, którzy wybrali się w okolice jeziora Powell, informowali o pojawianiu się w północno-wschodniej okolicy jeziora rodziny niedźwiedzi. Funkcjonariusze służby leśnej zbadali tę sprawę, nie zauważyli jednak ani niedźwiedzi, ani żadnych śladów ich obecności.
Kilka tygodni później w sali konferencyjnej w podziemiach Białego Domu odbyła się cicha ceremonia.
Obecnych było dziewięć osób.
Prezydent Stanów Zjednoczonych.
Kapitan Shane Schofield – z ręką na temblaku.
Sierżant sztabowa Elizabeth Gant – o kulach.
Młodszy chorąży Gena „Matka” Newman – ze swoim niskim łysym mężem Ralphem.
Sierżant Buck Riley junior – z ręką na temblaku.
Agentka Secret Service Stanów Zjednoczonych Juliet Janson – również z ręką na temblaku.
David Fairfax z Defense Intelligence Agency – w swoich najlepszych sportowych butach.
Mały chłopiec o imieniu Kevin.
Prezydent wręczył Schofieldowi i jego marines Honorowy Medal Kongresu (tajny) – za męstwo okazane na polu bitwy.
Każdy z odznaczanych wiedział, że nie będzie mógł nikomu powiedzieć o tym wyróżnieniu.
Byli jednak zgodni co do tego, że tak będzie lepiej.
Podczas gdy wszyscy siedzieli w jadalni Białego Domu przy kolacji – a prezydent prowadził bardzo żywą rozmowę o problemach kierowców ciężarówek z Matką i jej mężem – Schofield i Gant poszli na swoją drugą randkę.
Kiedy dotarli na miejsce, okazało się, że będą sami.
Pośrodku wielkiego pomieszczenia stał stół z jedną świecą. Usiedli i zaczęli jeść kolację. Sami.
Byli w prywatnej jadalni prezydenta, na górnym piętrze Białego Domu, z widokiem na pomnik Waszyngtona.
– Podawajcie im wszystko, czego sobie zażyczą – poinstruował swojego szefa obsługi osobistej prezydent. – Na mój rachunek.
Schofield i Gant rozmawiali przy świetle świec do późnego wieczoru. Kiedy przyniesiono deser, Schofield sięgnął do kieszeni.
– Chciałem ci to dać w twoje urodziny, ale tamten dzień jakoś się rozmył…
Wyjął z kieszeni pognieciony kartonik wielkości karty pocztowej.
– Co to? – spytała Gant.
– To był twój prezent urodzinowy, ale miałem go przez cały dzień w kieszeni, więc chyba nieco się pogniótł…
Podał go Gant.
Popatrzyła na kartonik i uśmiechnęła się.
Było to zdjęcie.
Ukazywało grupę ludzi na przepięknej hawajskiej plaży. Wszyscy byli ubrani w szorty i kolorowe koszule.
Gant i Schofield stali obok siebie i uśmiechali się do aparatu. Gant była nieco spięta, a Schofield jakby smutny.
Pamiętała ten dzień, jakby to było wczoraj.
Było to przyjęcie zorganizowane na plaży niedaleko Pearl Harbor z okazji przyjęcia jej do oddziału rozpoznania Schofielda.
– Wtedy spotkaliśmy się po raz pierwszy – powiedział Schofield.
– Tak. Pamiętam.
– Nigdy nie zapomniałem tego dnia. Gant rozpromieniła się.
– To najmilszy prezent urodzinowy, jaki dostałam w tym roku.
Wstała, pochyliła się i pocałowała go w usta.
Po kolacji zeszli na dół, gdzie czekała na nich limuzyna prezydenta. Otaczało ją kilka pojazdów: cztery humvee korpusu piechoty morskiej, sześć policyjnych radiowozów i czterech motocyklistów.
Na widok tej kawalkady Gant uniosła brwi.
– Zapomniałem ci o czymś powiedzieć… – odezwał się Schofield.
– O czym?
Schofield otworzył drzwi limuzyny. Na szerokiej tylnej kanapie spał Kevin.
– Musi gdzieś mieszkać, dopóki nie znajdą mu nowego domu, powiedziałem więc, że wezmę go do siebie. Rząd uparł się przy pewnych środkach bezpieczeństwa…
Gant pokręciła głową i uśmiechnęła się.
– W porządku. Jedźmy do domu.
***