Skrzynia z piekielnym zgrzytaniem runęła w dół, zrzucając Schofielda i Logana.
Zaczęli spadać w studwudziestometrową przepaść.
Schofield spadał jak kamień.
Najpierw pomknął w górę rozświetlony czerwienią hangar, potem przed oczami Schofielda przesunęła się jego krawędź i po chwili zamknęły się wokół niego cztery pionowe rozmazane ściany. Spojrzał w górę – wielki kwadrat w górze szybko malał. Bardzo szybko.
Logan leciał kilka metrów obok niego. Na jego twarzy malowało się przerażenie. Najwyraźniej nie mógł uwierzyć w to, co Schofield zrobił.
Po prostu zrzucił ich – razem ze skrzynią – do szybu.
Schofield miał nadzieję, że Gant go usłyszała.
Wyjął maghooka z pochwy na plecach, aktywował magnes dodatnim biegunem i patrzył w górę, czekając na jedyny możliwy ratunek.
Gant usłyszała go.
Leżała teraz na brzuchu na skraju szybu i celowała z maghooka – z magnesem aktywowanym negatywnym biegunem – w dół.
– Strachu na Wróble – powiedziała do mikrofonu na nadgarstku. – Strzelaj pierwszy, ja zrobię połączenie.
Schofield wystrzelił magnes.
Głowica pomknęła pionowo w górę, ciągnięta przez nią linka lekko falowała.
Kiedy Logan zobaczył, co robi Schofield, jęknął:
– O, nie…
– Dawaj, Lis… – szepnął Schofield. – Nie pozwól mi umrzeć…
Libby Gant zmrużyła oczy.
Mimo całego panującego wokół zamieszania – migających świateł, trąbienia syren, dudniącego elektronicznego głosu – dokładnie widziała wznoszącą się głowicę maghooka Schofielda: rosnący punkcik błyszczącego metalu, wypryskujący z czerni i kierujący się w jej stronę.
– Nie ma rzeczy niemożliwych… – szepnęła do siebie i pociągnęła za spust.
ZZZUMMM!
Pękaty magnes wystrzelił w dół, ciągnąc za sobą linkę.
Magnes Schofielda mknął ku górze.
Magnes Gant pędził w dół.
Schofield wciąż spadał – razem ze skrzynią i Loganem.
Gant dopingowała swój magnes:
– Dawaj, mały… dawaj…
Magnesy były aktywowane przeciwnymi ładunkami, wystarczy więc, by znalazły się w niewielkiej odległości.
GLANG!
Obydwa kawały metalu uderzyły w siebie niczym zderzające się w powietrzu rakiety.
Most Portowy spiął się. Ładunki trzymały mocno.
Gant zaczepiła swój miotacz o wystającą z betonu metalową podpórkę.
Dwa maghooki mają razem sto metrów linki.
Gwałtowne zatrzymanie się po stu metrach spadania powoduje potężne szarpnięcie.
Kiedy Schofield zobaczył, że magnesy się połączyły, owinął się – cały czas spadając – linką maghooka pod pachami, napiął mięśnie ramion i czekał na to, co musiało nastąpić.
Na pewno zaboli.
Zabolało.
Linki napięły się z trzaskiem i Schofield zawisł w powietrzu. Logan i skrzynia spadali dalej i po chwili huknęli w platformę.
Skrzynia roztrzaskała się.
Podobny los spotkał Logana.
Wylądował – drąc się wniebogłosy – na poszarpanych resztkach boeinga, rozrzuconych na platformie. Krawędź skrzydła, na którą trafił szyją, odcięła mu głowę, a reszta ciała spłaszczyła się od impetu uderzenia niczym zdeptany pomidor.
Schofield nie zatrzymał się jednak w bezruchu. Kiedy zawisł w powietrzu, bujnęło nim ku ścianie, w którą uderzył jak wór, odbił się od niej i znieruchomiał tuż przy nagiej betonowej ścianie, jakieś dwadzieścia pięć metrów nad platformą. Oddychał ciężko i wszystko go bolało, ale żył.
Po chwili zwijarki maghooków podciągnęły go do krawędzi.
– UWAGA! SZEŚĆ MINUT DO SAMOZNISZCZENIA KOMPLEKSU
Kiedy Gant wyciągnęła go na górę, była 11.09.
– Podobno twoim zdaniem „most portowy” jest niemożliwy – mruknęła ironicznie.
– To był bardzo przyjemny dowód na to, że nie mam racji. Gant uśmiechnęła się.
– No cóż, zrobiłam to tylko dlatego, bo chciałam, żebyś mnie znowu…
Przerwała jej długa seria z pistoletu maszynowego.
Dwa pociski wbiły się w ramię Schofielda, a jeden trafił Gant tuż nad stopą i strzaskał jej kostkę. Kilka następnych przemknęło tak blisko twarzy Schofielda, że poczuł podmuch powietrza.
Padli płasko na podłogę, zaciskając zęby. Z budynku dowodzenia wypadł Cezar Russell – przyciskał P-90 do ramienia i strzelał jak szaleniec. Jego oczy zasnuwał obłęd.
Schofield – co prawda ranny, ale sprawniejszy od Gant – pchnął ją za resztki barykady ze skrzynek, wzniesionej przez oddział Bravo.
Złapał berettę i skoczył ku wrakowi Nighthawka Dwa przy windzie osobowej. Zamierzał w ten sposób odciągnąć Cezara Russella od Gant.
Potężny super stallion piechoty morskiej stał tuż przed drzwiami windy – poobijany i powgniatany, z wysadzonym kokpitem.
Kule uderzały w beton tuż obok Schofielda, ale ostrzał był prowadzony byle jak.
Schofieldowi udało się dobiec do super stalliona i zanurkować do zniszczonego kokpitu. Zaraz potem o ścianki kadłuba załomotały pociski.
– Chodź, bohaterze! – wrzasnął Cezar. – Co jest? Nie strzelasz? Czego się boisz? Znajdź broń i zacznij się ostrzeliwać!
Tego jednak akurat Schofield nie mógł zrobić. Jasna cholera!
Trudno było sobie wyobrazić gorszą sytuację. Ostrzeliwał go szaleniec, któremu nie mógł odpowiedzieć ogniem.
– Lis! – wrzasnął do mikrofonu. – Wszystko w porządku? Odpowiedział mu cichy jęk:
– Tak…
– Musimy go złapać i zabrać stąd! Masz jakiś pomysł? Odpowiedź Gant zagłuszył ryk z głośników:
– UWAGA! PIĘĆ MINUT DO SAMOZNISZCZENIA…
Przez okienko w drzwiach Schofield widział nadchodzącego Cezara, ostrzeliwującego bok helikoptera.
– Podoba ci się to, bohaterze? – wrzeszczał generał. – Podoba ci się?!
W kokpicie wszystko dygotało. Schofield zaciskał zęby i mocno trzymał broń. Obie rany postrzałowe w ramieniu bolały jak cholera, ale adrenalina nadal pozwalała mu działać.
Cezar strzelał we wrak helikoptera jak oszalały kowboj. Zamierzał zajść Schofielda od wyrwy w kokpicie.
Nagle w słuchawkach Schofielda rozległ się głos Gant:
– Strachu na Wróble! Przygotuj się do strzału. Może znajdę inny sposób…
– Nie mogę strzelać!
– Daj mi jeszcze chwilę…
Gant kucała przed czarną skrzynką AWACS-a, którą znalazła kilka minut temu w gruzowisku obok miniwindy.
Wyjęła z kieszeni małe czerwone pudełeczko z czarną krótką antenką – była to jednostka włączająco-wyłączająca Russella z dwoma klawiszami.
Teraz już wiedziała, dlaczego są dwa klawisze. Jeden uruchamiał i zatrzymywał przekaźnik w sercu prezydenta, drugi – przekaźnik w sercu Cezara Russella.
Cezar był już tylko kilkadziesiąt centymetrów od wyrwy w kokpicie helikoptera. Miał broń uniesioną i gotową do strzału. Jeszcze kilka sekund i będzie miał Schofielda na widelcu.
– Idę… – wysyczał.
Schofield leżał na podłodze i bezradnie patrzył przed siebie. Był w pułapce.
– Lis…
– …cokolwiek zamierzasz, zrób to szybko.
Gant pociła się, przeszkadzało jej czerwone światło i bolała ją kostka, ale musiała się skoncentrować.
– UWAGA! CZTERY MINUTY DO SAMOZNISZCZENIA…
Na maleńkim ekranie czarnej skrzynki pojawił się wykres ze skaczących w górę i w dół linii. Popatrzyła na jednostkę włączająco-wyłączającą.
Pytanie brzmiało: który włącznik obsługuje przekaźnik prezydenta, a który przekaźnik Cezara?
Gant nie miała wątpliwości.
Cezar z pewnością dałby sobie numer 1.
Patrząc na ekranik czarnej skrzynki, aby zrobić to dokładnie między dwoma sekwencjami sygnałów, przełączyła klawisz na jednostce sterującej, wyłączając mikrofalowy sygnał dochodzący z serca Cezara.
Читать дальше