Jack milczał, szukając w myślach słów, którymi mógłby wyrazić własne uczucia.
– Wiesz – rzekł głosem drżącym ze wzruszenia – poza porwaniem Cindy jedyna sprawa, o której w ogóle jestem w stanie myśleć od dwóch dni, to jak mógłbym ci podziękować za wystąpienie na procesie.
– Wystarczy, jeśli mi wybaczysz – odparł Harry z prostotą.
Jackowi serce się ścisnęło. Czy wybaczy? Sam chciał błagać ojca o wybaczenie.
– Wiem, że ty pokochasz Cindy, gdy ją poznasz – powiedział, nie znajdując innych słów.
– Jestem pewien, że tak – gubernatorowi zwilgotniały oczy.
– Chłopcy – wrócił Kimmell – już czas. Zbieramy się.
Jack z ojcem wymienili pełne ufności spojrzenia. Czuli się silni jak nigdy.
– Do roboty! – rzekł Jack, a gubernator tylko kiwnął głową. Przeszli do sąsiedniego pokoju, gdzie Kimmell już wszystko przygotował. Obaj założyli ciemne ubrania, na wypadek gdyby trzeba było się ukryć w mroku; adidasy, gdyby musieli uciekać, i wdziali kuloodporne kamizelki, gdyby kryjówka okazała się zawodna, a na ucieczkę mieli za mało czasu.
– A to co? – spytał Jack, gdy były agent zaczął mu przypinać dziwne urządzenie z baterią i drucikami.
– To naprowadzacz, jednowatowy nadajnik, który automatycznie wysyła przerywany sygnał, dzięki czemu w każdej chwili możemy sprawdzić, gdzie jesteś. To na wszelki wypadek, gdyby wszystko zaczęło się przeciągać.
Kimmell umocował antenkę, podawał właśnie Jackowi broń, gdy zadzwonił telefon komórkowy.
Była dokładnie północ.
Jack wziął głęboki oddech i sięgnął po słuchawkę. Kimmell powstrzymał go.
– Pamiętaj, spokojnie, rzeczowo i koniecznie powiedz, że chcesz usłyszeć Cindy.
Jack skinął głową na znak, że rozumie, i włączył telefon.
– Słucham?
– Jesteś gotów do zabawy, Swyteck?
„Spokojnie i rzeczowo" – powtórzył w myślach instrukcję.
– Mamy pieniądze. Gdzie i jak chcesz przeprowadzić wymianę?
– Wymiana – rzekł porywacz przeciągle – pewnie wiesz, że nie ma gwarantowanego patentu na wymianę. Wymiana to chwila, kiedy wszystko może się zdarzyć i wszystko popsuć. Właśnie, Swyteck, ostrzegam cię, najmniejszy błąd i wszystko na nic, rozumiesz mnie?
– Rozumiem.
– To dobrze. A oto mój plan. Po pierwsze pójdziecie osobno. Ojciec dostarczy pieniądze, odbiorę je w bardzo ruchliwym miejscu, a ty dostaniesz dziewczynę zupełnie gdzie indziej. Wspaniały plan, co nie?
– Więc co mamy robić?
– Powiedz ojcu, żeby stanął z pieniędzmi przy magazynie E, to niedaleko placu Mallory. Niech czeka przy budce telefonicznej. Gdy będę gotów, podejdę. Przebiorę się, ale daję głowę, że mnie pozna.
– A co z Cindy, gdzie mam ją spotkać?
– Weź ze sobą telefon i idź na ulicę Simonton, w kierunku przeciwnym niż hotel. Gdy ojciec wręczy mi pieniądze, skieruję cię bezpośrednio do niej i mam nadzieję, że zdążysz.
– Co to znaczy – zdążę?
– A jak myślisz?
– Chcę usłyszeć Cindy – odparł Jack stanowczym tonem – chcę wiedzieć, czy nic jej nie jest.
W słuchawce nastała cisza. Minęło dobre dziesięć sekund, dwadzieścia, Jack pomyślał, że rozmówca przerwał połączenie. Okazało się jednak, że nie.
– Jaack… – odezwała się Cindy.
– Kochanie!
– Błagam cię, Jack, rób to, co on mówi.
– Dość tego! – przerwał porywacz. – Jeśli chcesz ją jeszcze usłyszeć, musisz grać, jak ci każę. Żadnych numerów, żadnej policji, a wszystko będzie dobrze, nikomu nic się nie stanie. A teraz w drogę, Swyteck! – Połączenie zostało przerwane.
Jack westchnął głęboko.
– I żadnych obaw – mruknął do siebie.
Po błyskawicznej naradzie z Kimmellem i wzajemnych przestrogach, by zachować ostrożność, Jack z Harrym wyszli z hotelu i każdy ruszył w swoją stronę. Gubernator skierował się w stronę placu Mallory, wokół którego wznosiły się dawne magazyny portowe, gdzie ongiś licytowano jedwab, wino i co tam jeszcze znajdowano we wrakach statków, które nie docierały do portu, rozbijając się na okolicznych rafach. W czasie festiwalu plac stanowił jakby granicę między szaleństwem Duval Street a dostojnym spokojem wód Zatoki Meksykańskiej. Jack udał się na południe, ku ulicy Simonton, która biegła równolegle do Duval, ale miała absolutnie inny charakter. Po jej obu stronach wznosiły się okolone białymi parkanami domy w wiktoriańskim stylu. Przed stu laty mieszkali tu marynarze, poławiacze gąbek, poszukiwacze skarbów, a dziś większość domostw pozamieniano na pensjonaty.
W szybkim tempie przeszedł dwie przecznice i zwolnił, zdając sobie sprawę, że w istocie nie wie, dokąd iść. Minęła go roztańczona grupa przebierańców w strojach jaskiniowców z popularnego serialu telewizyjnego. Doszedł do wniosku, że chyba całe miasto zdążało w jednym tylko kierunku, ku Duval Street, pieszo, na rowerach, na motocyklach. Nie widać było tylko aut, bo podczas Festiwalu Fantazji mało kto jeździ samochodem.
Jack zadrżał, gdy nagle odezwał się brzęczyk telefonu komórkowego.
– Tak? – potwierdził odbiór.
– Skręć w lewo w ulicę Caroline – usłyszał – i nie wyłączaj telefonu, odzywaj się przy każdej kolejnej przecznicy.
Jack przeszedł na drugą stronę Simonton i zagłębił się w ulicę Caroline, jak mu kazano. Gwar z Duval cichł, a ulica stawała się coraz bardziej wyludniona i ciemna. Mniej było tu lamp, a światło księżyca przysłaniały gęste korony drzew. Między nierównymi płytami chodnika wyrastały korzenie. Palmy i dęby szumiały cicho, poruszane wieczorną bryzą. Stare, drewniane domy z wysokimi na piętro gankami i okiennicami z serduszkiem zdawały się trzeszczeć od wiatru. Jack szedł nie oglądając się na nic.
– Nie chodzi o dziewczynę – odezwał się głos w telefonie.
Jack wstrzymał oddech. Telefon widać miał służyć jeszcze innym celom, nie tylko po to, aby kierować go na miejsce.
– Jestem przy Elizabeth Street.
– Idź dalej prosto – polecił porywacz i zaraz wrócił do głównego wątku – chodzi o Raula Fernandeza i chyba o tym wiesz?
Jack szedł dalej. Nie chciał prowokować porywacza, ale dał się ponieść własnej ciekawości.
– Opowiedz mi o nim.
– Najważniejsze już i tak wiesz: to nie był jego pomysł, żeby załatwić tę małą.
– Rozumiem, ale opowiedz mi coś więcej.
W słuchawce zapadła długa cisza. Jack z doświadczenia wiedział, bo przecież był adwokatem i nieraz rozmawiał z klientami o trudnych sprawach, że tamten albo teraz całkowicie zamilknie, albo przeciwnie, popłynie niepowstrzymany potok zwierzeń. Na razie usłyszał, że rozmówca chrząka.
– Raul odsiedział na Kubie dziewięć lat, zanim dostał się tutaj, i jak myślisz, czego może chcieć facet, który ląduje w Miami po dziewięciu latach w kiblu?
Jack zawahał się. To, co usłyszał, zdawało się potwierdzać hipotezę Kimmella, że ma do czynienia z Estebanem. Nie był wszakże pewien, czy pytanie było zaproszeniem do rozmowy, czy tylko cezurą w monologu.
– Sam mi powiedz.
– Kurwy, ty głupi chuju, kurwy. Gotów był zapłacić, ale po co? Jest dużo takich dup, co za skarby nie przyznają się, że są kurwami. Wystarczy taką poderwać. Tak mu poradziłem i tak miał zrobić, ale był nieśmiały, więc poszedłem z nim, żeby mu pokazać, jak to się robi.
– To znaczy, że załatwiliście ją wspólnie, Fernandez i ty?
– Raul nikogo nie zabił. Nóż był tylko po to, aby ją wystraszyć, ale głupia dupa wpadła w panikę i zerwała mu maskę. Nawet wtedy nie chciał jej zabić. Ja ją wykończyłem, żeby go ratować. Więc jak myślisz, jak on się musiał czuć, gdy zamknęli go za morderstwo? Zrobiłem wszystko, żeby go uratować od krzesła elektrycznego, nawet przyznałem się do zabójstwa, ale ty, Swyteck, ty nie zrobiłeś tego, co do ciebie należało. Człowiek, który mógł wstrzymać egzekucję – gubernator – był twoim rodzonym ojcem, a tyś nawet palcem nie kiwnął.
Читать дальше