– … ale tym razem założę – dokończył Harty bez wahania.
– To dobrze. A teraz – ciągnął ich gość – opracujmy plan. Jeśli mam wam pomóc, muszę wszystko wiedzieć. Zacznijmy więc od początku. Opowiedzcie najpierw o morderstwie, do którego się przyznał. Chodziło o kobietę?
– Dziewczynę – odparł Jack – nie miała jeszcze osiemnastu lat. Przyszła do nocnego lokalu posługując się sfałszowanym dowodem. Napadł na nią na parkingu, gdy wychodziła z klubu. Rano znaleziono ją na plaży z podciętym gardłem.
– Co jeszcze? – dopytywał się były agent, ale dalsze pytania przerwał dzwonek. – Spodziewaliście się telefonu? – zdziwił się były agent.
– Nie – odparł gubernator.
Rozległ się drugi i trzeci dzwonek.
– Odbierz – polecił Kimmell Jackowi.
– Halo – Jack słuchał przez chwilę, powiedział „dziękuję" i odłożył słuchawkę. Spojrzeli pytająco.
– W recepcji jest jakaś paczka dla nas.
– Od kogo? – spytał Kimmell.
– Nie wiadomo, nie ma nadawcy, ale pewnie od niego. Kiedy zadzwonił do mnie wczoraj, powiedział, że wystarczy, jeśli zameldujemy się w którymś z większych hoteli, a on sam nas znajdzie i da znać. Wygląda na to, że właśnie nas zlokalizował.
– Zadzwoń do recepcji, żeby przynieśli pakiet tu, do pokoju.
Jack połączył się z kierownikiem i poprosił, aby ten osobiście przyniósł przesyłkę. Dwie minuty później kierownik zastukał do drzwi, Kimmell odebrał paczkę. Był to pakiet wielkości pudełka na buty.
– Myślisz, że to bomba, czy coś takiego? – spytał gubernator.
– Nie sądzę. Gdyby chciał was wykończyć, zrobiłby to już dawno. Otwieramy.
Jack ostrożnie przeciął sznurek i taśmę. Podniósł wieko. W środku znajdował się telefon komórkowy, opakowany w ochronny plastik, a obok koperta z napisem: „Włączyć o północy".
– Jedno jest pewne, że porywacz działa tak, jak działał, nadal prowadzi grę, to dobrze, to znaczy, że można mieć nadzieję.
– A co jest w kopercie? – spytał gubernator.
Kimmell otworzył kopertę, wyjął złożony arkusik papieru.
– Świadectwo zgonu!
– Cindy? – zatrwożył się gubernator.
– Nie, Raul Fernandez – odczytał pierwszą linijkę dokumentu. – Wystawiony przez urząd powiatowy. Wierna kopia oryginału poza jednym. W rubryce „przyczyna zgonu" wytarto pierwotny wpis, który brzmiał – obejrzał dokument pod światło – „zatrzymanie pracy serca na skutek porażenia prądem elektrycznym", i wpisano… – Podał dokument gubernatorowi.
– … Jack Swyteck – odczytał Harry na głos.
Zaległa cisza. Nikt nie powiedział ani słowa. Po dłuższej chwili Kimmell jeszcze raz obejrzał dokument.
– Czemu to zrobił?
– Od samego początku uważa, że to ja ponoszę winę za śmierć Fernandeza – wyjaśnił Jack.
– Nie o to mi chodzi – rzekł Kimmell – jest tu coś jeszcze. To raczej dziwne, być może nie zamierzone. Rubryka siedem: dane osoby podającej informacje o zmarłym. Jest tu nazwisko i imię: Alfonso Perez.
– Któż to taki? – spytał Jack.
– Nazwisko jest pospolite, imię też, są setki Alfonsów Perezów, ale pamiętam z czasów służby w Secret Service, że tego właśnie imienia i nazwiska używał czasami facet, którego w latach osiemdziesiątych wszyscy funkcjonariusze federalni znali w Miami jako Estebana. Był to wyjątkowo inteligentny typ, dwujęzyczny, mówił po angielsku równie dobrze jak po hiszpańsku. Raz po raz zmieniał nazwisko i tożsamość. Trudno było za nim nadążyć. Słyszałem, że miano go zatrzymać dwa lata temu, ale ponoć dał nogę i znikł gdzieś na Karaibach, a jest poszukiwany u nas za co najmniej pięć morderstw.
– Czy to znaczy, że ścigają go także w innych krajach? – spytał Jack.
– Przybył do Stanów z Kuby, gdzie wcześniej służył w wojsku. Szkolił się u Rosjan w czasie wojny w Angoli i wyróżnił się, jeśli chodzi o torturowanie więźniów politycznych. Skurwysyn nie znał żadnej litości. Awansowano go do Batalion Especial de Seguridad, elitarnego oddziału służby bezpieczeństwa Fidela Castro, ale powiadają, że gdy odsunięto go od tortur i maltretowania więźniów, zwariował. Był sadystą, uwielbiał przemoc. Zdezerterował i zaczął mordować na własną rękę. Ponoć w samej Hawanie zgwałcił i zamordował z tuzin kobiet, prostytutek zresztą. Kubańczycy zakiblowali go na parę lat, ale w 1980 roku, w czasie słynnej operacji „Mariel", kiedy Castro wypuścił z więzień kryminalistów, ów Esteban trafił do nas razem ze zwykłymi emigrantami. Pamiętacie, że Ameryka przyjęła wtedy sto pięćdziesiąt tysięcy uchodźców z Kuby. FBI i władze imigracyjne poszukują go od samego początku.
– Raul Fernandez dostał się do Ameryki w tym samym roku, też w czasie operacji „Mariel" – zauważył Jack.
– Co pewnie nie było zwykłym przypadkiem – dodał były agent – choć wcale nie znaczy, że Fernandez też był kryminalistą. W istocie tylko ułamek spośród stu pięćdziesięciu tysięcy imigrantów to przestępcy.
– A więc myślisz, że porywacz to Esteban.
– Trudno powiedzieć. Dla was byłoby lepiej, gdyby nie.
Jack podszedł do okna, odsłonił rąbek zasłony i spojrzał na ocean.
– Nie boję się o siebie – powiedział posępnym głosem – ale o…
Po drugiej stronie miasta, niedaleko tablicy informującej turystów, że znajdują się w najbardziej wysuniętym na południe punkcie Stanów Zjednoczonych, pod przegniłą podłogą opuszczonego drewnianego domu, Cindy Paige odzyskała wreszcie przytomność, choć nadal nie wiedziała, czy to tylko koszmarny sen, czy wszystko dzieje się na jawie. Otworzyła oczy, ale nic nie widziała. Otaczała ją nieprzenikniona ciemność. Chciała dotknąć oczu, przekonać się, czy są otwarte, ale nie dała rady. Ręce miała spętane. Chciała się poruszyć, ale na nogach też miała więzy. Chciała krzyknąć, ale nie słyszała własnego głosu, jakby ktoś zaciskał jej usta dłonią. Kto? Jest tu ktoś? Kryje się w mroku? I nagle wróciła jej cała świadomość. Przypomniała sobie kaptur zarzucany na głowę i bolesne ukłucie w ramię.
Struchlała słysząc kroki. Coraz głośniejsze. Nagle oślepiło ją światło i owiała fala świeżego powietrza, co tylko uświadomiło jej, w jakim śmierdzącym piekle ją zamknięto. Oczy z trudem przywykały do blasku, a gdy je wreszcie otworzyła, struchlała jeszcze bardziej, widząc przed sobą twarz człowieka w wielkich przeciwsłonecznych okularach i baseballowej czapce z daszkiem – tego samego, który napadł na nią w samochodzie.
– Cicho, mój aniele – szepnął. Siedział na podłodze i pochylał się nad uwięzioną. – Nikt ci nic złego nie zrobi.
Nigdy nie była tak przerażona. Ze strachu i trwogi przygryzała knebel. Z trudem łapała powietrze, a wzrokiem błagała o litość.
– Obiecaj, że nie będziesz krzyczeć, to wyjmę ci knebel, a jak dasz słowo, że nie zaczniesz uciekać, wyciągnę cię z tej dziury, zgoda?
Kiwnęła głową bez wahania.
Skrzywił się w złowrogim uśmiechu.
– Nie wierzę.
Cindy jeszcze raz dała znak, że zgadza się na wszystko.
– Nie miej do mnie pretensji, bo nie ja jestem winien, tylko twój narzeczony. Swyteck zmusił mnie do tego, choć wcale nie chciałem. Tysiące razy mogłem zrobić ci krzywdę, a jednak nie zrobiłem i nie zrobię… jeśli Jack Swyteck wypełni moje warunki. Wierzysz mi?
Słuchała z przerażeniem, ale kiwnęła głową, że tak.
– To dobrze – skwitował – nie mogę cię wypuścić z tego schowka, ale umówmy się w jednej sprawie. Widzisz – podsunął jej przed oczy strzykawkę – to jest seconal, właśnie po tym spałaś jak zabita. Widać dałem ci dobrą dawkę, ale teraz mamy kłopot. Nie wiem, ile tego świństwa zostało jeszcze w twoim organizmie. Jeśli damy za dużo, nigdy się nie obudzisz, więc co zrobimy? Jeśli przyrzekniesz, że będziesz leżeć jak trusia, ale naprawdę jak trusia, obejdzie się bez zastrzyku. No więc?
Читать дальше