Jack stłumił w sobie pokusę, żeby wyjaśnić, jak to było naprawdę. W świetle tego, co usłyszał, wyrok i egzekucja miały jednak uzasadnienie. Skoro Raul Fernandez dopuścił się gwałtu, a przynajmniej próby gwałtu, to ponosił taką samą odpowiedzialność jak ten, kto fizycznie poderżnął gardło ofiary. Wedle prawa każdy, kto bierze udział w przestępstwie, w wyniku którego ginie człowiek, jest winien morderstwa, choćby sam akt zabójstwa został dokonany przez inną osobę. Nazywa się to zabójstwem w wyniku czynu przestępczego i zagrożone jest najwyższym wymiarem kary. W sumie zaś oznaczało to, że ojciec nie podpisał nakazu egzekucji niewinnego człowieka.
– A więc ty i Raul byliście kumplami w więzieniu, tak?
– Kumplami w kiblu – powtórzył jego prześladowca obrażonym tonem – co ty sobie wyobrażasz, że byliśmy parą pedałów, czy co? On był moim bratem. Zabiłeś mi brata, skurwysynu!
Jack wstrzymał oddech. Stawka rosła.
– Dochodzę do Williams Street.
– Zatrzymaj się. Stań twarzą na południe. Widzisz?
– Co mam widzieć?
– Dom na rogu.
Za żelaznym parkanem wznosiło się wiekowe domiszcze w wiktoriańskim stylu, ledwie widoczne za gęstwiną tropikalnej roślinności. Dom był dwupiętrowy, z wielką werandą, oblazły z farby, ale w dość dobrym stanie, z niebieskimi okiennicami, które służyły raczej ozdobie, okna bowiem zabezpieczono aluminiowymi żaluzjami, jakie stosuje się w tych okolicach zwłaszcza w okresie jesiennych huraganów, gdy właściciele wyjeżdżają gdzie indziej na cały sezon.
– Widzę, dom jest zabezpieczony przed huraganem.
– Właśnie – brzmiała odpowiedź – pozamykany, ale twoja dziewczyna jest w środku. Sama nie wyjdzie, musisz po nią pójść i żeby ci do głowy nie przyszło dzwonić po policję. To stary, wielki dom, a dziewczyna jest dobrze schowana. Może być na strychu albo pod podłogą, na razie nie powiem ci, gdzie. Masz jedyną szansę, żeby znaleźć ją żywą. Musisz słuchać poleceń przez telefon. Będę cię kierował. Ale musisz się pośpieszyć, Swyteck. Dokładnie pięć minut temu zaaplikowałem jej solidną dawkę arszeniku.
– Ty skurwysynu, obiecałeś, że nic jej nie zrobisz.
– I nic nie zrobiłem – warknął przestępca – wszystko zależy od ciebie. Zabijesz ją, jeśli nie będziesz mnie słuchał. Dziewczyna może przeżyć dwadzieścia minut bez odtrutki. Tak więc, im szybciej ją znajdziesz, tym szybciej będziesz mógł wezwać pogotowie. Furtka jest otwarta, wejdź do środka, chłopcze. I nie wyłączaj telefonu.
Gniew, wściekłość, a zarazem wzruszenie ścisnęły Jacka za gardło. Zdawał sobie sprawę, że nie ma żadnego wyboru. Pchnął żelazną bramę, która otworzyła się z piskiem, biegiem przedarł się przez chaszcze do drzwi na zapleczu, bo tylko tamtędy mógł dostać się do opuszczonego domu.
Harry Swyteck dreptał nerwowo przed portowym magazynem, gdzie miał przekazać okup. Był sam, w pobliżu żywej duszy, natomiast zewsząd dobiegały odgłosy muzyki i festiwalowej zabawy. Mimo że stał sam, miał wrażenie, iż jest pośrodku gwarnego tłumu, a zresztą od Duval Street raz po raz zjawiały się a to pary przebierańców, aby w cieniu magazynu dać sobie dowody nagłej miłości, a to pojedyncze postacie, aby wypróżnić napęczniałe od napitków pęcherze, a to jeszcze ktoś, aby względnie spokojnie zaciągnąć się trawką.
Gubernator spojrzał na zegarek. Pierwsza. Nadal żadnego sygnału ani od Jacka, ani od porywacza. Dziwne, pomyślał. Stał w ciemnościach z walizką pieniędzy, ale nie odczuwał strachu, to znaczy nie bał się o siebie ani o pieniądze, martwił się natomiast o Jacka. Przestał dreptać, zatrzymał się, sprawdził telefon komórkowy, czy jest włączony i czy działa. Wszystko w porządku.
Westchnął głęboko. Starał się pilnie obserwować okolicę i nadsłuchiwać, co było trudne, bo gwar festiwalu: śmiechy, piski, muzyka we wszystkich stylach i gatunkach rozpraszały uwagę. Z pobliskiego hotelu Pier House pobrzmiewała orkiestra rockowa, a nad wszystkim przebijał dźwięk trąb i łomot perkusji. Najpierw irytowało go to mniej więcej tak, jak człowieka denerwuje kapiąca z kranu woda, z czasem jednak hałas zaczął mu się dawać mocno we znaki i w uszach dudniło mu tak, jakby biły pioruny. Marzył, żeby wreszcie nastała cisza, pokręcił głową, jakby chciał otrząsnąć się z otępienia, gdy nagłe zdał sobie sprawę, że dudnienie dochodzi wcale nie od hotelu, ale z przeciwnej strony i że to nie perkusja, ale coś zupełnie innego. Obrócił się na pięcie. Rzeczywiście łomot dochodził z tej strony, a źródło znajdowało się gdzieś w pobliżu budki telefonicznej.
– Jest tam ktoś?! – zawołał. Żadnej odpowiedzi. Tymczasem łupanie rozległo się jeszcze głośniej i gwałtowniej, jak bicie wystraszonego serca. Postąpił dwa kroki w tę stronę i zatrzymał się. Za budką stała stara, pordzewiała furgonetka i właśnie coś lub ktoś walił od środka w tylne drzwi, jakby chciał się wydostać na zewnątrz. Drzwi trzęsły się w zawiasach, aż w pewnej chwili zamek puścił. Gubernator sięgnął po broń.
– Nie ruszać się! – zawołał. – Kto tam?
Łupanie ustało, ale odpowiedzi nie było. Gubernator milcząc podszedł bliżej. Zdawał sobie sprawę, że nie ma co powtarzać pytania. Jeśli chce poznać odpowiedź, musi zajrzeć do środka.
Jack szarpnął za klamkę, otworzył kuchenne drzwi i skoczył w mroczne wnętrze. Przesunął ręką po ścianie, szukając kontaktu, żeby zapalić światło. Znalazł, przekręcił włącznik, ale ciemność nie ustąpiła. Nie widział nic. Nie było prądu, a wszystkie okna szczelnie przysłaniały metalowe żaluzje przeciwburzowe.
– Nie ma światła! – krzyknął do telefonu.
– Prąd wyłączony – usłyszał – na stole w kuchni jest latarka.
Potykając się o sprzęty, Jack odszukał stół. Włączył latarkę. Adrenalina we krwi robiła swoje, ale uświadamiał sobie własny strach. Biały snop światła ciął ciemność jak laser i Jack poczuł się jak intruz, który wdziera się do obcego domu, ba, do innego świata. Drewniany budynek zdawał się żyć własnym życiem, trzeszczał, pojękiwał i skrzypiał. Zabytkowy dom z czasów królowej Wiktorii przepełniała woń stęchlizny i zastałego powietrza. Wszystko tu było wiekowe: meble, tapety, ręczna pompa nad zlewem w kuchni, jakby nikt tu nie mieszkał od stu lat, albo przeciwnie – jakby lokatorzy, którzy wprowadzili się przed stuleciem, nigdy tego domu nie opuścili.
– Gdzie jest Cindy?! – krzyknął do mikrofonu.
– Idź w prawo, do jadalni.
Oświetlając drogę latarką Jack rzucił się do drzwi. Podłoga skrzypiała pod nogami. Chwycił za klamkę i wszedł do jadalni. Snop światła wyłowił z ciemności mahoniowy stół, krzesła, ale Cindy nie było. Spojrzał w górę, ale tylko kryształowy żyrandol zamigotał odbitym światłem. Przesunął latarką po ścianach, zatrzymując się na chwilę na starym malowidle – portrecie czerstwego człowieka w mundurze kapitana marynarki, który zapewne mieszkał tu i tu umarł. Jack miał wrażenie, że portret spogląda nań z najwyższą przyganą.
– Gdzie ona jest? – rzucił do telefonu.
– Spokojnie – odparł Esteban – masz czas, masz tyle czasu, ile ja miałem, żeby cię przekonać, iż Raul powinien żyć. Teraz twoja kolej. No, przekonaj mnie.
Jack struchlał. Uświadomił sobie po raz kolejny, że stąpa po grząskim gruncie, że jest pionkiem w rękach szaleńca. Wielkie krople potu wystąpiły mu na czoło, gdy nerwowo przyciskał słuchawkę do ucha.
Читать дальше