– Już dobrze – uspokajał ją. – Jestem ojcem Jacka – zaczął ściągać z niej worek. Speszył się widząc, że jest całkiem naga. Zdjął jej knebel.
Zaczerpnęła głęboki oddech, spróbowała poruszać zdrętwiałą szczęką.
– Dzięki Bogu – szepnęła drżącym głosem.
– Nic ci nie jest?
– Nie, nic, ale trzeba natychmiast zawiadomić policję. On chce zabić Jacka. Tak powiedział, zanim straciłam przytomność po zastrzyku. Powiedział też, że przenosi się do innego domu. Pan miał mnie znaleźć w furgonetce, abym wszystko panu przekazała – wypowiedziała to wszystko jednym tchem, nabrała pełne płuca powietrza i dodała: – Powiedział, że zabije Jacka i że chce, aby pan sam odszukał ciało. Zapewniał, że gdy odzyskam przytomność, Jack będzie martwy.
– A gdzie oni są?
– Nie wiem. Chce uniknąć spotkania z panem, chce tylko, żeby pan zaczął szukać Jacka w nadziei, że może uda się go uratować, ale jest pewien, że pan nie zdąży i znajdzie pan tylko ciało.
Gubernator chwycił telefon komórkowy i wdusił przycisk automatycznego połączenia.
– Alarm. Odnalazłem Cindy. Jest zdrowa i cała, ale z Jackiem źle. Muszę wiedzieć, gdzie go szukać. Odbiór.
– W porządku – potwierdził Kimmell, włączając ekran urządzenia naprowadzającego. Za chwilę pokaże się sygnał nadajnika Jacka. Tymczasem na ekranie nie było nic. Były agent jeszcze raz uruchomił urządzenie. Cisza. Jeszcze raz. Żadnej odpowiedzi.
– Cholera jasna, nic nie widzę – zaklął.
– Co? – denerwował się Harry.
– Nadajnik Jacka milczy.
– Ale dlaczego? Co się stało?!
– Nie wiem. Może wypadł albo odłączyła się antena, nie mam pojęcia. Nie jestem w stanie go zlokalizować.
Wiadomość ugodziła gubernatora w samo serce.
– Boże – szepnął – miej go w swojej opiece. Błagam…
Morderca myślał tylko o jednym. Zsunął się bezszelestnie na dół i przycupnął pod dyndającym na sznurze ciałem dziewczyny. Latarkę zostawił na schodach, kierując snop światła ku górze, uczynił to specjalnie, bo gdyby nadal trzymał ją w ręku, Jack wiedziałby, gdzie jest i dokąd zmierza jego przeciwnik. W żółtawym półmroku wysoka sylwetka Kubańczyka rzucała cień na salon. Pistolet trzymał w pogotowiu. Nie odczuwał podniecenia, serce biło równo – no cóż: zwykły dzień w życiu doświadczonego mordercy. Miał dwie możliwości: albo poczekać, aż Jack sam wyjdzie z ukrycia, albo samemu próbować go dopaść. Wybór był prosty. Esteban uwielbiał polowania z naganką.
Za schodami, w ciasnej łazience przy końcu długiego, mrocznego korytarza, było duszno nie do zniesienia. Jack spływał potem. Kamizelka kuloodporna parzyła jak puchowa kurtka, ale nie myślał nawet, żeby ją zdjąć. Już raz uratowała mu życie, choć ostry ból świadczył, że nie obyło się bez kontuzji. Kula złamała żebro. Oddychał krótko i płytko, aby nie potęgować bólu, ale najgorsze było co innego: nie miał broni ani latarki, ani żadnego kontaktu ze światem. Latarkę i pistolet stracił, gdy zwalił się ze schodów, a kula zgruchotała nadajnik. Jedyna broń, na jaką mógł ewentualnie liczyć, to zaskoczenie. Trwał więc bez ruchu, kryjąc się za uchylonymi drzwiami do łazienki. Nasłuchiwał kroków swego oprawcy, świadom brutalnej prawdy, że z tego domu tylko jedna osoba wyjdzie żywa.
Trzymając broń w pogotowiu Esteban skradał się, zagłębiając w coraz mroczniejszy korytarz. Po każdym kroku przystawał. Zanim przybył tu Jack, obszedł kilkakrotnie cały dom i wiedział, gdzie co jest. Tuż przed sobą, tam gdzie nie docierało już światło latarki, miał po prawej sypialnię, a na wprost – łazienkę. Przylgnął do ściany. Od łazienki dzieliło go półtora metra, a może mniej.
Wzrok Jacka oswoił się z ciemnością. Wypatrywał mordercy przez szparę między drzwiami a ścianą. Widział światło w salonie, cała reszta tonęła w mroku. Oczy coraz bardziej przyzwyczajały się do ciemności i po chwili był już w stanie wyłowić z mroku ciemniejszy kształt – sylwetkę jego prześladowcy z bronią w ręku.
Czuł drżenie rąk, pośpieszny rytm serca i słony smak krwi na przeciętej wardze. Ciemny kształt zbliżał się nieubłaganie. Jack stał oko w oko ze śmiertelnym wrogiem, ale nie widział ani oczu, ani rysów prześladowcy, bo wszystko tonęło w mroku. Na nieco jaśniejszym tle korytarza malował się tylko niewyraźny cień. Jack zastanawiał się, czy Esteban go nie widzi, czy też bawi się, wiedząc, że ofiara jest bezbronna. Muszę wyczuć najwłaściwszy moment, pomyślał. Na razie jednak czekał wstrzymując oddech. Prześladowca nie wie, gdzie się ukryła jego ofiara, musi więc sprawdzić dwa pomieszczenia: sypialnię i łazienkę.
Wejdź do sypialni, modlił się Jack w duchu.
Czas zatrzymał się w miejscu. Morderca przesunął się o kilka centymetrów. Zbliżał się. Wybrał jednak łazienkę.
Był tak blisko, że Jack słyszał jego oddech. Sam zaś nie śmiał oddychać, ale lada chwila przeciążone płuca nie wytrzymają. Tymczasem zamarł pod ścianą, tuż za drzwiami. Esteban był już na progu, rękę z pistoletem wyciągnął przed siebie. Jeszcze krok, jeszcze pół i morderca znajdzie się w środku ciasnego pomieszczenia.
Jack pchnął drzwi z całą mocą, na jaką było go stać. Napastnik zawył z bólu. Ręka z pistoletem uwięzła w drzwiach. Rozległ się huk i trzask odłamków lustra sypiących się na podłogę. Druga kula trafiła w umywalkę. Morderca strzelał na oślep, śląc kulę za kulą w ciemne wnętrze łazienki. Jack naparł na drzwi całym ciężarem ciała. Esteban wypuścił pistolet z ręki. Był w pułapce.
Jack nie zwalniał nacisku, a jednocześnie stopą próbował odnaleźć broń na posadzce. Udało się, ale w tym momencie usłyszał ostry trzask łamanego drewna, jakby ćwiek albo gwóźdź wbijał się w deski. Powtórzyło się to jeszcze raz i Jack krzyknął z bólu. Stalowe ostrze sprężynowego noża przeszło przez drzwi i trafiło go w ramię. Jack odskoczył, kucnął chwytając pistolet. Był pewien, że morderca pchnie teraz drzwi i rzuci się do środka. Wymierzył więc w mrok i dwa razy nacisnął spust. Nie trafił? To już koniec? Ale w tej chwili usłyszał pośpieszne kroki na korytarzu. Esteban uciekał. Jack szarpnął drzwiami i posłał jeszcze jeden strzał. Na próżno, cel już znikł za rogiem korytarza.
Jack wypadł z łazienki i rzucił się w pościg. Usłyszał szczęk otwieranych drzwi w kuchni. Morderca uciekał na ulicę. Jack skoczył w ślad za nim, wybiegł na ganek, ale zobaczył już tylko ciemną sylwetkę biegnącą w stronę Duval Street. Jeśli Esteban zdoła wmieszać się w festiwalowy tłum, Jack straci go z oczu na zawsze. Złamane żebra doskwierały boleśnie, ramię, gdzie trafił nóż – też, z rany na czole sączyła się krew, ale nogi na szczęście były w porządku. Jack wcisnął broń za pas i zaczął biec.
Pędził jak nigdy w życiu i choć kamizelka utrudniała ruchy, zaczął doganiać Estebana. Tymczasem im bliżej Duval i centrum zabawy, tym więcej przechodniów. W ślad za ściganym Jack kluczył między pajacami, pawiami, kominiarzami i innymi przebierańcami w najbardziej fantazyjnych strojach, omijał pijaków, którzy z trudem znajdowali drogę, a wszystko przy ogłuszających dźwiękach rocka, wśród huku sztucznych ogni, śmiechów i radosnych wrzasków rozbawionego tłumu.
– Hej, uważaj – oburzyła się dama w stroju Kleopatry, gdy zabójca przemknął obok, nie bacząc na nic. Wtopił się w paradę przebierańców na Duval. Jack zagłębił się w tłum tuż za nim, starał się za wszelką cenę nie stracić go z oczu, ale morze malowanych twarzy, piór, korali i strojów przysłoniło wszystko. Gdy przedarł się wreszcie przez ludzki gąszcz na drugą stronę ulicy, po mordercy nie było już śladu.
Читать дальше