– Proszę…
– No, przekonaj mnie, udowodnij, że nie powinna umrzeć!
– Dam ci wszystko, co chcesz, wszystko, powiedz tylko słowo.
– Chcę, żebyś się poczuł jak ja tamtej nocy, tak samo bezsilny i bezradny. Zacznijmy od skamlenia. Błagaj mnie, Swyteck, błagaj, żeby nie doszło do egzekucji.
Jack stał jak oniemiały. Strach ściskał mu serce, że traci cenny czas. Oświetlił latarką salon i hali. Chciał biec, szukać Cindy, ale dom był ogromny i z pewnością nie zdążyłby odnaleźć jej na czas.
– Proszę, puść ją – powiedział drżącym głosem.
– Mówiłem, że masz błagać.
– Proszę, ona nic ci nie zrobiła, nigdy nikogo nie skrzywdziła.
– Sprawdź kredens pod ścianą.
Jack rzucił się we wskazanym kierunku, potykając się o perski dywan. Szarpnął drzwiczki kredensu, oświetlił wnętrze.
– Tu jej nie…
– Oczywiście, że jej nie ma. Błaganiem i zaklinaniem nic się nie wskóra, pamiętasz? Spróbuj inaczej!
Jack wstał, serce waliło mu jak młotem, spazmatycznie łapał powietrze.
– Ty nędzy skurwysynu, mów, gdzie ona jest.
– Gniew, złość – szydził porywacz – no, no, zobaczymy, co to nam da. Idź do salonu, jest tam taki schowek pod schodami na górę.
Jack skierował latarkę we wskazane miejsce, wyławiając z ciemności szerokie schody niczym w rezydencji Scarlett O'Hary z „Przeminęło z wiatrem". Skręcały majestatycznym łukiem na piętro, a wyżej zwężały się, wiodąc na kolejną kondygnację.
– Schowek – powtórzył Esteban, jakby wiedząc, że Jack nie rusza z miejsca.
Jack niemal fizycznie czuł upływ czasu. Był tylko marionetką, pionkiem, ale też ścisłe wykonywanie poleceń dawało przynajmniej cień nadziei. Ruszył ku schodom, klucząc pośród antycznych mebli. Znalazł schowek, szarpnął drzwi. Pusto.
– Ty skurwysynu – głos odbił się echem po mrocznej czeluści klatki schodowej.
– Czas ucieka, co teraz poczniesz? – rozległo się w słuchawce.
– Dość tej zabawy! Przecież chodzi ci o mnie, więc weź mnie, mnie, rozumiesz!
– No właśnie! – syknął prześladowca z wyraźną satysfakcją. – Przyznanie się. To ostatnia szansa i dokładnie taki sam wniosek, do jakiego i ja doszedłem, Swyteck! No, zobaczymy, czy tym razem to pomoże. Wyznaj swoją winę, wyznaj wobec mnie!
– Do niczego się nie przyznam. Chcesz mnie załatwić.
– Dlaczego? – Porywacz ciągnął grę. – A więc co takiego popełniłeś?
– Wszystko, co chcesz. Popełniłem to, co mówisz.
– Nie – odrzekł Esteban z przyganą – musisz sam się przyznać i musisz wierzyć. Przyznaj się sam z siebie!
– A więc zrobiłem to.
– Zabiłeś Raula, powiedz, że zabiłeś Raula.
– Gdzie ona jest?
– Przyznaj się!!!
– Tak, tak! – krzyczał Jack. – Zabiłem Raula Fernandeza. Zrobiłem to! A teraz mów, GDZIE JEST CINDY?
– Tuż za tobą.
Jack obrócił się na pięcie, spojrzał w górę klatki schodowej i zobaczył ciało mknące na dół jak pocisk.
– Cindy! – zawołał. Jedyną odpowiedzią był straszny trzask łamanych kręgów. Stopy nie sięgnęły podłogi, bezwładne ciało zawisło w powietrzu, na sznurze. Jack krzyknął z przerażenia i trwogi. Poznał ubranie, twarzy nie widział, przysłaniał ją czarny kaptur z otworami na oczy, jak w czasie prawdziwych egzekucji. – Wielki Boże, nie pozwól…! – zawołał odchodząc od zmysłów. Rzucił telefon i skoczył na schody, aby ją zdjąć, czy raczej odciąć. Nie sięgnął jednak. Wspiął się wyżej, wyciągał przed siebie ręce, ale ciągle na nic. Zbiegł na dół, do salonu, po krzesło i znów pośpieszył na schody.
– Wszystko na nic – gdzieś z mroku dobiegł niski, chrapliwy głos. – Nie żyje!
Jack struchlał. A więc nie był tu sam.
Puścił krzesło, wyciągnął broń. Obrócił się, oświetlił latarką przestrzeń za sobą, potem przed sobą i powyżej. Nikogo nie zobaczył.
– Zabiję cię! – krzyknął w ciemność.
– Zemsta – padła gromka odpowiedź, odbijając się echem od schodów i ścian. – Obaj tego chcemy, Swyteck. No, chodź, chwyć mnie.
Jack myślał tylko o Cindy, wiszącej bez życia w ciemności, i przez jedną krótką chwilę gotów był zapłacić cenę własnego życia za życie oprawcy. Rzucił się na schody, nie myśląc o własnym bezpieczeństwie. W jednej ręce ściskał rewolwer, w drugiej latarkę. Pędem wbiegł na samą górę, a gdy się obrócił, żeby zerknąć w dół, ogłuszający huk i potężne uderzenie zwaliły go z nóg. Ból… upadek… utrata świadomości.
Uderzając ciałem o drewnianą poręcz wypuścił z rąk latarkę i pistolet. Spadał jakby w zwolnionym filmie. Usłyszał własny krzyk, gdy zwalił się na stół w salonie i stoczył na podłogę. Nie mogę oddychać… Boże, jak to boli – przeleciało mu przez głowę.
Minęły sekundy. Zapanowała całkowita ciemność. Po chwili jasny promień światła uderzył go w oczy.
Zbrodniarz spoglądał ze szczytu schodów w dół. Uśmiechnął się widząc dygocące ciało na podłodze. Ucieszył się, że Jack żyje. Skierował snop światła ku górze, jakby jeszcze raz chciał się zachwycić swoim dziełem. Bezwolna postać wisiała na sznurze, obracając się wolno wokół własnej osi. Wsunął pistolet za pas, wyjął sprężynowy nóż i ruszył w stronę Jacka. Uśmiech znikł z jego oblicza, ofiara bowiem zniknęła gdy podziwiał swe poprzednie dzieło.
Omiótł salon światłem latarki. Skrzywił się, nie rozumiejąc, co się stało. Na podłodze nie było krwi, w ogóle nigdzie nie widział krwi. Zgrzytnął ze złości zębami, zdając sobie sprawę, że niedoszła zdobycz musiała mieć na sobie kuloodporną kamizelkę. Błyskawicznie skierował strumień światła na podest schodów. Pistolet Jacka i latarka nadal tam leżały.
Uspokoił się i znów na jego obliczu pojawił się złowrogi uśmiech. A więc jego ofiara nie ma broni i nie mógł odejść daleko. W domu panowały ciemności jak w piekle. Esteban nie słyszał, aby Jack potknął się o coś, a więc musi być gdzieś tu, w zasięgu światła latarki. Morderca położył latarkę na podłodze, tam gdzie stał, na podeście. Snop światła wytyczał granicę ewentualnej ucieczki Jacka. Poświata oblewała salon i sąsiedni pokój na dole oraz hali wiodący do biblioteki, przestrzeń wystarczająco dużą, aby zabawić się za wszystkie czasy. Esteban schował nóż, wyciągnął pistolet. Tym razem Jack Swyteck już się nie wyłga.
Trzy przecznice dalej, w pobliżu dawnego magazynu portowego, gubernator Harold Swyteck skradał się ostrożnie w stronę starej furgonetki. Broń trzymał w pogotowiu, serce waliło mu jak młotem. Podszedł na jakieś trzy metry i zamarł na widok tego, co zobaczył w środku. Był to wór sporej wielkości. Podrygiwał, podskakiwał i skręcał się jak oszalały na metalowej podłodze furgonu.
– Nie ruszać się! – krzyknął gubernator.
Ruchy ustały, ale z wnętrza worka jęły dobywać się dziwne, przytłumione i jakby rozpaczliwe dźwięki. Harry podszedł bliżej i zerknął na tablice rejestracyjne wozu. Furgonetka pochodziła z Miami, a przynajmniej tam była zarejestrowana.
– Jestem Harold Swyteck! – zawołał półgłosem, podchodząc bliżej.
W worku zajęczało jakby głośniej i natarczywiej.
– Leżeć bez ruchu! – rozkazał. – Mam broń. – Wskoczył do furgonetki, ukląkł i błyskawicznie rozwiązał worek, cały czas trzymając broń w pogotowiu. – Cindy?! – krzyknął poznając dziewczynę, którą widział w relacji telewizyjnej z procesu.
Spoglądała na niego przerażonym wzrokiem.
Читать дальше