Tu była kraina biedoty, brudna, podła i bezkompromisowa. Rozmokłe odpadki, pozostałości po całodziennym handlu, gniły w rynsztokach – liście kapusty, zmięte kule papieru pakowego, kawałki krwistego mięsa, rybie wnętrzności. W grząskim błocie walał się makaron. Barney zatrzymał się na rogu Monroe Street, naprzeciwko domu Rutgersów, i na chwilę stanął, aby popatrzeć na deszcz, odpadki oraz oświetlone okna. Poczuł chłód, który doprowadzał go do łez.
– Dlaczego się zatrzymałeś? – zapytał David. Barney przetarł oczy chusteczką przyczepioną do klapy.
– Nie zrozumiałbyś. Chodźmy już.
David starał się dotrzymać mu kroku, kiedy przechodzili przez ulicę.
– Mógłbyś mnie wypróbować – wymamrotał.
– Wypróbować? – zdziwił się Barney.
– No cóż, jesteś smutny, prawda? – zauważył David.
– A kto nie jest? Powiedz mi, z czego tu się cieszyć.
– Przez większość czasu wyglądasz na szczęśliwego – powiedział David.
– Ponieważ Shabbes jest tylko raz w tygodniu. Większość czasu spędzam na robocie, staram się, żeby interes nie podupadł, wykłócam się o pieniądze z kupcami, toczę boje z Irvingiem i Hymanem oraz wszystkimi innymi. Nie mam chwili dla siebie; bo to jest tak, że dopiero jak masz chwilę dla siebie, możesz być sobą. Dzisiaj wieczorem jestem smutny. Ale co z tego?
– Ale dlaczego jesteś smutny? – chciał wiedzieć David. Barney szedł teraz tak szybko, że David ledwo nadążał.
– Nie wiem – odparł Barney. – A gdybym nawet wiedział, to i tak tobie bym nie powiedział.
David złapał go za rękaw, próbując zatrzymać.
– Czy naprawdę aż tak mnie nienawidzisz?
– Ależ to nieprawda. Dlaczego miałbym cię nienawidzić?
– Nienawidzisz mnie, ponieważ jestem głupi. Posłuchaj, Davidzie, wcale cię nie nienawidzę.
– To dlaczego nie powiesz mi, dlaczego jesteś smutny?
– Ponieważ… – Barney zawahał się i nie dokończył.
Stali przed kamienicą. Padająca mżawka sprawiła, że lampy przybrały kolor mleczu. Barney spuścił głowę i spojrzał na sześć stopni, które wiodły do pomalowanych na czarno drzwi frontowych, oraz na mokre, metalowe barierki. David stał obok niego, trzęsąc się, jak gdyby przebył tysiąc mil, żeby poznać z ust najznakomitszego rabbiego sekret wszechświata.
– Jestem smutny, ponieważ nigdy nie będę taki jak mój ojciec – powiedział Barney, bardziej do siebie niż do Davida. – Mój ojciec przyjechał tutaj, do Nowego Jorku, kiedy miał piętnaście lat, razem z moim dziadkiem. Przywiózł ze sobą stare, dobre zasady postępowania, pamiętając o swoim starym kraju. Ale ja jestem Amerykaninem. I nic na to nie poradzę. Nie potrafię kontynuować starych tradycji w taki sposób, w jaki to robił mój ojciec. Rozumiesz, o czym mówię? Ja znam te stare zasady. Myślę o nich przez cały czas, nawet wtedy, kiedy siedzę w tramwaju. Ale one nie są częścią mnie i ja nie jestem ich częścią.
Przetarł powieki wierzchem dłoni.
– Ja już należę do innego świata. Już nie jestem Deutsche Jehudim, a jeszcze nie jestem prawdziwym Amerykaninem. Czuję się, jakby to wyrazić, wyobcowany.
David w skupieniu gryzł wargi. Trudno było stwierdzić, czy rozumiał, o czym opowiadał Barney. W końcu, sepleniąc jak dziecko, powiedział:
– Pamiętam ciebie, jak byłeś więźniem na Ziemi Egipskiej, ziemi niewoli. – Po czym bez słowa ruszył schodami do frontowych drzwi.
Barney został jeszcze przez chwilę, czując, jak krople deszczu zalewają mu oczy. Odebrał to jako karę za jego niewiarę w ortodoksyjne zasady. A potem wyjął klucze i wszedł za Davidem do środka. Kiedy otworzył drzwi do mieszkania, zauważył stojącą na korytarzu Leah Ginzburg. Wewnątrz unosił się aromatyczny zapach pieczonego kurczaka oraz zupy, wymieszany z wonnościami mocnych przypraw.
– Jesteś przemoczony – powiedziała łagodnie. David uśmiechnął się do niej.
– To łzy Boga – powiedział, po czym odwrócił się do Barneya i uśmiechnął się również do niego.
Barney odwzajemnił się szybkim, zakłopotanym skrzywieniem ust.
– Twoja mama obawiała się, że nie zdążycie na czas – powiedziała Leah.
Barney nie odpowiedział. Nie chciał być nieuprzejmy wobec matki w szabat. Nie chciał powiedzieć Leah, że właśnie matka sprawiała, że bał się wracać do domu.
– Jest w saloniku?
Leah kiwnęła głową. Barney znał Leah od momentu, kiedy ukończył siedem lat, i zawsze był zwariowany na jej punkcie. Dawniej Ginzburgowie mieszkali po drugiej stronie ulicy, na trzecim piętrze, pod numerem 129. W dzieciństwie, każdego zakurzonego lata, Barney bawił się z Leah na werandzie z frontu domu albo między wózkami poubieranych w kaftany, brodatych polskich oraz armeńskich Żydów, którzy sprzedawali ryby, galanterię oraz owoce. To były gorące, pełne zamieszania dni na ulicach Clinton i He-ster. W tamtych czasach dla Barneya najważniejsze było szaleńcze uczucie, którym obdarzali go rodzice. Fascynowali go dorożkarze strzelający z batów oraz sześcioletnia dziewczynka z ładną twarzą w kształcie serduszka i z lokami niesfornie wymykającymi się spod przepaski.
Ojciec Leah zaczynał jako sprzedawca uliczny, handlując przechodzonymi rzeczami. Potem wynajął niewielki sklepik na Hester Street i sprzedawał towary tekstylne. Ponieważ jego klientami byli biedacy, sklep z towarami tekstylnymi zamienił się w lombard. Niedługo po tym pan Ginzberg zaoszczędził tyle pieniędzy, że mógł wynieść się z Clinton Street i kupić skromny dom bliżej centrum. Został szefem firmy Loeb and Landis, spółki zajmującej się różnymi finansowymi transakcjami. Ale nigdy nie zapomniał o przyjaciołach z Tenth Ward: o Moishem Teitelbaumie, Irvingu Finkelsteinie oraz ojcu Barneya, kiedy jeszcze żył, swoim starym cheura, który kiedyś mu pomógł, gdy przypłynął do nowej ojczyzny i nie mógł sobie znaleźć miejsca, o wszystkich kumplach Żydach, którzy karmili go zupkami i ofiarowywali kąt do spania, kiedy nie miał dokąd pójść.
Matka Barneya nic o tym nie wiedziała, a sam Barney odkrył to dopiero wtedy, kiedy przeglądał księgi Blitzów po wyjeździe Joela: Nathan Ginzberg pożyczył Blitzom przeszło tysiąc dolarów, całkiem bezinteresownie, byle tylko przeżyli krach w 1857 roku. Pieniądze nigdy nie zostały oddane.
A teraz Leah była gościem w szabat. Miała na sobie prostą białą sukienkę obszytą białą koronką, włosy spięte białą jedwabną wstążką, miała smagłą twarz; była piękna, a jej brązowe oczy przypominały oczy Cyganki ze wschodniej Europy. Było w niej coś dzikiego, nieokiełznanego. Barney często wyobrażał ją sobie z ustami posmarowanymi sokiem jagodowym i ze złotymi obrączkami na palcach u stóp; jednej nocy widział ją we śnie całkiem nagą – niewysoką, tylko pięć stóp wzrostu, ale za to z wielkim biustem i z tak delikatną skórą, że przeszywał go dreszcz, kiedy ją dotykał koniuszkami palców – obudził się wtedy spocony, zmieszany i zawstydzony.
– To jest David Stein – powiedział Barney.
Kiedy przyszli do domu, żeby się umyć i przebrać, Leah była w trakcie ubierania się. Matka Barneya, niespokojna, ale w miarę przyjaźnie nastawiona, nie chciała jej przeszkadzać.
Leah dygnęła przed Davidem, a on się do niej uśmiechnął. Barney spodziewał się, że matka uprzedziła Leah, iż David jest opóźniony w rozwoju. Chociaż mogła tego nie zrobić. Ostatnio była w tak abstrakcyjnym nastroju, że trudno było przewidzieć, co zrobi; jej umysł był jak rozbite lustro.
Pani Blitz wyszła z saloniku.
– Co się tutaj dzieje? – zapytała. – Modlicie się w korytarzu?
Читать дальше