– To kosztuje – zauważył Frost. – Prześledźmy jego wydatki.
Zucker skinął głową.
– Tam właśnie znajdziemy jego trofea. Pamiątki zbrodni.
Być może nawet miejsce to stanowiło izbę tortur, do której sprowadzał swoje ofiary. Gwarantowało mu spokój i dyskrecję.
Jakiś wolno stojący budynek albo mieszkanie z dźwiękochłonnymi ścianami.
Żeby nikt nie usłyszał krzyków Cordell, pomyślała Rizzoli.
– W takim miejscu może być naprawdę sobą. Może się odprężyć i pozbyć zahamowań. Nigdy nie zostawił w mieszkaniach ofiar spermy, co oznacza, że jest w stanie odwlekać seksualne zaspokojenie do chwili, aż poczuje się bezpieczny.
Zapewne odwiedza od czasu do czasu swoją kryjówkę, by w oczekiwaniu na kolejną zdobycz przeżywać na nowo w wyobraźni rozkosz zabijania. – Zucker rozejrzał się po sali. – To tam zabrał Catherine Cordell.
Grecy mówią na przód szyi derę i jest to najpiękniejsza, najbardziej wrażliwa część ciała kobiety. W gardle pulsuje Życie i oddech. Pod mlecznobiałą skórą Ifigenii nabrzmiały niebieskie żyły, gdy jej ojciec przyłożył do nich ostrze noża. Czy Agamemnon podziwiał delikatne kontury szyi swej córki, gdy leżała rozciągnięta na ołtarzu? Czy starał się wybrać najdogodniejsze miejsce, w którym należało rozciąć skórę? Czy w momencie, gdy zatopił ostrze w jej ciele, nie czuł – mimo całej rozpaczy – podniecenia i dreszczu rozkoszy?
Nawet starożytni Grecy, snujący ohydne opowieści o rodzicach pożerających potomstwo i synach spotkających z matkami, nie wspominająo takim wyuzdaniu. Nie muszą… To jedna z tych utajonych prawd, które wszyscy rozumiemy bez słów. Ilu spośród wojowników, którzy stali z kamiennymi twarzami i sercami nieczułymi na krzyki nagiej młodej kobiety, gdy do jej łabędziej szyi przytknięto ostrze noża, poczuło nagle w lędźwiach przyjemną falę gorąca i napięcie między nogami?
Ilu z nich, patrząc od tego czasu na gardło kobiety, nie miało ochoty go podciąć?
Ona ma tak białe gardło jak Ifigenia. Chroniła skórę przed słońcem, jak wszystkie kobiety o rudych włosach, i na jej alabastrowej powierzchni nie widać niemal zmarszczek. Przez te dwa lata dobrze dbała o swoją szyję. Doceniam to.
Czekałem cierpliwie, aż odzyska przytomność. Wiem, że się już ocknęła i jest świadoma mojej obecności, bo ma przyspieszony puls. Gdy dotykam jej gardła, tuż nad mostkiem, wciąga gwałtownie powietrze. Wstrzymuje oddech, kiedy głaskam ją po szyi, wzdłuż tętnicy. Jej skóra rytmicznie pulsuje. Czuję pod palcem cudownąwilgoć. Jest jak delikatna mgiełka. Jej twarz lśni od potu. Gdy zaczynam gładzić ją_ po policzku, wypuszcza wreszcie z płuc powietrze. Brzmi to jak skowyt, przytłumiony z powodu taśmy, którąma na ustach. Moja Cathe-rine nie powinna tak skamleć. Inne były głupimi gazelami, ale ona jest tygrysicą, jedyną, która skutecznie się broniła i przelała krew.
Otwiera oczy i patrzy na mnie. Widzę, że rozumie. W końcu zwyciężyłem. Upolowałem najcenniejszą, zdobycz.
Wyjmuję narzędzia. Wydają przyjemny dźwięk, gdy rozkładam je na metalowej tacy obok łóżka. Czuję, Że na mnie patrzy, i wiem, Że jej wzrok przyciąga lśniąca stal. Wie, do czego służą te narzędzia. Z pewnością wielokrotnie ich używała. Rozwieracz jest potrzebny do odciągania brzegów rany, hemostat – do zaciskania tkanek i naczyń krwionośnych, a skalpel… No cóż, oboje wiemy, co się nim robi.
Stawiam tacę obok jej głowy, żeby widziała, co jączeka. Nie muszę nic mówić. Lśniące narzędzia są wystarczająco sugestywne.
Dotykam jej nagiego brzucha. Natychmiast napina mięśnie. To dziewiczy brzuch o nieskazitelnie gładkiej powierzchni. Ostrze wejdzie w niego jak w masło.
Sięgam po skalpel i przytykam go do jej skóry. Wciąga gwałtownie powietrze i otwiera szeroko oczy.
Widziałem kiedyś zdjęcie zebry, której lew zatopił kły w szyi. W jej oczach malowało się śmiertelne przerażenie. Nigdy nie zapomnę tego widoku. Oczy Catherine wyglądają teraz tak samo.
O Boże! O Boże!
Catherine dyszała ciężko, czując dotyk skalpela. Zamknęła oczy, mokra od potu, bojąc się nieuniknionego bólu. Krzyk uwiązł jej w gardle. Błagała niebiosa o litość, choćby nawet o szybką śmierć, byle tylko nie krojono jej żywcem.
Nagle ręka ze skalpelem cofnęła się.
Otworzyła oczy i spojrzała w twarz stojącemu obok mężczyźnie. Była taka zwyczajna i pospolita. Mogła widzieć go dziesiątki razy i w ogóle nie zauważyć. Ale on ją znał. Czaił się na obrzeżach jej świata, umieścił ją w centrum swego mikro-kosmosu i krążył wokół niej, niewidoczny w mroku.
A ja nie miałam pojęcia o jego istnieniu.
Odłożył skalpel na tacę i powiedział z uśmiechem:
– Jeszcze nie teraz.
Dopiero gdy wyszedł z pokoju, zdała sobie sprawę, że odłożył tortury na później, i odetchnęła z ulgą.
A więc na tym polegała jego gra. Czerpał przyjemność z przedłużania jej cierpień. Na razie zachowają przy życiu, aby miała czas rozmyślać o tym, co będzie dalej.
Każda zyskana minuta daje mi szansę ucieczki, uświadomiła sobie.
Chloroform przestał już działać. Była całkiem przytomna i jej umysł pracował na pełnych obrotach. Leżała rozciągnięta na łóżku z metalową ramą. Była rozebrana do naga, a przeguby i kostki miała skrępowane taśmą. Choć szarpała się i naprężała mięśnie, nie mogła uwolnić się z więzów. Przed czterema laty w Savannah Capra związał ją nylonową żyłką i zdołała wtedy oswobodzić jedną rękę. Chirurg nie powtórzył tego błędu.
Mokra od potu i zbyt zmęczona, by dalej walczyć, skoncentrowała uwagę na otoczeniu.
Nad łóżkiem wisiała pojedyncza żarówka. Zapach ziemi i wilgotnych murów dowodził, że znajduje się w piwnicy. Odwróciwszy głowę, zobaczyła tuż za kręgiem światła kamienne fundamenty.
Usłyszała nad sobą kroki i odgłos przesuwanego krzesła. To był stary dom z drewnianą podłogą. U góry ktoś włączył telewizor. Nie pamiętała, jak znalazła się w tym pomieszczeniu, ani ile czasu jechała. Mogli być wiele kilometrów od Bostonu, w miejscu, gdzie nikt nie będzie jej szukał.
Jej wzrok przyciągnęła lśniąca taca. Patrzyła na ułożone starannie narzędzia. Wiele razy korzystała z podobnych, traktując je zawsze jako przybory do leczenia ludzi. Za pomocą skalpeli i zacisków usuwała komórki rakowe i kule, tamowała krwotoki uszkodzonych arterii i drenowała zalane krwią klatki piersiowe. Teraz, patrząc na instrumenty, których używała do ratowania życia, widziała w nich zapowiedź własnej śmierci. Chirurg zostawił je blisko łóżka, żeby mogła się im przyglądać, widzieć ostrze skalpela i stalowe zęby hemostatów.
Tylko bez paniki. Staraj się pomyśleć, nakazała sobie.
Przymknęła oczy. Strach był jak ośmiornica, opasująca mackami jej szyję.
Już raz ich pokonałaś. Możesz to powtórzyć, powiedziała sobie.
Poczuła, jak kropla potu spływa jej po piersi na wilgotny materac. Musiało istnieć jakieś rozwiązanie, jakieś wyjście z sytuacji, bo w przeciwnym razie… Wolała nie myśleć, co się stanie.
Otworzywszy oczy, wpatrywała się w żarówkę, myśląc intensywnie, co robić. Pamiętała, co powiedział Moore: Chirurg żywił się strachem. Atakował kobiety, które były okaleczone, nad którymi czuł przewagę.
Nie zabije mnie, dopóki mu się nie poddam, uznała.
Wciągnęła głęboko powietrze, zrozumiawszy nagle, jak powinna postąpić. Pokonaj strach. Wpadnij we wściekłość. Pokaż mu, że bez względu na to, co zrobi, nie zdoła cię pokonać.
Nawet gdyby cię zabił.
Читать дальше