Wsiadając do mercedesa, sięgnęła po słuchawkę telefonu i zadzwoniła do centrali.
– To znowu ja, doktor Cordell. Muszę skontaktować się z panem Gwadowskim. by go zawiadomić, że się spóźnię. Wie pani, skąd telefonował?
– Zaraz sprawdzę… Nie ze szpitala.
– Z komórki?
Telefonistka przez chwilę milczała.
– To dziwne…
– Co takiego?
– Dzwonił z tego samego numeru, co pani.
Catherine zmartwiała z przerażenia. Po plecach przeszedł jej zimny dreszcz. Telefonował z mojego samochodu.
– Doktor Cordell?
W tym momencie zobaczyła go we wstecznym lusterku. Uniósł głowę jak kobra. Chcąc krzyknąć, wciągnęła w płuca opary chloroformu.
Słuchawka wypadła jej z ręki.
Jerry Sleeper czekał w samochodzie obok hali lotniska. Moore wrzucił torbę na tylne siedzenie, wsiadł do wozu i zatrzasnął drzwiczki.
– Znalazłeś ją? – spytał od razu.
– Jeszcze nie – odparł Sleeper, ruszając od krawężnika. – Jej mercedes zniknął, a w mieszkaniu nie ma żadnych śladów walki. Cokolwiek się stało, zaszło błyskawicznie, w jej samochodzie albo gdzieś w pobliżu. Peter Falco widział ją ostatni, mniej więcej kwadrans po piątej, na szpitalnym parkingu. Pół godziny później recepcjonistka z centrali wezwała doktor Cordell przez pager i rozmawiała z nią przez telefon. Po chwili Cordell zadzwoniła ponownie z samochodu, ale rozmowa została nagle przerwana. Telefonistka twierdzi, że osobą, która jej poszukiwała, był syn Hermana Gwadowskiego.
– Potwierdziliście to?
– Ivan Gwadowski leciał w południe samolotem do Kaliforni. To nie on dzwonił.
Obaj dobrze wiedzieli, kto to zrobił. Nie musieli tego głośno mówić. Moore patrzył zdenerwowany na długi rząd tylnych świateł samochodów, lśniących w mroku jak czerwone paciorki.
Ma ją w swoich rękach od szóstej wieczorem. Co zdążył zrobić w ciągu tych czterech godzin?
– Chcę zobaczyć mieszkanie Warrena Hoyta – oświadczył Moore.
– Właśnie tam jedziemy. Wiemy, że skończył dyżur w Interpath Labs około siódmej rano. O dziesiątej zadzwonił do szefa, że musi nagle wyjechać do rodziny i będzie w pracy najwcześniej za tydzień. Od tej chwili nikt go nie widział. Ani w domu, ani w laboratorium.
– A co z tą rodziną?
– Nie ma żadnych krewnych. Jego jedyna ciotka zmarła w lutym.
Rząd czerwonych świateł zamienił się w mglistą czerwoną smugę. Moore zamrugał powiekami i odwrócił wzrok, by Sleeper nie zobaczył w jego oczach łez.
Warren Hoyt mieszkał w North End, osobliwym labiryncie wąskich uliczek i ceglanych kamienic, który stanowił najstarszą dzielnicę Bostonu. Uchodziła za bezpieczną dzięki czujności Włochów, będących właścicielami wielu okolicznych sklepów. Przy ulicy, po której chodzili bez obaw turyści i lokatorzy domów, miał swą kryjówkę potwór.
Mieszkanie Hoyta znajdowało się na drugim piętrze. Parę godzin wcześniej przeczesała je dokładnie ekipa policyjna. Kiedy Moore wszedł do środka i zobaczył nieliczne meble i niemal puste półki, poczuł, że stoi w miejscu pozbawionym już duszy, że nie znajdzie tam żadnych śladów obecności człowieka, który je zajmował.
Doktor Zucker wyłonił się z sypialni i oznajmił:
– Coś mi tu nie gra.
– Czy Hoyt jest tym, kogo szukamy?.
– Trudno powiedzieć.
– Co zatem wiemy? – spytał Moore, spoglądając na Crowe’a, który powitał ich w drzwiach.
– Zgadza się rozmiar butów. Osiem i pół. Pasuje do odcisków z mieszkania Ortiz. Znaleźliśmy na poduszce kilka krótkich, jasnobrązowych włosów. To też by się zgadzało. A na podłodze w łazience leżał długi czarny włos.
Moore zmarszczył brwi.
– Była tu kobieta?
– Może przyjaciółka.
– Albo kolejna ofiara – stwierdził Zucker. – Ktoś, o kim jeszcze nie wiemy.
– Rozmawiałem z właścicielką, która mieszka na dole – oznajmił Crowe. – Widziała Hoyta dziś rano, kiedy wracał z pracy. Nie ma pojęcia, gdzie jest teraz. Nietrudno zgadnąć, co mówi na jego temat: Porządny lokator. Spokojny, nie sprawia żadnych kłopotów.
Moore spojrzał na Zuckera.
– Co pan miał na myśli, mówiąc, że coś tu nie gra?
– Nie ma żadnych narzędzi zbrodni. Również w samochodzie, który stoi zaparkowany przed domem. – Zucker wskazał na umeblowany skromnie salon. – Mieszkanie wygląda tak, jakby nikt go nie zajmował. Lodówka jest prawie pusta. W łazience było tylko mydło, szczoteczka do zębów i maszynka do golenia. To przypomina hotel. Miejsce do spania.
To nie tu realizuje swoje fantazje.
– Ale tutaj mieszka – zauważył Crowe. – Na ten adres dostaje pocztę. Tu trzyma swoje rzeczy.
– Brakuje w tym miejscu tego, co najważniejsze – rzekł Zucker. – Jego trofeów.
Moore’a przeszedł dreszcz. Zucker miał rację. Chirurg wycinał swoim ofiarom narządy i zachowywał je na pamiątkę, by sycić się ich widokiem między kolejnymi polowaniami.
– Nie mamy jeszcze wszystkich elementów łamigłówki – stwierdził Zucker, zwracając się do Moore’a. – Muszę zobaczyć miejsce pracy Warrena Hoyta. Jego laboratorium.
Barry Frost usiadł przy klawiaturze komputera i wpisał nazwisko pacjentki: Nina Peyton. Na ekranie pojawiła się lista informacji.
– To jego tereny łowieckie – wyjaśnił Frost. – Tu znajduje swoje ofiary.
Moore wpatrywał się w monitor, zaszokowany tym, co zobaczył. Wokół słychać było szum aparatury, dzwoniące telefony i brzęk stojaków z probówkami krwi. W tym aseptycz-nym świecie lśniącej stali i białych fartuchów, świecie medycyny, Chirurg spokojnie tropił swoją zdobycz. Dzięki komputerowi mógł uzyskać informacje o każdej kobiecie, której krew albo płyny ustrojowe badano w Interpath Labs.
– To największe laboratorium diagnostyczne w mieście – stwierdził Frost. – Jeśli gdziekolwiek w Bostonie pobiera się komuś krew, istnieje duże prawdopodobieństwo, że trafi do analizy właśnie tutaj.
Właśnie tutaj. Do Warrena Hoyta, pomyślał Moore.
– Miał jej domowy adres – zauważył Moore, przeglądając dane Niny Peyton. – A także informacje o miejscu pracy, wieku i stanie cywilnym…
– Oraz diagnozę – dodał Zucker, wskazując na widoczne na ekranie słowo gwałt. – On tego właśnie szuka. To go ekscytuje. Okaleczone emocjonalnie kobiety. Napiętnowane przez seksualną agresję.
Moore słyszał w głosie Zuckera ton podniecenia. Fascynował go pojedynek z inteligentnym przeciwnikiem. Dostrzegł w końcu strategię wroga i podziwiał jego geniusz.
– Analizując krew tych kobiet, poznawał ich najbardziej wstydliwe sekrety – kontynuował Zucker. Wyprostował się i powiódł wzrokiem po laboratorium, jakby widział je pierwszy raz.-Zastanawiał się pan kiedyś, ile w takim miejscu o nas wiedzą? – zapytał. – Ilu dostarczamy im informacji, pozwalając wkłuć sobie igłę w żyłę? Badanie krwi ujawnia nasze najintymniejsze tajemnice. Czy umieramy na białaczkę albo AIDS, czy w ciągu ostatnich paru godzin wypaliliśmy papierosa albo wypiliśmy lampkę wina, czy bierzemy prozac z powodu depresji albo viagrę, bo nie mamy wzwodu? On wiedział o tych kobietach wszystko. Dotykał ich krwi, wąchał ją. A one były tego nieświadome. Nie podejrzewały, że rozkoszuje się nimi obcy mężczyzna.
– Ofiary w ogóle go nie znały – stwierdził Moore.
– Ale on je znał. I to z najbardziej intymnej strony – oświadczył Zucker z ogniem w oczach. – Chirurg nie przypomina seryjnych zabójców, z którymi dotychczas miałem do czynienia. Jest wyjątkowy. Pozostaje niewidoczny, bo tropi swą zdobycz z ukrycia. – Spojrzał z podziwem na stojak z probówkami na blacie. – To laboratorium stanowi jego teren łowiecki. Podąża śladami krwi i cierpienia.
Читать дальше