Odłożył słuchawkę. Na sam dźwięk nazwiska Gargano notariusz poczuł się urażony.
– To panu się zdaje, że ja jestem takim durniem, który wierzy oszustom w rodzaju Gargana? – powiedział.
Pieniądzom Francois nic nie groziło.
Niemniej, wsiadając do samochodu przed odjazdem do komisariatu, Montalbano poprzysiągł sobie, że księgowy Gargano zapłaci mu z nawiązką za okropny strach, którego z jego winy się nabawił.
Nie dojechał jednak do komisariatu, bo po drodze uznał, że ma za sobą bardzo ciężki dzień, a zatem zasługuje na nagrodę pocieszenia. Ktoś wspomniał mu kiedyś niejasno o zajeździe otwartym kilka miesięcy wcześniej jakieś dziesięć kilometrów za Montelusą, przy szosie do Giardiny; podobno dobrze się tam jadło. Powiedziano mu nawet, jak się nazywa: „U Giugiu Woźnicy". Zmylił drogę cztery razy i miał już zawrócić, aby udać się znowu do swego ulubionego „San Calogero", bo wraz z upływem czasu rósł w nim wilczy apetyt. Wtedy w świetle reflektorów zobaczył nagle nazwę lokalu, wypisaną ręcznie na przytwierdzonej do przydrożnego słupa desce. Dojechał tam w pięć minut autentyczną polną drogą, jakich właściwie już się nie spotyka, pełnej wyboi i kamieni; zaczął nawet podejrzewać, że wyreżyserował to wszystko sam Giugiu, który udaje woźnicę, a w rzeczywistości jest kierowcą wyścigowym. W związku z tym podejrzeniem nie trafił mu do przekonania także samotny domek, przed którym się znalazł: kiepsko otynkowany, bez neonów, jedno pomieszczenie na parterze, drugie na pierwszym i jedynym piętrze. Z dwóch okien na parterze sączyło się słabe światło, wywołując w patrzącym melancholijny nastrój – to bez wątpienia finałowy akcent owej sztucznej scenerii. Na placyku przed domem zaparkowano dwa samochody. Montalbano wysiadł i stanął niezdecydowany. Nie uśmiechało mu się zakończyć wieczoru zatruciem pokarmowym. Zaczął się zastanawiać, kto mu polecił tę gospodę, i wreszcie sobie przypomniał: wicekomisarz Lindt, z pochodzenia Szwajcar („Czy jest pan spokrewniony z tymi od czekolady?" – spytał go, kiedy się poznali), który jeszcze pół roku wcześniej pracował na Północy, w Bolzano.
„No tak – pomyślał teraz – ten chyba nie odróżnia kurczaka od łososia!"
W tej właśnie chwili wraz z wieczornym wietrzykiem doszedł go leciutki zapach, który sprawił, że rozwarły mu się nozdrza. Zapach jadła prawdziwego i smakowitego, zapach dań przyrządzonych jak Pan Bóg przykazał. Dłużej się nie wahał – otworzył drzwi i wszedł do środka. W salce stało osiem stolików, jeden tylko był zajęty przez parę w średnim wieku. Montalbano usiadł na pierwszym krześle z brzegu.
– Przepraszam pana, ale ten stolik jest zarezerwowany – powiedział kelner, a zarazem właściciel, sześćdziesięciolatek, łysy, za to z długimi, obwisłymi wąsami, wysokiego wzrostu, z wydatnym brzuchem.
Komisarz posłusznie wstał. Miał już złożyć pośladki na krześle przy stoliku obok, lecz wąsacz znowu przemówił:
– Ten też.
Montalbano poczuł, że zaraz się rozgniewa. Czy ten facet z niego kpi? Szuka zwady? Chce, żeby źle się to skończyło?
– Wszystkie są zajęte. Jeśli pan sobie życzy, obsłużę pana przy tamtym – powiedział kelner-właściciel, widząc, że klient zmienia się na twarzy.
I wskazał na mały stolik pomocniczy, zawalony sztućcami, szklankami i talerzami, tuż przy wejściu do kuchni, skąd wydobywał się ten zapach, który cię syci, zanim jeszcze zacząłeś jeść.
– Doskonale – powiedział komisarz.
Siedział jakby na pokucie, widział przed sobą właściwie tylko ścianę; chcąc popatrzeć na salę, musiałby odwrócić się na krześle i wykręcić szyję. Ale po kiego licha miałby patrzeć na salę?
– Jeśli pan czuje się na siłach, polecam piekące muszelki – odezwał się wąsacz.
Wiedział, co to muszelki – pewien rodzaj makaronu – ale dlaczego miałyby piec? Nie chciał jednak dać tamtemu satysfakcji wypytując, jak się te muszelki przyrządza. Ograniczył się do jednego pytania:
– Co znaczy – jeśli czuję się na siłach?
– Dokładnie to, co znaczy: jeśli czuje się pan na siłach – brzmiała odpowiedź.
– Tak, czuję się na siłach, proszę się nie martwić.
Tamten wzruszył ramionami i zniknął w drzwiach kuchni. Wkrótce wrócił i zaczął przypatrywać się komisarzowi. Siedząca w głębi para poprosiła o rachunek. Wąsacz podliczył, goście zapłacili i wyszli bez pożegnania.
„Widocznie pozdrowienia nie są tutaj w modzie" – pomyślał Montalbano i przypomniał sobie, że on także, wchodząc, nikogo nie pozdrowił.
Wąsacz wrócił z kuchni i zajął identyczną pozycję jak poprzednio.
– Za pięć minut danie gotowe – powiedział. – Chce pan, żebym włączył telewizor, zanim je panu przyniosę?
– Nie.
Z kuchni dobiegł wreszcie kobiecy głos:
– Giugiu!
Wąsacz przyniósł muszelki pachnące ziemskim rajem.
Potem oparł się o futrynę drzwi jakby w oczekiwaniu na widowisko.
Montalbano postanowił wypełnić sobie płuca rajskim zapachem. Wdychając go łakomie, usłyszał słowa wąsacza:
– Chce pan mieć pod ręką trochę wina, zanim zacznie pan jeść?
Komisarz przytaknął ruchem głowy, nie miał ochoty się odzywać. Na stoliku znalazł się litrowy dzban gęstego czerwonego wina. Montalbano napełnił sobie szklankę i włożył do ust widelec z muszelkami. Zakrztusił się, zakaszlał, łzy stanęły mu w oczach. Odniósł wyraźne wrażenie, że jego kubki smakowe stanęły w ogniu. Wychylił jednym haustem szklankę wina, które ze swej strony odznaczało się wysoką zawartością alkoholu
– Proszę pić powoli, bardzo powoli – poradził mu kelner-właściciel.
– Co w tym daniu jest? – spytał Montalbano, jeszcze na wpół oszołomiony.
– Oliwa, pół cebuli, dwa ząbki czosnku, dwie solone sardele, łyżka kaparów, czarne oliwki, pomidor, bazylia, pół pikantnej papryczki, sól, owczy ser i czarny pieprz – wyliczył wąsacz z nutą sadyzmu w głosie.
– Dobry Boże! – powiedział Montalbano. – A kto gotuje?
– Moja żona – odparł wąsacz, wychodząc naprzeciw trzem nowym klientom. Przeplatając konsumpcję muszelek łykami wina oraz jękami krańcowej udręki i niewymownej rozkoszy („Czy istnieje ekstremalne danie, tak jak ekstremalny seks?" – spytał sam siebie w pewnej chwili), Montalbano opróżnił talerz i odważył się nawet spożyć pozostały na dnie sos, w którym maczał kawałki chleba. Od czasu do czasu wycierał zroszone potem czoło.
– Co szanowny pan zechce na drugie?
Komisarz pojął, że zwracając się do niego per „szanowny pan", właściciel wyraża mu swoje uznanie.
– Nic.
– I ma pan rację. Z piekącymi muszelkami jest ten kłopot, że człowiek odzyskuje smak dopiero następnego dnia.
Montalbano spojrzał na rachunek, zapłacił śmiesznie mało, wstał i skierował się do wyjścia bez słowa pożegnania, zgodnie z obowiązującym zwyczajem. Tuż obok drzwi ujrzał wielkie zdjęcie, a pod nim napis:
NAGRODA MILION LIRÓW TEMU, OD KOGO DOWIEM SIĘ O TYM CZŁOWIEKU
– Kto to taki? – spytał wąsacza.
– Nie wie pan? To ten przeklęty sukinsyn księgowy Gargano, który…
– Dlaczego chce pan o nim informacji?
– Żeby go złapać i zarżnąć.
– Co panu zrobił?
– Mnie nic. Ale mojej żonie capnął trzydzieści milionów.
– Proszę powiedzieć żonie, że będzie pomszczona – obiecał uroczyście komisarz, przykładając rękę do piersi.
I zrozumiał, że jest całkiem pijany.
Księżyc świecił mocno, że aż strach; było jasno zupełnie jak za dnia. Montalbano prowadził wesolutko, zdając sobie z tego sprawę: na zakrętach ocierał się o krawężniki, z dziesięciu kilometrów na godzinę przechodził do stu. W połowie drogi między Montelusą a Vigatą dojrzał z daleka tablicę reklamową; kryła się za nią ścieżka wiodąca do rozwalonej chaty, obok której rosło wielkie saraceńskie drzewo oliwne. Ponieważ na ostatnich trzech kilometrach z trudem udało mu się uniknąć czołowego zderzenia z dwoma jadącymi w przeciwnym kierunku samochodami, postanowił wytrzeźwieć wśród gałęzi drzewa, którego nie oglądał od prawie roku.
Читать дальше