– Mieliście radzić, to radźcie, słucham! – zawołała niecierpliwie. – Zakrzewski, chodź no pan! Jakie pan ma włosy! ha! ha! – Śmiała się, bijąc piętami w kosz.
Zakrzewski przejrzał się w lusterku i zaczął śpiesznie przygładzać włosy.
– Chodź pan do mnie. Dawaj pan grzebień, prędko!
Zakrzewski usiadł obok niej, a ona, że było jej za wysoko, uklękła na koszu i zaczęła mu czesać włosy, obracając głowę na wszystkie strony.
– Raz… dwa… dobre dzieci… śliczne dzieci… – szepnęła Korczewska pobłażliwie.
– Scena z wodewilu 12 12 wodewil – komediowe lub farsowe widowisko sceniczne, przeplatane piosenkami i wstawkami baletowymi. [przypis edytorski]
! Lili dobrze robi naiwną!
– Pilnuj pani lepiej swojego Jańcia, a nie moich ról – odpowiedziała spokojnie dziewczyna, czesząc dalej.
– Pani się do mnie nie wtrącaj, ja jestem aktorka na stanowisku. Jańciu, przecież jesteś mężczyzną, i pozwalasz krowientom ubliżać swojej siostrze!
– Jańciu! obrońże od apopleksji 13 13 apopleksja – wylew krwi do mózgu. [przypis edytorski]
żonę swojego brata! – zawołała ze śmiechem Lili, widząc pąsową z irytacji twarz Gałkowskiej, która nic się już nie odezwała, tylko gryzła z wściekłości dżet 14 14 dżet – błyszczący czarny kamień ozdobny, czarny paciorek. [przypis edytorski]
, jakim był ubrany 15 15 dżet, jakim był ubrany przód okrywki – dziś raczej: jakim był przystrojony, ozdobiony. [przypis edytorski]
przód okrywki 16 16 okrywka (daw.) – wierzchnie okrycie kobiece. [przypis edytorski]
, a Jańcio okrył się takim kłębem dymu, że zniknął w nim cały. – Panie Leonie, kogo my w tej chwili przypominamy?
– Samsona i Dalilę 17 17 Samson i Dalila (bibl.) – Samson, legendarny bohater wojen Izraelitów z Filistynami, był obdarzony przez Boga nadludzką siłą, działającą dopóki nie strzygł włosów; utracił ją, gdy jego kochanka, Dalila, nakłoniła go do wyjawienia sekretu i podstępnie ścięła mu włosy, gdy spał. [przypis edytorski]
!
– Czy to ze sztuki jakiej? Musi mi pan w domu opowiedzieć, dobrze? – zapytała słodkim, przeciągłym głosem, dotknęła paluszkiem jego ucha i zajrzała mu tak blisko w oczy, że cofnął się zmieszany i zaczął gwałtownie pokręcać wąsiki.
– Dobrze, opowiem pani! – odpowiedział cicho i starał się uchwycić ją za rękę, ale się szybko wysunęła i pobiegła do psa śpiącego na krzesełku, którego poczęła pociągać za uszy i drażnić.
Cisza się zrobiła; Korczewska nieustannie liczyła oczka szydełka, Gałkowska siedziała przy oknie i z jakąś trwogą patrzyła w zaśnieżony świat; wiatr wył za oknami i co chwila rzucał tumany śniegu w szybki brzęczące, targał za drzwi i gwizdał w kominie, aż się wydymała niby żagiel czerwona firanka, jaką był przysłonięty, a pies, drażniony przez Lili, warczał cicho, aż w końcu znudzony zeskoczył na podłogę, przeciągnął się i drapał do drzwi ze skowytem.
– Cicho, Murzyn! Pan przyjdzie, to Murzynowi da jeść, cicho, piesku – szeptała Korczewska, głaszcząc pieszczotliwie psa, który ułożył się na jej spódnicy i zasnął.
– Dzień dobry, komedianty! To czas, niech go drzwi ścisną! – zawołał niski, chudy aktor, mocując się przez chwilę z drzwiami, których mu wiatr nie pozwolił zamknąć.
Zaczął tupać nogami i otrzepywać się ze śniegu.
– Psi się dzisiaj weselą! Na zakręcie myślałem, że mnie wiatr weźmie, bo mój ibercjerek 18 18 ibercjerek (z niem. Überzieher ) – lekkie palto. [przypis edytorski]
tak się wydął, że chwilę jeszcze, a wasz Kos byłby sobie pofrunął szukać angażman 19 19 angażman (z fr. engagement ) – angaż. [przypis edytorski]
w obłokach. A zimno!
Zabijał ręce o ramiona po chłopsku i ostrożnie tupał nogami, bo jego cienkie lakierki, pełne łatek i szwów, zaczernionych atramentem, nie pozwalały na energiczniejsze ruchy.
– Dyrektor zaraz przyjdzie! Pani Gałkowskiej sługa i podnóżek! Naszej kochanej, pakownej mamie Korczewskiej – całuję rączki; pięknej Lili – buziaka, a szanownemu dziedzicowi dobrodziejowi, z dubeltówki! – I co gadał, wykonywał natychmiast z bardzo poważną miną i z nieruchomą, sinawą, podobną do maski twarzą starego aktora prowincjonalnego, a potem przywarł mocno plecami do pieca i zaczął gwizdać.
– Kos dzisiaj gwiżdże już od rana, musiał zrobić dobry interes.
– Lili jest bachor, cicho! Zrobiłem interes, bo zrobiłem molom kawał. Uważcie! Zaglądam do kufrów… a tam po moich sobolach te szelmy spacerują sobie najbezczelniej, jakby to była garderoba co najmniej naszego kochanego dziedzica dobrodzieja! Czekajże, hołoto! Watówkę 20 20 watówka (pot.) – kurtka watowana. [przypis edytorski]
przybiłem za trzy papierki, a swój ibercjerek letni na grzbiet, no i jestem… – Zaczął się śmiać bez przyczyny i rozcierał z zapałem sine od mrozu uszy.
– Szalkowscy przyjdą? – zapytał Jańcio, ziewając przeciągle.
– O, masz ich, idą już i kłócą się jak zwykle! – zawołał, patrząc w okno, obok którego mignęli jacyś ludzie głośno rozmawiający.
– Prędzej! prędzej! I zamykajcie te drzwi piekielne! – zakrzyczał Kos, wpuścił Szalkowskich, drzwi zatrzasnął i próbował je nawet zamknąć na klucz.
– Czy przez to ma być cieplej? – zaśmiała się Lili.
Kos puścił drzwi i znowu przywarł do pieca, a przypatrywał się Szalkowskiej, która sztywno i ozięble witała się ze wszystkimi, pomijając tylko ostentacyjnie Gałkowską, umyślnie odwróconą do okna.
– Bardzo zimno! – odezwała się Szalkowska, odwiązując woalkę.
– Tak, chciałem właśnie powiedzieć, że jest bardzo zimno – szepnął śpiesznie Szalkowski, zacierając ręce i odbierając od żony woalkę, boa z szarych, brudnych piór i ceratowy, płaski kapelusz; ułożył to wszystko bardzo starannie na łóżku.
– Czy to jest najświeższa wiadomość z ulicy? – szepnął ironicznie Kos.
Szalkowska odwróciła się od niego pogardliwie i w małym lusterku zaczęła wycierać twarz, poprawiać włosy i delikatnie obmacywała mocno wypukłe, silnie ukarminowane usta.
– Todziu! Pudru zapomniałam! – odezwała się do męża.
– Rzeczywiście, zapomniałem ci go włożyć do kieszeni, ale zaraz przyniosę, za chwilę – i w wielkim pośpiechu wybiegł, już na ulicy kładąc palto i czapkę.
Tymczasem Szalkowska bez ceremonii upudrowała twarz pudrem Korczewskiej i siadła przy Lili, która z jakimś dziecinnym podziwem przypatrywała się jej wspaniałej, doskonale rozwiniętej postaci i pięknej, chociaż już mocno podniszczonej twarzy.
– Todzio wraca! Dobrze panią obsługuje – mruknął Kos.
Szalkowska roześmiała się sucho, głos miała nieprzyjemny, trochę gardłowy i jakby przepity.
– Mam puder, przepraszam cię! – wołał mąż, z trudem łapiąc powietrze, tak się zdyszał, choć mieszkali tylko o dwa domy.
Pocałował żonę w rękę, odciągnął Zakrzewskiego do drzwi i coś mu tam gorączkowo opowiadał, pilnując równocześnie oczami, czy żona czego nie potrzebuje.
– Właściwie na co czekamy? Pić mi się chce, Todziu, przynieś mi wody sodowej.
– Zaraz, Hela, za chwilę będzie! – i znowu wybiegł pośpiesznie.
– Przyjdzie mój mąż, to postanowimy co o spektaklu. Raz… dwa… trzy…
– Ale ja nie mam czasu, mnie się spać chce! – Przeciągnęła się leniwie, ziewnęła parę razy, oparła głowę o ścianę i przymglonym a natarczywym wzrokiem wpatrzyła się w Zakrzewskiego, który pisał coś ołówkiem na mankiecie i podsuwał go pod oczy Lili, tak zajętej odczytywaniem, że nie widziała prawie wejścia Korczewskiego z drugim jakimś aktorem.
Читать дальше