Ryszard KAPUSCINSKI - Szachinszach
Здесь есть возможность читать онлайн «Ryszard KAPUSCINSKI - Szachinszach» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Год выпуска: 2011, Жанр: Старинная литература, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:Szachinszach
- Автор:
- Жанр:
- Год:2011
- ISBN:нет данных
- Рейтинг книги:4 / 5. Голосов: 1
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 80
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Szachinszach: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Szachinszach»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
Szachinszach — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Szachinszach», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
Po tej manifestacji szach poczuł się lepiej. Zdawało się, że zaczyna stawać na nogach. Dotąd grał kartami poznaczonymi krwią. Teraz postanowił zagrać kartami, które są czyste. Żeby zyskać sympatię ludu, usunął kilku oficerów, którzy dowodzili oddziałami strzelającymi do mieszkańców Tebrizu. Wśród generałów rozległ się pomruk niezadowolenia. Żeby uspokoić generałów, rozkazał strzelać do mieszkańców Isfahanu. Lud odpowiedział wybuchem gniewu i nienawiści. Chciał uspokoić lud, więc usunął szefa Savaku. Savak ogarnęło przerażenie. Żeby udobruchać Savak, pozwolił im aresztować, kogo chcą. I tak zakolami, zakosami, klucząc i zygzakując, krok po kroku zbliżał się do przepaści.
Zarzucają szachowi, że nie okazał zdecydowania. Polityk, mówią, powinien być zdecydowany. Ale zdecydowany na co? Szach był zdecydowany, żeby utrzymać się na tronie, i aby to osiągnąć, próbował wszystkich możliwości. Próbował strzelać i próbował demokratyzować, to zamykał, to wypuszczał na wolność, jednych usuwał, innych awansował, raz groził, innym razem chwalił. Wszystko na próżno. Po prostu ludzie nie chcieli więcej szacha, nie chcieli takiej władzy.
Szacha zgubiła jego próżność. Uważał się za ojca narodu, tymczasem naród wystąpił przeciw niemu. Szach bardzo to przeżywał, czuł się dotknięty. Chciał za wszelką cenę (niestety, również za cenę krwi) przywrócić dawny, latami hołubiony obraz szczęśliwego ludu, który bije pokłony wdzięczności swojemu dobroczyńcy. Ale zapomniał, że żyjemy w czasach, kiedy narody domagają się praw, a nie łaski.
Być może zgubiło go również to, że traktował sam siebie zbyt dosłownie, zbyt serio. Na pewno wierzył, że lud go wielbi, że uważa za swoją najwyższą i najlepszą cząstkę. Nagle zobaczył lud zbuntowany. Było to dla niego zaskakujące i niepojęte. Nie wytrzymał tego nerwowo, uważał, że musi natychmiast reagować. Stąd jego decyzje tak gwałtowne, histeryczne, szalone. Zabrakło mu pewnej dozy cynizmu. Mógłby wówczas powiedzieć: manifestują? Trudno, niech manifestują! Ile tak mogą manifestować? Pół roku? Rok? Myślę, że wytrzymam. W każdym razie nie ruszę się z pałacu. I ludzie, rozczarowani i zgorzkniali, chcąc nie chcąc, wróciliby w końcu do domu, ponieważ trudno oczekiwać, aby ktoś zgodził się spędzić całe życie w pochodach manifestacyjnych. Nie umiał czekać. A w polityce trzeba umieć czekać.
Także zgubiło go to, że nie znał własnego kraju. Całe życie spędził w pałacu. Jeżeli opuszczał pałac, to z takim uczuciem, z jakim z ciepłej izby wystawiamy głowę na mróz. Wyjrzeć na moment i szybko z powrotem! Tymczasem życiem wszystkich pałaców rządzą te same deformujące i niszczące prawa. Tak było od niepamiętnych czasów, tak jest i będzie. Można zbudować dziesięć nowych pałaców, ale natychmiast zaczną panować w nich identyczne prawa, jakie istniały w pałacach wzniesionych pięć tysięcy lat temu. Jedynym wyjściem jest traktować pałac jako miejsce pobytu czasowego, tak jak traktujemy tramwaj albo autobus. Wsiadamy na przystanku, jakiś czas jedziemy, ale potem jednak wysiadamy.
I bardzo dobrze jest pamiętać, aby wysiąść na właściwym przystanku, aby go nie przejechać.
Najtrudniejsze: żyjąc w pałacu wyobrazić sobie Inne życie. Na przykład — własne życie, ale bez pałacu, poza nim. Człowiek będzie miał zawsze trudności w przedstawieniu sobie takiej sytuacji. W końcu jednak znajdą się tacy, którzy zechcą mu w tym pomóc. Niestety, czasem przy tej okazji ginie wiele ludzi. Problem honoru w polityce. De Gaulle — człowiek honoru. Przegrał referendum, uporządkował biurko, opuścił pałac i nigdy do niego nie wrócił. Chciał rządzić pod warunkiem, że zaakceptuje go większość. W momencie, kiedy większość odmówiła mu uznania — odszedł. Ale ilu jest takich? Inni będą płakać, a nie ruszą się, zmęczą naród, a nie drgną. Wyrzuceni przez jedne drzwi, wrócą drugimi, zrzuceni ze schodów, zaczną wczołgiwać się ponownie. Będą tłumaczyć się, płaszczyć, kłamać i kokietować — byle zostać, albo — byle wrócić. Będą pokazywać ręce — proszę, nie ma na nich krwi. Ale sam fakt, że trzeba te ręce pokazać, okrywa najwyższą hańbą. Będą pokazywać kieszenie — proszę, mało tam czego. Ale sam fakt pokazywania kieszeni — jakże upokarzający. Szach, kiedy opuszczał pałac — płakał. Na lotnisku — znowu płakał. Potem tłumaczył w wywiadach, ile ma pieniędzy i że ma mniej, niż myślą. Jakie to wszystko żałosne, jakie marne.
Całymi dniami włóczyłem się po Teheranie. Właściwie bez sensu, bez celu. Uciekałem przed pustką mojego pokoju, która mnie męczyła, a także przed natrętną, napastliwą czarownicą — moją sprzątaczką. Ciągle domagała się pieniędzy. Brała moje czyste, wyprasowane koszule, które dostawałem z pralni, wrzucała do wody, mięła, wieszała na sznurku i żądała pieniędzy. Za co? Ze zniszczyła mi koszule? Spod czadoru nadal wystawała jej wyciągnięta, chuda ręka. Wiedziałem, że nie ma pieniędzy. Aleja też nie miałem. Tego nie mogła zrozumieć. Człowiek, który przyjechał z dalekiego świata, musi być bogaty. Właścicielka hotelu rozkładała ręce: nie mogę nic poradzić. Skutki rewolucji, mój panie, ta kobieta ma teraz władzę! Właścicielka traktowała mnie jako swojego naturalnego sojusznika, jako kontrrewolucjonistę. Uważała, że mam poglądy liberalne, liberałowie zaś, jako ludzie środka, byli najbardziej zwalczani. Wybieraj między Bogiem a Szatanem! Oficjalna propaganda domagała się od każdego wyraźnej deklaracji, zaczynał się bowiem okres czystek i tego, co nazywali patrzeniem każdemu na ręce.
Na tych wędrówkach po mieście minął mi grudzień. Nadszedł Sylwester 1979. Zadzwonił kolega, że urządzają wspólny wieczór, prawdziwą, choć dyskretnie zamaskowaną zabawę i żebym do nich przyszedł. Ale odmówiłem, powiedziałem, że mam inne plany. Jakie plany? zdumiał się, bo rzeczywiście — co można było robić w Teheranie w taki wieczór? Plany dziwne, odparłem, i było to najbliższe prawdy. Postanowiłem, że w noc sylwestrową pójdę pod ambasadę amerykańską. Zobaczę, jak o tej porze będzie wyglądać miejsce, o którym w tym czasie mówił cały świat. I tak zrobiłem. Wyszedłem z hotelu o jedenastej, a nie miałem daleko — może dwa kilometry drogi, wygodnej, bo w dół miasta. Było przejmujące zimno, wiał suchy, mroźny wiatr, widocznie w górach szalała zamieć. Szedłem pustymi ulicami, ani przechodniów, ani żadnych patroli, tylko na placu Valiahd siedział przy straganie sprzedawca orzeszków tak zakutany w ciepłe szale jak nasze sprzedawczynie jesienią na Polnej. Wziąłem od niego torebkę orzeszków i dałem mu garść rialsów, dużo, bo był to mój prezent gwiazdkowy. Nie zrozumiał. Odliczył należność, a resztę zwrócił mi z poważną, godną miną. W ten sposób mój gest, który miał pomóc w jakimś chwilowym bodaj zbliżeniu z jedynym człowiekiem napotkanym w wymarłym i lodowatym mieście, został odtrącony. Poszedłem więc dalej oglądając coraz bardziej marniejące wystawy sklepów, skręciłem w Takhte-Jamshid, minąłem spalone kino, spalony bank, pusty hotel i ciemne biura linii lotniczych. W końcu dotarłem do ambasady. W dzień miejsce to przypomina wielki jarmark, ruchliwe koczowisko, jakiś gwarny, polityczny lunapark, gdzie można się wyszumieć i wykrzyczeć. Można tu przyjść, nawyzywać możnych tego świata i nic się człowiekowi nie stanie. Toteż nie brak chętnych, kłębią się tutaj wielkie tłumy. Ale teraz, a zbliżała się północ, nie było nikogo. Chodziłem jak po rozległej, wymarłej scenie, którą dawno opuścił ostatni aktor. Pozostały tylko niedbale rozstawione dekoracje i jakiś niesamowity nastrój porzuconego przez ludzi miejsca. Wiatr poruszał strzępami transparentów i łomotał o wielkie malowidło, na którym stado szatanów grzało się przy ogniu piekielnym. Gdzieś dalej Carter w gwiaździstym cylindrze potrząsał workiem złota, a obok, niego natchniony imam Ali przygotowywał się do męczeńskiej śmierci. Na platformie, z której egzaltowani mówcy zagrzewali tłumy do gniewu i oburzenia, stał mikrofon i baterie głośników. Widok tych niemych głośników jeszcze bardziej pogłębiał wrażenie pustki i martwoty. Podszedłem do głównej bramy. Jak zawsze była zamknięta na łańcuch i kłódkę, bo zamka, który wyłamali szturmujący ambasadę, nikt później nie naprawił. Przed bramą, oparci o ceglany, wysoki mur, stali skuleni z zimna dwaj młodzi wartownicy z automatami na ramieniu — studenci linii imama. Miałem wrażenie, że drzemią. W głębi, między drzewami, stał oświetlony budynek, w którym przebywali zakładnicy. Ale mimo że wpatrywałem się w okna, nikt się w nich nie pojawił, żadna postać ani żaden cień. Spojrzałem na zegarek. Była północ, w każdym razie północ w Teheranie, zaczynał się Nowy Rok, gdzieś na świecie biły zegary i szumiał szampan, panowała radość i uniesienie, w rozjarzonych, kolorowych salach trwał wielki bal. Działo się to jakby na innej planecie, z której nie dochodziły tu nawet nikłe odgłosy, nie docierał ani promień światła. Stojąc teraz i marznąc zacząłem się nagle zastanawiać, dlaczego ją opuściłem i przyszedłem tutaj, w to najbardziej opustoszałe i przygnębiające miejsce. Nie wiem. Po prostu dziś wieczorem pomyślałem, że w tym miejscu powinienem być. Nikogo tu nie znałem — ani tych pięćdziesięciu Amerykanów, ani tych dwóch Irańczyków, nawet nie mogłem się z nimi porozumieć. Może myślałem, że coś się tu stanie? Ale nie zdarzyło się nic.
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «Szachinszach»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Szachinszach» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «Szachinszach» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.