– Głupie są te dzieciaki – powiedział Jon do ojca dorosłym tonem, gdy wrócił kiedyś z Puszczy, gdzie razem z Gają próbowali bezskutecznie uciec przed upartym pościgiem dzieciarni, której przywódcą był jego młodszy brat.
– Dzieci wiedzą, co robią – odparł ojciec i wtedy Jon przypomniał sobie, że wówczas, gdy on był w podobnym wieku i wraz z rówieśnikami gonił po lesie inne pary narzeczonych, do zabawy w te szczególne łowy zachęcała ich plemienna starszyzna. W ten sposób Jon odkrył, że w imieniu Plemienia strzeże się narzeczonych, by nie przekraczali nakazanych granic przed ceremonią zaślubin.
Trzeci zakręt przyśnił się Jonowi po dniu, gdy znalazł się niebezpiecznie blisko tej granicy i wrócił do domu pobudzony i szczęśliwy. To “niebezpieczeństwo” okazało się być szokująco przyjemne. Zmęczony i podniecony odkrywaniem coraz to nowych tajemnic własnej i drugiej płci, zasnął, ledwie przyłożywszy głowę do miękkiego futra zaścielającego łoże. Wtedy – zamiast Gai, którą prawie stale widywał w sennych marzeniach – ujrzał potężny czarny cień rzucony na Kamienną Drogę. Wystraszył się, lecz sen prowadził go dalej: stał oto na mozaice z wielkich głazów i bał się postąpić choćby o krok naprzód. Nie chciał też podnieść głowy, aby zobaczyć, co rzuca aż tak długi, czarny i tak złowieszczy cień.
Obudził się w środku nocy, spocony, lecz pełen ulgi, że nie musiał – choćby we śnie – wejść w granice cienia. Mimo wczesnego wiosennego chłodu uchylił okna z drewnianą okiennicą. Do jego komnatki wpadło rześkie, mocne powietrze – i przyniosło jakiś dziwny głos. Dziwny, bezdźwięczny. Lecz doskonale słyszalny. I już znany.
– GRDHGBHZW…
To był głos starego Boga, który znowu wypowiadał swe niepojęte dźwięki. Widocznie tracił cierpliwość i wzywał swego wybrańca z drugiego brzegu, przypominając o obietnicy.
– Dobrze – szepnął Jon, a jego ciepły oddech wionął mgiełką pary w chłodną noc. – Przyjdę, przyrzekam, ale już nie mów. Nie strasz Plemienia…
Bezimienny zamilkł, choć poza chłopcem i szamanem nikt z Plemienia i tak nie usłyszał Jego głosu.
Tego dnia Jon skoro świt wyruszył na drugi brzeg. Miał nadzieję, że zdąży, nim zbudzi się Gaja. Nie chciał, by się niepokoiła ani, tym bardziej, by próbowała pokonać pętające ją Tabu. Ale gdy już stał na drugim brzegu i bezwiednie obejrzał się w stronę Wioski – zobaczył nieruchomą sylwetkę starego czarownika, a obok niego nerwowo poruszającą się narzeczoną. Dziewczyna udawała, że chlapie się w Rzece, podskakiwała to na jednej, to na drugiej nodze, udając, że boi się lodowatego dotyku wody. Tak naprawdę patrzyła za Jonem długim, poważnym spojrzeniem. Jonowi wydało się, że je poczuł na swojej skórze.
Gaja nie wołała za nim, nie próbowała go wstrzymywać. Gdy opowiedział jej, dlaczego Plemię nazywa go Jonem w Drodze, zrozumiała, że narzeczony musi kiedyś pokonać trzeci zakręt. Wzrok dziewczyny, mimo znacznej odległości, zdawał się pytać Jona, czy dopełnił przyrzeczenia danego Isakowi: czy był wcześniej w świątyni po błogosławieństwo. Jon bezwiednie kiwnął głową, a po namyśle dodatkowo złożył dwa palce na krzyż, żeby uspokoić narzeczoną.
…tak, jeszcze tej samej nocy, gdy Bezimienny wreszcie umilkł, Jon ocknął się ze snu i poszedł do świątyni. Ku swemu zdumieniu stwierdził, że nie musi budzić Isaka. Stary kapłan był tu i modlił się. Na widok Jona przymknął oczy i kiwnął głową. Nie był zdziwiony jego wizytą o tej porze. Sprawiał wrażenie, jakby się jej spodziewał.
– Już czas – szepnął Jon, przyklękając obok niego.
– Wiem. Coś mnie obudziło. Wydawało mi się, że słyszę jakiś dźwięk… Pewnie złudzenie lub zły sen.
– To nie był sen. On mnie wołał. Nie sądziłem jednak, że Jego głos słyszy ktokolwiek poza szamanem i mną – zdziwił się chłopiec.
– Nie wiedziałem, że to Jego głos. Widocznie słyszą Go jeszcze ci, których, tak jak mnie, rozdzierają wątpliwości, czy wolno tak brutalnie odbierać ludziom ich starą wiarę? Przecież zabiera się im najgłębszy sens życia. Może powinniśmy czynić to inaczej? Całkiem inaczej? Ale jak? – zamyślił się stary kapłan.
– Nie wiem, o czym mówisz – rzekł Jon, głowiąc się nad smutkami starca.
– Nawracanie to bolesny trud, Jonie, a każdy z nas, bożych sług, ma inną receptę na jego skuteczność – dodał niezrozumiale kapłan. – A teraz poproś Boga Dobroci, żeby cię nie opuścił, gdziekolwiek pójdziesz – wyszeptał Isak i znów powrócił do modlitwy.
Jon ukląkł koło starca i zwrócił się do Boga Dobroci. Przywykł mówić do Niego własnymi słowami, nie używać formułek, których młodszy kapłan uczył wybrane wioskowe dzieci, tak że recytowały je na pamięć. Jon wierzył, że Bóg woli, gdy rozmawia się z Nim własnymi słowami, nawet gdy są mniej piękne i gładkie niż gotowe formuły.
Gdy skończył, wstał. Powstał też Isak. Zwrócił się do chłopca i zawiesił mu na szyi mały skórzany woreczek, który sam dotąd nosił, jakby nigdy się z nim nie rozstawał.
– Nie zobaczysz, co jest w środku, bo to za małe – uśmiechnął się łagodnie. – To ziarnko piasku z Pustyni, po której chodził niegdyś Syn Boga Dobroci. Może zdążył dotknąć go bosą stopą, a może nie? Lecz ziarnko piasku i tak wyczuło Jego obecność. Nie rozstawaj się z tym woreczkiem, czuję, że będzie ci potrzebny. Będzie cię chronić i podpowie ci właściwe rozwiązanie. Czuję bowiem, że od tej pory ty, tak młody i niedojrzały, będziesz musiał decydować o sprawach przekraczających po wielokroć twój rozum i wymiar losów twojego Plemienia.
…Jon odruchowo poprawił teraz cienki, lecz mocny rzemień, na którym zawieszony był woreczek i wszedł w mroczną Puszczę po drugiej stronie Rzeki. Już nie oglądał się za Gają i szamanem. A zresztą wołała go Kamienna Droga: nie musiał jej szukać wśród gęstwiny krzewów i drzew, od razu znalazł pierwsze gładkie głazy.
Słońce dopiero wschodziło, ale stąd nie było widoczne. W Puszczy widziało się słońce wówczas, gdy stało w zenicie i prześwitywało wśród gałęzi. Na Kamiennej Drodze szarzał świt. Jon nie lubił tej pory dnia. Droga wydawała się bardziej ponura niż zwykle. Szedł nią szybko i bez wahania dlatego, iż zew był silniejszy niż zawsze.
Pokonał pierwszy i drugi zakręt, odcinki, które już znał – zbliżał się do trzeciego. Tego, który widział we śnie. Oderwał wzrok od kamiennej układanki pod swymi stopami i spojrzał w dal: za trzecim zakrętem prześwit między wielkimi drzewami ciągnął się prosto, daleko. Słońce stało dokładnie tam, gdzie skraj Kamiennej Drogi stykał się z niebem. Dlatego cień, który rzucało TO, ku czemu szedł, był aż tak długi, tak głęboki. Osłonił oczy dłonią przed jaskrawymi promieniami i patrzył. Wolał wiedzieć, co rzuca aż tak czarne i tak długie skrzydło cienia…
Na końcu Kamiennej Drogi wznosił się ogromny obelisk. Jon nie wiedział, jak TO nazwać. Ale mimo odległości, która go wciąż dzieliła od celu, wiedział, co to jest: gigantyczny, kamienny jak ta Droga, posąg starego Boga. Wizerunek Światowida. Jego wyobrażenie. A może On sam? Może nie istniał WSZĘDZIE, jak Bóg Dobroci, jedynie tu…? Tu, gdzie przed wiekami powołała go do życia wiara Plemion?
Jon szedł szybko, bez wahania, gdyż zew był coraz silniejszy. Odruchowo zacisnął dłoń na woreczku Isaka. Coraz dokładniej widział Tego, ku Któremu zdążał. W pierwszej chwili wydawało mu się, że Bezimienny wykuty jest w skale, która tkwiła tu od prawieków. Teraz, gdy zbliżył się o kilkadziesiąt kroków, już wiedział, że nie: posąg Boga tworzyło siedem potężnych, ociosanych starannie głazów, ułożonych jeden na drugim. Jaka siła zdolna była wznieść je tak wysoko i tak dokładnie złożyć w całość?
Читать дальше