Zbiegłem bocznymi schodami i wyszedłem z budynku, a raczej się zeń wymknąłem, obchodząc go pod murami i opuszczając teren przez dziurę w ogrodzeniu na tyłach naszego boiska, po czym okrężną drogą dotarłem do kiosku „Ruchu”.
Było gorąco, lecz rześko. Bezchmurne niebo, pełnia. Spojrzałem w górę, ku gwiazdom. Panna… Wodnik… i „Północ” na dyszlu Małego Wozu. „Stoją od wieków w miejscu, a jednak… uciekają”, odezwała się echem lektura Wysp fizyki, a jednocześnie się rozległ znajomy stuk obcasów.
Wychynąłem zza kiosku.
– No, jesteś – powiedziała. – A zaczynałam już myśleć, żeś mnie wystawił do wiatru.
– Ja panią? Co za pomysł!
– Nigdy nic nie wiadomo… co strzeli uczniowi do głowy.
Miała na sobie luźny, płócienny, biały żakiet, a na prawym ramieniu – przewieszoną torebkę, tę którą nosiła do szkoły, większą i pakowniejszą niż ta, z którą była w Zachęcie, w teatrze i w kinie Skarb. Poza tym – dopiero teraz zwróciłem na to uwagę – jej nogi nie były nagie (jak innych nauczycielek, nawet tych mocno starszych, i oczywiście dziewczyn), lecz spowijały je cienkie, przezroczyste pończochy.
Ruszając, spojrzałem mimowolnie w kierunku gmachu szkoły. W jednym z okien – tym samym, przez które i ja patrzyłem piętnaście minut wcześniej – widniała czyjaś sylwetka, z całą pewnością męska. W tym ułamku sekundy nie mogłem jednak stwierdzić, czy był to Rożek, czy Kugler, a na dłuższą lustrację nie miałem warunków i czasu.
– Zamierzasz więc… – zaczęła po kilkunastu krokach, któreśmy przeszli w milczeniu, jakby nawiązywała do przerwanego wątku, w rzeczywistości jednak nigdy nie podjętego – zamierzasz więc studiować filologię romańską.
– Skąd pani wie? – zapytałem.
– Jak to skąd? – odpaliła. – Czyż podania na studia wszystkich abiturientów nie idą przez moje ręce i nie są osobiście przeze mnie opiniowane lub choćby sygnowane?
– No, tak… – przyznałem. – Zamierzam. I co niby z tego wynika?
– Nic… Robisz słusznie… Zdasz… Dostaniesz się na pewno, o to jestem spokojna.
– A o co pani nie jest? – spytałem patrząc w ziemię, a okiem wewnętrznym widząc mój zeszyt z wypracowaniem tkwiący w kopercie z plastiku, w błyszczącym segregatorze, na biurku Zielonookiej.
Zaśmiała się pod nosem.
– Z tobą na jedną chwilę nie można przestać uważać. Łapiesz za każde słowo.
– Wcale nie łapię. Pytam.
– A potem… co chcesz robić? – wróciła do tematu chłodnym, zdawkowym tonem.
– Kiedy… potem? – spytałem, udając, że nie rozumiem.
– No, po skończeniu studiów.
Tym razem przed oczami pojawił mi się Jerzyk.
– „Jakie mam plany życiowe” – zacytowałem go.
– Można to i tak nazwać.
– Nie wie pani? – mruknąłem z lekkim odcieniem żalu. – Chcę pisać. Być pisarzem.
– A, słusznie! – przytaknęła, znowu się uśmiechając. – Panna!… Ma gęsie pióro.
– Dobrze pani pamięta.
– I z tego zamierzasz żyć? – spojrzała w moją stronę, unosząc nieco brwi.
– Wie pani – powiedziałem z akcentem wyniosłości – ja w ten sposób nie myślę… Tymi kategoriami. Ja po prostu chcę tego. A czy mi się to uda, a zwłaszcza przyniesie dochód, to już jest inna sprawa. O to na razie nie dbam.
– Maksymalista… – rzekła z ironicznym uznaniem. – Chce wszystko albo nic.
– Można i tak powiedzieć – przyjąłem tę uwagę i, po chwili wahania, zagrałem ofensywniej: – Moim imieniem właściwie… powinien być „Maksymilian”. Zabawne, nawet w dzieciństwie chciałem nazywać się Maks.
Nie drgnęła jej nawet powieka.
– Jak Robespierre – powiedziała z szyderczą aprobatą. – A także… Maksym Gorki.
– Nie dlatego – odrzekłem. – Może być pani pewna.
– Mam nadzieję – mruknęła. – I o czym to tak chcesz pisać?
– Ach, o przeróżnych rzeczach… Na przykład o podróży Joanny Schopenhauer z przyszłym Arturem w łonie: z Anglii, przez Niemcy, do Gdańska. Albo o Holderlinie, mym ulubionym poecie: o jego pieszej wędrówce z Bordeaux do domu, przez Alpy, gdzie zwidział mu się Dionizos… Albo o perypetiach markiza de Custine podczas jego wojaży po Rosji mikołajewskiej…
– No no, ambitne plany – stwierdziła z ożywieniem. – I chcesz to pisać po polsku?
– A niby po jakiemu?
– Byłoby jeszcze ambitniej zrobić to po francusku. Zresztą, zdawało mi się, że właśnie w tym języku robisz sobie notatki i gromadzisz wypisy – spojrzała na mnie z ukosa, uśmiechając się chytrze.
– Proszę mi szczerze powiedzieć – odpowiedziałem z uśmiechem – zrobiła pani wtedy tę kontrolę zeszytów, bo chciała pani sprawdzić, co ja tam wypisuję, nie uważając na lekcjach.
– Czemu nie miałabym wziąć tylko twojego zeszytu?
– Żeby mi nie pokazać, że to panią obchodzi.
– Sądzisz, że obchodziło?
– Takie miałem wrażenie.
– Wrażenie!… Prawo artysty. A wracając do rzeczy, to jak ma być z tym pisaniem: po polsku czy po francusku?
– Powiedziałem: po polsku.
– Myślałam, że ci się marzy kariera i sława światowa… – rzekła z zawodem w głosie.
– Co to ma z tym wspólnego?! Jeżeli to, co napiszę, będzie naprawdę dobre, wypłynie, prędzej czy później, również na szersze wody.
– Wypłynie lub nie wypłynie – powiedziała z przekąsem. – A jeśli… to później, niż prędzej. Później. Może za późno?
– Co pani chce przez to powiedzieć?
– Doprawdy, nic szczególnego. Tyle, że zanim twe dzieło „wypłynie na szersze wody”, jak to ładnie nazwałeś, musi się najpierw ukazać w języku oryginału, to znaczy, tu znaleźć wydawcę, i… zostać przetłumaczone. To jest dość długa droga.
– Co, a gdybym od razu napisał po francusku…
– Pamiętasz, co raz na lekcji – przerwała mi w pół zdania – powiedział twój przyjaciel?
– Rożek? – parsknąłem śmiechem. – On różne rzeczy mówił. Pamiętam głównie to, co raz napisał w pracy o Antku z noweli Prusa.
– I cóż to był za aforyzm?
– Osobliwa przestroga przed nazbyt ciężką pracą.
– Mnie chodzi o to, co rzekł wtedy, gdy się rozbrykał. Że jedynym pisarzem polskiego pochodzenia, który się wybił w świecie i wszędzie jest czytany, jest autor Lorda Jima, który nie pisał po polsku. Wiesz, ile on miał lat, kiedy wyjechał z kraju?
– Nie wiem dokładnie. Dziesięć?
– Tyle co ty… Rok mniej. I nie znał angielskiego.
– Czytała pani Zwycięstwo? - wykorzystałem okazję.
– Nie… „Victorie”? Non - uśmiechnęła się blado, jakby do własnych myśli.
– Szkoda. Niech pani przeczyta.
– Uczynię to niezwłocznie, gdy tylko… – nie dokończyła.
– Gdy tylko co? – podjąłem.
– Gdy tylko wrócę do domu – zrobiła „wielkie oczy” i uśmiechnęła się kpiarsko.
Zbliżaliśmy się do bloków, za którymi już zaraz leżało znajome osiedle. Znowu szliśmy w milczeniu.
„Co ona kombinuje?”, myślałem gorączkowo. „Do czego właściwie zmierza? Po co ten cały wywiad? Jeszcze nigdy w ten sposób nie rozmawiała ze mną! Mimo ironii – poważnie. – Co będzie? Co zaraz będzie? I – j a k ma do tego dojść?”
– O ile dobrze pamiętam – przerwała wreszcie ciszę – ty, w tym waszym spektaklu, za który was wyróżniono, mówiłeś fragment Końcówki. Zgadza się, czy coś mylę?
– Owszem, a skąd pani wie? – (Znowu zbiła mnie z tropu.) – O ile j a dobrze pamiętam, nie oglądała go pani.
Читать дальше