Rachuby te i nadzieje nie okazały się złudne. Jarek, choć wyrósł i zmężniał, w istocie niewiele się zmienił. Dalej był „równym chłopakiem”, pogodnym i rzeczowym, nie tkniętym jeszcze nijak przez macki i jad zepsucia. Przyjął mnie tak jak dawniej – jakby nie było przerwy w naszych letnich spotkaniach i jakby czas stał w miejscu. Znów byliśmy „kumplami”, „sztubakami”, „zuchami”, o czystych, niewinnych sercach i dziecinnych marzeniach. Chodziliśmy, jak przed laty, na tenisa, nad morze, na długie spacery po lesie; Jarek montował radio według własnego projektu z „najlepszych tranzystorów”, z którego później, wieczorem, słuchaliśmy stacji „zachodnich” i radia Luksemburg. Jeździliśmy też motorem – do stoczni i do portu, i z różnych miejsc na molo patrzyliśmy na statki – stojące, wpływające i te na horyzoncie.
Był to przyjemny czas. Beztroski i nostalgiczny. Niespodziewane, cudowne przedłużenie dzieciństwa. Wejście w krąg spraw i przeżyć, do których, jak sądziłem, nie było już powrotu.
Aż w którąś upalną niedzielę, gdy „jak za dawnych lat” snuliśmy się bez celu po starym Gdańsku-Wrzeszczu, stała się dziwna rzecz. Na ulicy Polanki Jarek zatrzymał się i wskazując na jakieś stare zabudowania, zeszpecone okropnie przez bure, tandetne baraki i mury z drutem kolczastym, powiedział kilka słów, których w najmniejszym stopniu nie spodziewałem się po nim:
– Patrz, to był kiedyś dom letni rodziny Schopenhauera… Wiesz, co się teraz tu mieści?… Półwięzienie: poprawczak. Niezły ma gust nasza władza…
Przytaknąłem milcząco, nie dając po sobie poznać, ani że mnie to obeszło, ani że w ogóle wiem coś na temat Schopenhauera. Cała ta sprawa jednak – niespodziewane ujrzenie legendarnej siedziby z jednoczesnym poznaniem jej obecnego stanu, a zwłaszcza przeznaczenia – zrobiła na mnie wrażenie i dziwnie mnie poruszyła.
Zacząłem tam powracać, już bez towarzystwa Jarka, i długo się przyglądałem – domostwu i otoczeniu. A potem poszedłem jeszcze na Stare Miasto w Gdańsku, by zobaczyć ów dom po południowej stronie ulicy Świętego Ducha, który widniał na zdjęciu w gdańskim wydaniu Wspomnień Joanny Schopenhauer. Nie ujrzałem go jednak. Nie istniał od końca wojny, jak później się dowiedziałem. W miejscu, gdzie stał, było pusto: zostały tylko schodki prowadzące donikąd.
I nawet nie wiem kiedy, prysnął nastrój i czar odzyskanego dzieciństwa. Przestało być nagle jasno, „zabawowo”, beztrosko. Spędzanie czasu z Jarkiem zaczęło mnie nużyć i męczyć. Jego sposób myślenia, zajęcia, poczucie humoru, dopiero co tak kojące mą obolałą duszę, wydały mi się naraz infantylne, harcerskie.
Lecz co właściwie było przyczyną tej odmiany? – Niespodziewane spotkanie z domem Schopenhauerów? – Dlaczego? Co te zniszczone pamiątki miały ze mną wspólnego? – Że bardzo okrężną drogą łączyły się z Madame? Że jakąś dziwną alchemią wskrzeszały pamięć o niej? – Owszem, ale ta sprawa była bardziej złożona; i w pełni ją zrozumiałem dopiero po pewnym czasie. Na razie tkwiłem we mgle i niosła mnie jakaś fala – myśli, emocji, nastroju.
Wróciłem do Warszawy w stanie dziwnego skupienia i pobudzenia umysłu. Kłębiło mi się w głowie od różnych pomysłów, obrazów, a zwłaszcza zdań i dialogów, które się układały w kawałki opowiadania. Leżąc na swoim łóżku, obłożony książkami na temat Schopenhauera (głównie o jego życiu), drążyłem w wyobraźni niektóre dane i fakty i rozwijałem je w sceny – w rozmowy i sytuacje. Wreszcie zacząłem pisać.
Pomysł był bardzo prosty, a nawet, rzekłbym, banalny.
Spośród dziesiątków zdarzeń, o których się naczytałem, wybrałem dwa przewodnie (mówiąc technicznie, „nośne”): śmierć ojca Schopenhauera, zapewne samobójstwo o niejasnych motywach; i gwałtowne zerwanie stosunków Artura z matką – w latach dziesiątych, w Weimarze.
Oba te wydarzenia były tragiczne, przykre – przesycone goryczą, głębokim zawodem, gniewem. Ojciec rozstawał się z życiem wielopiętrowo przegrany: bo wyjechał był z Gdańska po drugim rozbiorze Polski (gdy weszli tam Prusacy) i nie mógł tego przeboleć; bo jego stosunki z żoną nie układały się dobrze; bo, wreszcie, jego syn – mimo tylu wysiłków, które zostały włożone, aby uczynić z niego godnego sukcesora wielkiej firmy handlowej – nie spełniał tych nadziei, marząc o… filozofii. Z kolei matka, Joanna, kobieta w danej chwili ponad czterdziestoletnia, która pomimo ciosów i przeciwności losu, a także własnych błędów i niefrasobliwości, zdołała jednak zachować wysoką pozycję w świecie i jakoś, po śmierci męża, ułożyć sobie życie (znajdując przyjaciela w osobie pewnego radcy i literata zarazem oraz prowadząc salon, który odwiedzał sam Goethe), zaznawała ze strony swojego wunderkinda straszliwych upokorzeń, zarówno na płaszczyźnie grząskich spraw majątkowych, jak i – obyczajowych: odsądzał ją od czci z powodu „tego człowieka”, żądał zerwania z nim, a na koniec postawił bezwzględne ultimatum: „albo on, albo ja..
Otóż w akcję tych zdarzeń, odtwarzaną z przekazów, wplatałem retro-spekcje – w formie wspomnień i myśli dwojga protagonistów – których przedmiotem był czas owej pamiętnej podróży po Europie zachodniej: odkąd Joanna odkryła, iż jest w odmiennym stanie, aż po powrót do Gdańska, rozwiązanie i połóg.
Mrok i żółć chwil bieżących kontrastowałem ostro z jasnością i błękitem ewokowanej przeszłości.
Ojciec Schopenhauera, trawiony zgryzotami, mający dosyć wszystkiego, przekonany głęboko, że jego zejście ze świata przyniesie wszystkim ulgę, zarówno jego żonie, która się stała oziębła, jak również jego synowi, którego mierziło kupiectwo, hoduje w sobie myśl targnięcia się na życie. I stojąc raz przy żurawiu zbożowego spichlerza (z którego nazajutrz miał spaść w niejasnych okolicznościach), wpatruje się długo w wodę portowego kanału i wraca bezwiednie myślą do owej nocy w Dover, gdy stał na pokładzie okrętu – podobnie, dość wysoko w stosunku do nabrzeża – i przechylony przez reling obserwował z uwagą, jak sunie powoli w górę wiszący na powrozach fotel z jego małżonką w siódmym miesiącu ciąży. I przypomina sobie swój nastrój z owej chwili – mimo pewnego napięcia, pogodny i pełen nadziei.
„Oto najdroższy ładunek, jaki mi się zdarzyło kiedykolwiek przewozić”, wracają mu własne słowa, którymi z autoironią wyrażał swe uczucia. „Nie urodzi się w Anglii, tak jak tego bym pragnął – dobrze, urodzi się w Gdańsku. Zapewnię mu najlepsze warunki i wykształcenie. Od najwcześniejszych lat będzie jeździł po świecie, poznawał języki, zwyczaje. Musi być bardziej niż ja obywatelem świata. Dam mu na imię Artur…
Tymczasem znowu Joanna, podczas kolejnej rundy „rodzinnych pertraktacji”, gdy niewdzięczny potomek posuwa się do inwektyw i traktuje ją zgoła jak nikczemną Gertrudę, bezwstydną i wiarołomną, wybucha głośnym szlochem i wybiega z salonu, po czym łkając w sypialni wspomina ową noc, gdy na wertepach Westfalii złamała się oś powozu i niósł ją na rękach do domu astmatyczny osiłek stawiając co chwila na ziemi.
„O, czemuż się nie stało, żem wtedy nie poroniła!”, wykrzykuje z goryczą. A słysząc mitygujące ją słowa córki Adeli, dziewczyny zacnej, lecz brzydkiej: „Ależ co mama mówi!”, wraca pamięcią w tę wiosnę niebawem po powrocie, kiedy zostawszy matką, czuła się najszczęśliwszą w ciągu całego życia, a urodzony syn był dla niej najpiękniejszym, najcudowniejszym dzieckiem.
Krótko mówiąc, nowelka ukazywała złudność ludzkich nadziei i marzeń. Epatowała goryczą, głęboką niewiarą w to, że szczęście rodzi szczęście lub że je można utrzymać. „Melodia życia jest smutna”, zdawał się mówić narrator. „A jeśli nawet czasami przechodzi w tonację dur, to zawsze kończy się w moll. Na debiut udany, radosny zawsze należy patrzyć z perspektywy końcówki”.
Читать дальше