– Fakt – pokiwałem głową z niejakim roztargnieniem i znów się pochyliłem nad Wyspami fizyki.
– Uważaj, idzie do ciebie – znów usłyszałem głos Rożka, tym razem jakby ściszony.
Podniosłem wzrok i zamarłem. Tak, to była Madame. Zakołatało mi w głowie. „Nie, przecież takie rzeczy na ziemi się nie zdarzają…”, zdążył się jeszcze we mnie odezwać Tomasz Mann, ale nie miałem czasu, by podjąć z nim dyskusję, bo oto już stała przede mną i mówiła przekornie:
– Papużki-nierozłączki. – Rzucała kpiarskie spojrzenie to na mnie, to na Rożka. – A ten to tylko by czytał! – wskazała mnie ruchem głowy. – Trudno, nie ma tak łatwo! Porywam ci przyjaciela – powiedziała do Rożka, a widząc, że się nie ruszam, zrobiła surową minę i rzekła do mnie władczo: – No proszę, na co czekasz? Odmawiasz mi tego tańca?
Wstałem i półprzytomny uniosłem lewą rękę (podobnie jak to uczynił Hipolit wobec Arycji), a gdy złożyła na niej swą prawą, chłodną dłoń, lewą zaś – na mym prawym, nieco spadzistym ramieniu, z sercem bijącym jak miot dotknąłem jej kibici.
– Yesterday, all my troubles seemed so far away… [175] - rozległ się słodki dyszkant à la Paul McCartney czołowego vocalu wśród „Skowyczących Panter”.
Zrobiliśmy pierwsze kroki. Nie szło mi to za dobrze. Byłem oszołomiony, nie wiedziałem, gdzie patrzeć. Jej twarz – jej oczy i usta – miałem przed sobą nie dalej niż dziesięć centymetrów, odurzał mnie zapach jej perfum (tym razem nie Chanel, lecz równie luksusowych), a jeszcze na dobitek, jakby tych wszystkich wrażeń ciągle było za mało, palce mej prawej ręki wyczuwały pod suknią, pod jej wiotką materią, pasek i sprzączkę stanika. Mignęła mi w pamięci czamo-biała przebitka z Kobiety i mężczyzny, która ukazywała ich pierwszy, pozornie niewinny dotyk: restauracja, rozmowa, oparcie krzesła Anne; na nim spoczywa przypadkiem ręka Jeana-Louisa, stykając się z jej plecami.
„To kicz”, wołało coś we mnie, „jesteś w okowach kiczu!”
– No, weź się wreszcie w garść – powiedziała przez zęby – i zacznij mnie jakoś prowadzić! Wszyscy się na nas patrzą. Chcesz sobie narobić wstydu? A przy okazji i mnie?
Ująłem ją nieco mocniej, lecz krok plątałem dalej.
– No no, ładna historia! – nie przestawała drwić. – Żeby mój ulubieniec… najlepszy z moich uczniów… który pisywał dla mnie takie wypracowania… nie umiał dobrze tańczyć! Zresztą, co tam pisywał! Grywał na fortepianie i recytował wiersze! Występował na scenie i wcale się nie wstydził…
– Niech pani nie żartuje.
– Żartuję? Ja nie żartuję! Wyrażam tylko zdziwienie. Bo czyż nie jest to dziwne, że ktoś, jako mon élève… mój podopieczny… poddany!… – bawiła się w królową – w najgłębszym mroku nocy… – zamarłem z przerażenia, myśląc że ona coś wie o moich styczniowych podchodach śmiałego Akteona; była to jednak tylko, na szczęście, metafora: – nocy roku szkolnego… poważa się na zuchwałość zupełnie niewiarygodną i chwyta mnie za rękę, zwiódłszy pięknymi słówkami… zresztą, co mówię „za rękę”!… za przegub! za nadgarstek!… czyżby nie był świadomy natury tego gestu? – przeniknęła mnie wzrokiem i dokończyła zdanie: – że oto ten sam ktoś, jako absolwent… prymus… dojrzały mężczyzna z maturą… w rzęsistym świetle balu… i jeszcze bezprzykładnie przeze mnie ośmielony… tak się peszy i gubi, że trzeba go nieomal podtrzymywać na nogach…
– Nie jestem wcale speszony – bąknąłem robiąc obrót – najwyżej tylko…
– Co?! – wpadła mi w słowo z uśmiechem. – Trzęsiesz się cały… jak królik.
Pociemniało mi w oczach („i ty przeciw mnie, Brutusie?”). Przełknąłem jednak dumę i tańcząc coraz śmielej odpowiedziałem słowami, jakie wyrzekła do mnie w rozmowie w gabinecie:
– Przesada, gruba przesada – i chciałem mówić dalej, lecz znowu mi przerwała:
– No, teraz trochę lepiej! Żebyś jeszcze rytm trzymał!
– I do tego dojdziemy – odzyskiwałem luz. – Chciałem tylko powiedzieć, że jeśli w pierwszej chwili czułem się trochę nieswój, to tylko i wyłącznie z powodu zaskoczenia.
– Zaskoczenia? Też sobie! Co niby cię zaskoczyło?
– Jak to co! Pani wybór. Od naszej ostatniej rozmowy u pani w gabinecie minęło prawie pół roku, przez które pani do mnie nie odezwała się słowem… Traktowała mnie pani jak widmo, jak powietrze… A teraz ni stąd, ni zowąd, prosi mnie pani do tańca. No, sama pani przyzna…
– Nic nie przyznam… Nie gadaj! – skarciła mnie zalotnie. – Słuchaj muzyki i tańcz.
– Yesterday, love was such an easy game to play [176] - zawodził pierwszy vocal „Skowyczących Panter”.
– Czyż nie pachnie to kiczem? – zagrałem ironistę.
– Co?
– No, ten nasz słodki taniec na tle tych słodkich słów.
– Być może cię to zdziwi, lecz nie znam angielskiego… A poza tym… czasami… kicz bywa całkiem miły. Nie trzeba się go wyrzekać. Gdyby nie było kiczu, nie byłoby wielkiej sztuki. Gdyby nie było grzechu, nie byłoby i życia.
– I czy nie byłoby lepiej?
– Och, mam już dość tych bzdur! – fuknęła zniecierpliwiona. – Po tym tańcu wychodzę. Moja rola skończona. Obowiązki służbowe zostały dopełnione – mówiła jakby do siebie. – Fini, c’est fini… c’est la fin [177] idę do domu. Odpocząć.
– Oh, l believe in yesterday… [178] - kończył rzewnie „Paul” ze „Skowyczących Panter”.
– A jeśli mój przemądrzały „umiłowany uczeń” – kończyła też Madame – pragnie być dżentelmenem i odprowadzić swą panią… swoją panią profesor… niech czeka na nią za kwadrans – spojrzała na zegarek, zdejmując lewą rękę z mego prawego ramienia – za dziesięć wpół do pierwszej. Za bramą. Przy kiosku „Ruchu”.
Zamarłem i chyba zbladłem. W każdym razie poczułem, jak krew odpływa mi z głowy. „Umawia się ze mną tak, jak wtedy z Dyrektorem”, pomyślałem w popłochu, a ona, spostrzegłszy widocznie moje zakłopotanie, dorzuciła przekornie:
– Chyba że świetnie się bawi i woli towarzystwo swojego przyjaciela. Niech powie jasno, proszę. Wezmę wtedy taksówkę.
– Będzie czekał – odparłem.
– To miłe z jego strony – dygnęła jak dama dworu i ruszyła ku wyjściu wśród oklasków i krzyków.
– More „Beatles”! More „Beatles”! More „Beatles”! [179]– skandowali „Yankesi”, czyli abiturienci tak zwanej „klasy angielskiej”.
„Skowyczące Pantery” spełniły ich życzenie. Rozległy się pierwsze takty przeboju Ticket to ride [180] .
Kompletnie odurzony, wróciłem na miejsce, do Rożka.
– Lubi cię pani dyrektor – powiedział z szelmowskim uśmiechem.
– Przesadzasz – z największym trudem zagrałem obojętność. – Raczej bawi się mną.
– Dobre i to – powiedział. – Wiesz, jak się wszyscy gapili?
– Gapili się, powiadasz?…
– Jeszcze jak! Nawet Kugler, ten bolszewicki pętak. A zresztą… było na co.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Tworzycie ładną parę – uśmiechnął się obleśnie.
– Ech, Rożek, co ty gadasz! – czułem, że czerwienieję. – Aż ręce opadają! – I niby zniechęcony tą śliską konwersacją wyszedłem na korytarz.
Stanąłem przed jednym z okien i popatrzyłem w dół, na czerniejący w mroku pudełkowaty kiosk „Ruchu”.
„Czemu się denerwujesz?”, znów usłyszałem w głowie głos mego drugiego ja. „Powinieneś się cieszyć. Mało komu się trafia tego rodzaju historia. A niektórzy wręcz twierdzą (wiesz, oczywiście, kto), że w ogóle nikomu. A poza tym, czyś nie chciał?… Czyś nie uczynił wszystkiego, aby do tego doszło? Powiedziałeś jej wprost… więcej niż powiedziałeś: oświadczyłeś na piśmie! – ‘Niech pani mi rozkazuje’. Stało się. Rozkazała. Twój ruch. Stawiaj czoło”.
Читать дальше