Przejeżdżając przez most, zdał sobie nagle sprawę, że się przemieszcza na wschód.
– A przecież zmierzam do czegoś, co jest wysepką Zachodu – pomyślał rozbawiony. -Trawestacja konceptu i przedsięwzięcia Kolumba. Ciekawe, co odkryję?
Na Rondzie Waszyngtona, poza jakąś babiną i starszym panem z paczką, wsiadło – w ostatniej chwili – dwóch mężczyzn w średnim wieku. W odróżnieniu od innych, nie skasowali biletów ani też nie usiedli na żadnym z wolnych miejsc, lecz w nonszalanckich pozach stanęli przy kasownikach – na przedzie i z tyłu wozu – i z kamiennymi twarzami zaczęli patrzyć przez okna.
– Kontrolerzy – pomyślał. I choć nie miał powodu, ażeby się ich bać -w kieszeni jego kurtki tkwił ważny bilet miesięczny na wszystkie linie normalne komunikacji miejskiej (potwierdziła to ręka, wsunięta tam mimowolnie) – poczuł w sobie napięcie i szybsze bicie serca.
– No i czego się boisz? – zaapelował do siebie. – Przecież nic ci nie grozi. A gdyby nawet groziło, to co? No właśnie, co? – Strata pieniędzy na mandat? – Można nie płacić od razu. Można zażądać blankietu na wpłatę do dwóch tygodni, a potem zwlekać latami, jak większość ludzi to robi. – Więc c o innego? Wstyd? – A czego tu się wstydzić? Że oszukuje się państwo? Przedsiębiorstwo państwowe? – A co to znaczy: państwowe? Czy aby nie tyle co: nasze? A skoro znaczy: nasze, to gdzie tu jest oszustwo? Można oszukać kogoś, ale samego siebie? – A poza tym, czy ten, z którym się układamy (jeśli już go traktować jako kogoś drugiego, a nie jako nas samych), czy ten ktoś – MZK – jest partnerem bez skazy, który się wywiązuje ze wszystkich zobowiązań, jakie na siebie przyjął? I czy my wobec niego mamy te same prawa, jakie on wobec nas? Jak choćby prawo kontroli – zgodności z rozkładem jazdy, warunków podróżowania (zwłaszcza w godzinach szczytu), uprzejmości kierowców? Czy on nam także płaci za swoje uchybienia: kary za niepunktualność, chroniczne przerwy w ruchu? Albo odszkodowania za każdy uszczerbek na zdrowiu doznany wskutek ścisku lub przytrzaśnięcia drzwiami? – Nie płaci, ani grosza. Nawet się nie poczuwa. Płacimy tylko my. – A zatem, o co chodzi? Gdzie tu występek, przewina, godne napiętnowania? Nierówność wobec prawa zwalnia z reguł fair play. Czyż nie tego dowodzi cała nauka historii i większość lektur szkolnych? – Walka z wyzyskiwaczem jest słuszna i postępowa. Łamanie praw krwiopijców to cnota, a nie grzech. Dochodzić sprawiedliwości w świecie przemocy i gwałtu wolno wszelkim sposobem…
Sformułowanie w myślach tej żarliwej obrony pasażera na gapę (którym sam przecież nie był!) nie przyniosło mu ulgi. Przeciwnie, jeszcze bardziej rozstroiło mu nerwy. Zamiast dać sobie spokój z domniemanymi stróżami Miejskiego Przewoźnika i zająć się sprawami w danej chwili dla niego po stokroć ważniejszymi (jak pozyskać dla siebie mademoiselle Legris? jak pokierować rozmową? jakie zadać pytania?), wpatrywał się natarczywie w plecy jednego z nich, czekając z zapartym tchem na potwierdzenie domysłu, czyli – początek akcji.
Było, jak podejrzewał.
Po chwili, jak jeden mąż (choć nie patrzyli na siebie) sięgnęli pod klapy płaszczy i wydobyli stamtąd wiszące na krótkich paskach blaszane złotawe krążki, które jak górskie odznaki ozdobiły im piersi, i stanąwszy w rozkroku nad siedzącymi tuż przy nich, wyrzekli równocześnie sakramentalną formułkę:
– Prosz-sz-szę bilety do kontroli.
Zdawałoby się, że po tym mógłby się już odprężyć. W końcu całe napięcie zostało rozładowane: wyczuł ich; odgadł; ma nosa. – Tymczasem, nic podobnego. Był dalej podminowany i dalej, nierozumnie, folgował złym emocjom.
– Żeby taki paskudziarz, co wszystkie grzechy świata ma wypisane na twarzy, mógł żądać czegoś od innych! By mu… okazać bilet! Bym ja – monada wolna, nieposkromiona jak Ren, udająca się właśnie do Ambasady Francuskiej – miał się podporządkować jego bezczelnej woli, poświęcić mu cząstkę czasu, wykonać przez niego ruch ręką! – Nie, to jest nie do przyjęcia! To uwłacza godności i ogranicza wolność. Nie można się z tym pogodzić! – Lecz jak się nie pogodzić? Nie okazać biletu? Nie reagować w ogóle? – Takie postępowanie skończyłoby się niechybnie interwencją fizyczną: szturchaniem, potrząsaniem, wreszcie wzięciem pod ręce i wywleczeniem z wozu na następnym przystanku. To byłoby jeszcze gorsze. – A zatem nie ma wyjścia… Ależ to przemoc! Terror! – Pomocy, o Rousseau!
Duch autora Rozprawy o źródłach i zasadach nierówności wśród ludzi (niestety, nie nagrodzonej przez Akademię w Dijon) i słynnej Umowy społecznej wysłuchał go, jak się zdaje, i wybawił z opresji, choć w sposób, pod względem moralnym, budzący zastrzeżenia, albowiem – cudzym kosztem. Stało się, mianowicie, że jeden z kontrolerów (ten działający z przodu) po sprawdzeniu biletu starszemu panu z paczką, co wsiadł ostatnio na Rondzie, nie przeszedł dalej ku innym, lecz zaczął się przyglądać owemu pakunkowi i stwierdził:
– Duże to.
– Piecyk – wyjaśnił pasażer. – Słoneczko elektryczne. Właśnie wiozę z naprawy…
– A co mnie to obchodzi! – uciął ostro kontroler. – Bagaż. Jak każdy inny. A za bagaż się płaci.
– Panie! Jaki tam bagaż! – polemizował podróżny. – Bagaż to jest walizka. Albo wózek. Lub rower.
– Miejsce zajmuje tak samo – nie ustępował kontroler.
– Jakie miejsce! I komu! Trzymam to na kolanach. A poza tym jest pusto.
– No i co z tego, że pusto? – odparł spokojnie kontroler i dodał patrząc w bok: – Bilet za bagaż, proszę.
– Dobrze, już dobrze, kasuję – starszy pan podniósł się z miejsca i sięgnął do kieszeni.
– Teraz? – prychnął kontroler. – Teraz to już za późno – i stanął przed kasownikiem.
– No co pan? – człowiek z paczką wyraźnie tracił cierpliwość. – Niech mi pan da skasować!
– Dawałem. Całą minutę. Jakoś pan nie skorzystał.
To oschłe oświadczenie uruchomiło lawinę. Wymiana argumentów, dotąd w miarę spokojna, nabrała przyspieszenia i rozgorzała gniewem. Posypały się racje i słowa ad personom. Do zaciętej pyskówki włączyli się rychło inni, siedzący dotychczas cicho, stając murem w obronie właściciela piecyka. Na czoło tego chóru wzburzonych obywateli wysunął się inwalida – starszy, barczysty mężczyzna o sztywnej prawej nodze – siedzący na miejscu dla kalek. Był już poddany kontroli i, mimo ułomności widocznej gołym okiem, zmuszony do okazania jakiejś legitymacji, która go uprawniała do ulgowych biletów. Pewnie to mu dopiekło i teraz usposabiało do roli koryfeusza.
– Wziąłbyś się lepiej, nygusie – grzmiał stentorowym głosem – do jakiejś solidnej roboty, miast ludziom uprzykrzać życie. Najlepiej krowy pasać! Albo do chlewu z widłami! Myślisz, że my nie wiemy, o co tu się rozchodzi? Że premię masz od mandatów?
– No, no! – warknął kontroler. – Nie spoufalaj się pan!
– Miałeś obsrane gacie, gdy ja walczyłem za Polskę! – Sowiński-w-okopach-Woli podniósł do góry laskę jak legendarną szpadę.
– Coś ty powiedział, wałachu? – wycedził przez zęby kontroler, podchodząc do weterana.
– To, co słyszałeś, knurze! – rzucił mu w twarz jenerał i wstał, ruszając ku wyjściu.
– Popamiętasz te słowa – poprzysiągł zemstę kontroler i mruknął coś do kierowcy.
– Możesz mi skoczyć… wiesz gdzie! – zbył tę pogróżkę Sowiński i stanął u przednich wrót.
Tymczasem kontroler powrócił do pasażera z piecykiem i zażądał od niego Dowodu Osobistego. Ten go wyśmiał (słowami: ‘i jeszcze czego, bucu!’), po czym, z dobytkiem w rękach, zrównał z Polakiem Prawym, dziękując mu za wsparcie…
Читать дальше