Co rozumiała z tego? I co rozumie teraz? Dlaczego jej nie było na tamtej akademii? I kim był dla niej ów człowiek, którego prosiła o ślub? I jak się rzecz miała z Jerzykiem? Było coś między nimi?
Piętrzące się pytania uprzytomniły mi naraz, że zdobywana wiedza działa na mnie odwrotnie, niżem się był spodziewał. Zamiast wprawiać mnie w nastrój miłego podniecenia, zaspokajać ciekawość i inspirować w planach słownego oblężenia, powodowała zamęt i rozstrajała nerwy. Oto im więcej wiedziałem, tym chciałem – jeszcze więcej; zarazem zaś świadomość, że ten „alpejski kwiat. – dumny, niezłomny, „zwycięski. – został dotkliwie zraniony i nosi piętno dramatu, zabarwiała beztroskie choć dręczące tęsknoty odcieniem niejakiej powagi, a to, paradoksalnie, jeszcze wzmagało torturę.
Dopóki się jawiła jako Królowa Śniegu, wyniosła i urodziwa, chłodna i niedostępna, marzenia z nią związane miały charakter drapieżny, były podszyte gwałtem. Chciało się ją „obnażyć”, wytrącić z równowagi, przyłapać na słabości – przekonać się, krótko mówiąc,, czy ma też inne oblicze, a jeśli tak, to jakie. Z chwilą zaś, gdy opowieść o kolejach jej życia strąciła ją z Olimpu i zesłała na ziemię, wyznaczając w dodatku los niecodziennie gorzki, zmienił się również rodzaj budzonych przez nią emocji. Miejsce mrocznych pożądań, dzikich i perwersyjnych, zajęło onieśmielenie i niema fascynacja, nacechowana respektem i niekłamanym współczuciem. I to właśnie było piekłem. Bo ginęła nadzieja na jakiekolwiek remedium. Gdy w grę wchodziła tylko dławiąca ekscytacja, podrażniona ambicja, poczucie podrzędności, to wszystko dawało się jeszcze tak czy inaczej łagodzić; przynajmniej istniała szansa na zadośćuczynienie – choćby ów plan zdobycia możliwie najszerszej wiedzy, a później igrania nią, zwracania na siebie ttwagi, niepokojenia, peszenia. Tymczasem urzeczenie brzemienne w szacunek i żal kompletnie wiązało ręce. Bo cóż można było począć z tą kombinacją uczuć? W jaki sposób im sprostać, w czym szukać ukojenia? Dalej w mówieniu, w słowach? W intrygowaniu aluzją, w gorszeniu dwuznacznością? W dawaniu do zrozumienia, że „wszystko. o niej wiem? Teraz, w tym stanie rzeczy, nie miałoby to sensu. Wręcz szkodziłoby sprawie. A poza tym przyrzekłem Konstantemu milczenie. Dałem mu słowo honoru. Wciąż jeszcze czułem na ręce jego żelazny uścisk.
Co robić? Co robić dalej? Jak wybrnąć z tej sytuacji? Tak żeby, z jednej strony, nie zawieść zaufania i nie zaszkodzić nikomu, a z drugiej… żeby jednak… żeby jednak coś wygrać. Przynajmniej złagodzenie zawstydzającej udręki.
Niestety, nic mądrego nie przychodziło mi na myśl. A jednocześnie sen pierzchał, rozpraszany gorączką wzbudzonej wyobraźni. Czułem, że wpadam w potrzask. Sięgnąłem po kontakt lampy i zapaliłem światło. Po chwili, zdjąwszy tom z półki, zacząłem – leżąc na boku – czytać Zwycięstwo Conrada.
Obudził mnie głos matki:
– Jest dwadzieścia po siódmej. Chcesz się spóźnić do szkoły?
Powrót do świata jawy kosztował mnie sporo wysiłku.
– Już wstaję – wymamrotałem.
– Coś ci jest? Źle się czujesz? – troszczyła się surowo. – Dlaczego lampa się pali?
Rozchyliłem powieki i zacisnąłem je zaraz, rażony blaskiem światła. „O której mogłem zasnąć?.
– Czytałem… – rzekłem sennie… – Widocznie zasnąłem nad książką. Czuję się bardzo dobrze – dodałem siadając wolno.
– Więc radzę ci się pośpieszyć – nawiązała z ironią do tempa mego ruchu i zniknęła za drzwiami.
Moje oczy, nawykłe ostatecznie do światła, spoczęły na rozpostartej, leżącej grzbietem do góry na podłodze przy łóżku powieści Josepha Conrada. Schyliłem się po nią leniwie i odwróciłem ku twarzy stronice w otwartym miejscu.
„Dam się unieść prądowi. – tak brzmiało pierwsze zdanie, na które padł mój wzrok. Uwydatnione przez odstęp i pokaźne myślniki, było sformułowaniem postanowienia Heysta. Cofnąłem się w tekście kawałek, do poprzedniego wcięcia. Było tam coś o rozwadze jako czymś destrukcyjnym, zasiewającym w duszy głęboką nieufność do życia. „Świat nie jest prowadzony przez ludzi przewidujących. – wyrażał pogląd narrator. Czyny, zwłaszcza te wielkie, miały się rodzić z odruchu, „w błogosławionej mgle”, nie z zimnej kalkulacji.
Ubrałem się, spakowałem i bez śniadania wyszedłem.
Francuski w poniedziałki był w planie na czwartej lekcji. Po przerwie śniadaniowej. Dziesiąta pięćdziesiąt pięć.
Do tego czasu, w myślach, przebyłem długą drogę.
Z początku byłem beztroski. Ech, co tam! Czym się przejmować! – Że wiem o niej to wszystko, lecz muszę siedzieć cicho? Że mam związane ręce? – Owszem, jest to przeszkoda, lecz nie sytuacja bez wyjścia. Wciąż istnieje możliwość zagrania inną kartą. Simone de Beauvoir. Proszę bardzo, jak znalazł! Może to nawet i lepsze. Zwłaszcza gdy ma się w rękawie atut w postaci ocen i argumentów Jerzyka… Od tej strony zapukać! Tego klucza spróbować! Zręczne otwarcie tych drzwi może dać nawet więcej niż cokolwiek innego. Bo kryje się za nimi właściwie wszystko, co ważne z mego punktu widzenia. Smak literacki. Charakter. Ideały życiowe. Sfera uczuć. Intelekt. Poglądy polityczne. Umiejętnie podjęta i kierowana rozmowa wokół tego pisarstwa jest niezawodnym testem. Jakakolwiek opinia wygłoszona w tej kwestii, a zwłaszcza odpowiedzi na przemyślne pytania nie mogą być neutralne – będą o czymś świadczyły, odsłonią różne rzeczy. Nie da się o tym mówić – nie mówiąc czegoś o sobie.
Jednakże z biegiem czasu mój optymizm i wiara w pomyślny rozwój sprawy zaczęły stopniowo słabnąć. Dysputa literacka jako forma poznania duszy drugiego człowieka i jako namiastka zbliżenia – to wszystko brzmi bardzo ładnie, tylko co to oznacza! Po pierwsze, ileż pracy należałoby włożyć w same przygotowania, żeby coś z tego wyszło! Trzeba by znowu czytać te wszystkie powieścidła i nudne memuary… Mało – czytać. Studiować! Opanowywać na pamięć, by móc się w tej materii ze swobodą poruszać. Koszmar, istna gehenna! No, a poza tym jeszcze (a raczej przede wszystkim) obmyśleć samo „kolokwium”, czyli strategię pytania i kierowania rozmową, tak aby wiodła dyskretnie ku ważkim confessions. Karkołomne zadanie. I ponad moje siły. – Lecz nawet jeśli założyć, że byłbym w stanie mu sprostać, to jak do takiej rozmowy w ogóle miałoby dojść? W wyniku czego i gdzie? Na lekcji? W gabinecie? Marzenia ściętej głowy! Zabiegi podejmowane dla niewinniejszych celów były tłumione w zarodku i spełzały na niczym!
Pod koniec trzeciej lekcji moje zwątpienie sięgnęło ostatecznego dna. Straciłem wszelką wiarę nie tylko w ten czy ów plan, lecz w ogóle w możliwość jakiegokolwiek działania, które by uśmierzało wertherowskie cierpienia. Wtedy zaś zrodził się lęk. Zaczęło mi się zdawać, że wszystko po mnie widać: całe to udręczenie – żałosne, poniżające, a także – że coś wiem. I myśl, że za pół godziny mam stanąć z nią oko w oko, wprawiła mnie w istny popłoch. Nie, nie może mnie ujrzeć, gdy jestem w takim stanie! Trzeba ustąpić pola, póki nie dojdę do siebie.
Na przerwie śniadaniowej, nie uprzedziwszy nikogo o moim zamierzeniu, wyszedłem dyskretnie ze szkoły.
Naprzód przez jakiś czas szwendałem się po ulicach, wyobrażając sobie, co się dzieje na lekcji, a zwłaszcza – jej początek.
Czyta listę. Mnie nie ma. A przecież w pierwszych trzech kratkach rubryki obecności na linii mojego nazwiska nie widnieją literki „Nb” (nieobecny), co znaczy, że wcześniej byłem. – „Qu’est-ce qu’il y a? Gdzie on jest?… Był? I co? Disparu? [88] Zwalniał się? Nikt nic nie wie? Szczególne obyczaje!” – Co z tego może wyniknąć? Obniży stopień na okres? Zapyta? Zażąda wyjaśnień? Jak będę się tłumaczył? – Zeszyt! „Nie mam zeszytu… Vous le gardez toujours. [89] A poza tym odczuwam, że pani ma mnie już dosyć i mego mędrkowania. Nie chciałem się więc naprzykrzać…” – Niezłe. Co na to powie?
Читать дальше