Antoni Libera - Madame

Здесь есть возможность читать онлайн «Antoni Libera - Madame» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Жанр: Современная проза, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.

Madame: краткое содержание, описание и аннотация

Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Madame»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.

Powieść jest ironicznym portretem artysty z czasów młodości, dojrzewającego w peerelowskiej rzeczywistości schyłku lat sześćdziesiątych. Narrator opowiada o swoich latach nauki i o fascynacji starszą od niego, piękną, tajemniczą kobietą, która uczyła go francuskiego i dała mu lekcję wolności. Jest to zarazem opowieść o potrzebie marzenia, a także rozrachunek z epoką peerelu. Tradycyjna narracja, nie pozbawiona wątku sensacyjnego, skrzy się humorem, oczarowuje i wzrusza.

Madame — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком

Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Madame», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.

Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

„To koniec”, pomyślałem. Nie omyliłem się.

– No, to pędź już do domu, bo nigdy nie skończymy wzajemnie się odprowadzać. I jeszcze raz: pamiętaj, ani słowa, nikomu. Paplaniem zaszkodzisz wszystkim: sobie, i mnie, i jej.

– Może być pan spokojny – ściągnąłem rękawiczkę, widząc, że też to robi, aby uścisnąć mi dłoń. – Ach, tylko jeszcze jedno, jeżeli pan pozwoli…

– No, co tam jeszcze chcesz wiedzieć?

– Kiedy wspomniałem u pana, że ona jest dyrektorką, która ma przeprowadzić reformę mojego liceum, pan Jerzyk… a zresztą i pan… zrobiliście wrażenie zdumionych, zaskoczonych, a pan Jerzyk powiedział: „A więc zrobiła to…”, jakby się czegoś spodziewał. Co miał właściwie na myśli?

– Jak to co? Jeszcze nie wiesz? Teraz, gdy znasz już sprawę?

– No, mówiąc szczerze, nie bardzo… – odrzekłem ritardando. Pokręcił wolno głową z łagodnym politowaniem.

– Kto może być w tym kraju dyrektorem liceum? – spytał rzeczowym tonem. – Jaki warunek, bezwzględnie, stawiany jest kandydatom?

– Zdarzają się wyjątki.

– Kpisz, czy o drogę pytasz?

– Dowodu jednak pan nie ma.

– Cel nie uświęca środków – wyciągnął do mnie rękę. Wyciągnąłem i ja.

– Bywaj zdrów! Powodzenia!

Poczułem uścisk dłoni – suchej, zimnej, kościstej.

– Dziękuję panu za wszystko – powiedziałem solennie. – Zwłaszcza za zaufanie, jakim mnie pan obdarzył.

– Za to się nie dziękuje – nie rozluźniał uścisku. – Tego się nie zawodzi. – Puścił wreszcie i zaraz naciągnął rękawiczkę.

Ruszyliśmy w dwie strony.

Przez chwilę słyszałem odgłos oddalających się kroków. Potem zapadła cisza.

Pulsowały mi skronie, kręciło mi się w głowie. Zamknąłem na chwilę oczy.

W ciemności wyłonił się zaraz widok pustego krzesła. Jakby stary elektryk z Przeglądu Scen Amatorskich włączył słabą punktówkę wycelowaną w to miejsce.

ROZDZIAŁ CZWARTY

19. Księgarnia „Logos – Kosmos”

Radio rzęziło w stołowym na cały regulator. Spoza straszliwych wizgów, dudnienia i buczenia, jakby z piekielnej otchłani, poprzez ryk potępionych, dochodził ledwo słyszalny, a jednak rozpoznawalny głos znanego spikera Radia Wolna Europa. W twardych, surowych słowach, niczym Katon z Utyki, gromił „reżym warszawski”, który z powodu niewinnej, a jakże słusznej mowy słynnego filozofa, wygłoszonej niedawno na Uniwersytecie z okazji dziesiątej rocznicy polskiego Października, miotał się w gniewie i szale, rozdając bolesne razy.

Ogłuszony historią – ba, lawiną historii, jaka zwaliła się na mnie w ciągu ostatnich godzin, byłem spragniony ciszy i zupełnego spokoju. Niemniej, radiowy tumult, jaki wypełniał mieszkanie, owa wrzawa bitewna walczących ze sobą fal – „dywersyjnych”, „głuszących” i bliżej nie określonych – sprzyjała mi w pewien sposób, ponieważ stwarzała szansę, że mój powrót do domu ujdzie uwagi rodziców, a przeto że uniknę ewentualnych pytań, jak spędziłem czas i w czyim towarzystwie, na co odpowiedź, choć prosta, byłaby kłopotliwa.

Niestety, ledwom zdjął kurtkę i zaczął się przemykać w stronę mojego pokoju, zgiełk przycichł w jednej chwili, zdławiony gwałtownym skrętem gałki potencjometru, po czym doszło mych uszu cierpkie pytanie matki:

– Wolno wiedzieć, gdzie byłeś?

Znieruchomiałem w pół kroku, z ręką na klamce drzwi do mojego pokoju.

– Na spacerze z Konstantym – odrzekłem, nadając głosowi odcień oczywistości.

– Nie mogłeś powiedzieć wychodząc? – odbiła sprawnie tę piłkę, podkręcając ją nieco.

– Mogłem – przyznałem ze skruchą, licząc że zamknie to sprawę. – Jakoś nie powiedziałem…

– Jakoś nie powiedziałeś – powtórzyła jak echo, uwydatniając nieznacznie partykułę przeczącą.

– Uważasz, że coś ukrywam? – odszczeknąłem nerwowo, zamiast przełknąć wymówkę.

– Nic nie uważam. Stwierdzam – odrzekła z udaną pokorą, po czym znowu zagrzmiały surmy Wolnej Europy.

Dokonawszy pośpiesznie wieczornej toalety, ułożyłem się w łóżku i zaraz zgasiłem światło. W mieszkaniu było już cicho, radio w stołowym milczało.

W ciemności, leżąc na wznak z zamkniętymi oczami, przystąpiłem natychmiast do przeżuwania zdobyczy – tego ogromu wiedzy, który niespodziewanie, przynajmniej w takim wymiarze, stał się moim udziałem.

Od chwili, gdy w parku na ławce, wymiętoszony przez Żmiję, powziąłem zuchwałą myśl o lustracji Madame i poczyniłem w tym celu pierwsze nieśmiałe kroki, upłynęły zaledwie dwa tygodnie z okładem. Przez ten niedługi czas, wbrew własnym oczekiwaniom, zaszedłem bardzo daleko. Rozpoczynając akcję, wiedziałem tyle co nic. Obecnie moja wiedza była wprost kolosalna. Któż poza nielicznymi (i, naturalnie, UB) wiedział to wszystko co ja! Epopea narodzin, peregrynacje wojenne, ucieczki, francuski lycée, fatalny powrót do kraju, śmierć rodziców, szykany, poczucie osaczenia, walka za wszelką cenę (choćby w sojuszu z diabłem) o wydostanie się stąd… Tak, znałem jej biografię, a nawet motywy działania, jak bliski członek rodziny, jak brat… przyjaciel… powiernik.

Przypomniał mi się moment, gdy wielce podniecony, zadowolony z siebie, wracałem z rekonesansu, którego owocem była lokalizacja jej domu. To błahe osiągnięcie jawiło mi się wówczas jako milowy krok; mierzyłem go w latach świetlnych, których przebycie zmienia obraz gwiazdy na niebie z migotliwego punktu w potężną tarczę słoneczną. Myślałem teraz o tym z uśmiechem pobłażania. Jeśli tamto być miało tak olbrzymim postępem, to czym dopiero jest to, co stało się dziś wieczorem? Co najmniej lądowaniem na powierzchni planety.

Tak jest, „stałem na ziemi”. Przed sobą miałem krajobraz – rozmaitość kolorów, kształtów, świateł i cieni. Czy jednak znaczyło to, że rozumiem, co widzę? Albo: czy to, co widzę, jest wiedzą ostateczną? Przecież to, co się widzi, to tylko pewien wygląd, jedna z wielu postaci lub masek rzeczywistości, pod którą kryją się dalsze – być może w nieskończoność. Błękit nieba, toń wody, masyw gór, zieleń lasu – to wszystko jest czymś innym, gdy bierze się to pod lupę, i innym – pod mikroskopem, i jeszcze, jeszcze innym – w świetle fizyki cząsteczek. Gdzie kończy się spojrzenie? Czy jest granica poznania?

Madame liczyła sobie niecałe trzydzieści dwa lata. Dokładnie, jak wyliczyłem, jedenaście tysięcy sześćset trzynaście dni. Szesnaście milionów minut. Miliard z groszami sekund. Jeśli połowę tego odjąć na sen, a nadto, powiedzmy, sto milionów na okres wczesnego dzieciństwa, czas świadomego jej życia wyrażał się, mniej więcej, w czterystu milionach sekund lub siedmiu milionach minut. Ile z nich upłynęło w zasięgu mego istnienia – na moich, by tak rzec, oczach? Jaki procent całości? Trzy setne? Cztery setne? A przecież nawet i wtedy, w tym znikomym ułamku, dane mi było poznanie ledwie wyglądu, powierzchni – tego, co w filozofii nazywa się zjawiskiem. Nie miałem dostępu w głąb, do rzeczy samej w sobie. Tymczasem każda z chwil była czymś wypełniona. Cóż o tym wszystkim wiedziałem? Nic, absolutnie nic. A co dopiero mówić o czasie spędzonym gdzie indziej, nie w mojej obecności…

Zacząłem o tym myśleć – o różnych chwilach jej życia: ważnych, mniej ważnych, błahych. Rok trzydziesty dziewiąty, Dworzec Główny w Warszawie, wieczór, wagon sypialny, Konstanty na peronie. Widzi go z okna przedziału… Przedziału czy korytarza? Pamięta taką scenę? Przynajmniej wie, że była? Czy zdaje sobie sprawę z dwuznacznej natury uczuć Konstantego do matki? Francja: dom, szkoła, lekcje, nauczyciele, koledzy. Dni sączące się wolno – poranki, popołudnia, pierwsza bezsenna noc. Wakacje: wycieczka w Alpy? Atlantyk? Morze Śródziemne? Godziny samotności. Marzenia. Dojrzewanie. Odkrycie własnego ciała. Wreszcie ta katastrofa. Śmierć matki. Dzień pogrzebu. Wiedza o życiu jej ojca, o jego przygodach w Hiszpanii, o całym tym uwikłaniu, które go w końcu zgubiło.

Читать дальше
Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Похожие книги на «Madame»

Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Madame» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.


Отзывы о книге «Madame»

Обсуждение, отзывы о книге «Madame» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.