Po pięćdziesiątym szóstym zwalczanie egzystencjalizmu przybrało nową formę. O ile w okresie zimnej wojny był on po prostu tabu, o tyle wraz z „odwilżą” pozwolono mu się pokazać i przemówić własnym głosem, głównie jednak w tym celu, aby go kąsać i chłostać, piętnować i ośmieszać. Wymagał tego przynajmniej oficjalny rytuał i tak się właśnie działo w rozlicznych publikacjach, na sesjach naukowych i na łamach czasopism. Cóż więc dopiero mówić o pracy magisterskiej, pisanej w dodatku pod kierunkiem docenta o tak złowieszczym, a zarazem… wieloznacznym nazwisku!
Surowa-Léger! Kobieta skoligacona z burżuazyjną Francją! Najpewniej przez mężczyznę, którego poślubiła… A więc na pewno zainteresowana wyjazdami na Zachód. A zatem ideowo – nieposzlakowana, a w każdym razie – ostrożna. Już ona dopilnowała, by „wyzwolona kobieta” legendarnej Simony okazała się „błędnie” albo, w najlepszym razie, „pozornie” wyzwolona!
– Czy mógłbym skontaktować się jakoś z panią docent Surową-Leger? – spytałem, unosząc głowę znad skryptu.
– Pani docent Léger – Najważniejsza w sposób niezwykle naturalny pominęła pierwszy człon nazwiska promotorki Madame, co wydało mi się znaczące – dawno już nie pracuje na uniwersytecie.
– Przeszła do Akademii? – nadałem swemu pytaniu ton najgłębszej powagi.
– W ogóle nie ma jej w kraju – wyjaśniła druga sekretarka. – Pięć lat temu wyjechała do Francji. Na stałe.
– Ach tak… – westchnąłem, a w głowie aż zawrzało mi od dalszych spekulacji.
Wyjechała! Na stałe! Została na Zachodzie! To brzmiało jak złowieszcze zaklęcie. Ktoś, kto wyjeżdżał na Zachód i nie powracał stamtąd, był „zdrajcą” lub „renegatem” albo, w najlepszym razie, „człowiekiem bez charakteru”, który połaszczył się na błyskotki – na ciuchy i kosmetyki, na auta i nocne lokale – słowem, którego uwiódł haniebny konsumpcjonizm. Oczywiście, docent Léger wyjechała najpewniej w ślad za mężem-Francuzem, czy jednak nie było to przez nią cynicznie zaplanowane? Czy Magdalena Surowa, wychodząc za pana Léger, robiła to z miłości lub przynajmniej z powodu wspólnych zainteresowań zawodowych, czy też wyłącznie po to, aby prędzej czy później znaleźć się na Zachodzie? A zresztą, wszystko jedno! Najważniejsze, kim była, nim wyfrunęła z Polski. Ideową marksistką, krytycznie nastawioną do egzystencjalizmu i innych nowinek z Zachodu? A może całkiem przeciwnie? Może to właśnie marksizm mierził panią Léger, egzystencjalizm zaś i inne formy „dekadencji” Zachodu budziły jej uznanie, a nawet nabożny zachwyt?
Od tego, jak rzecz się miała, zależało znaczenie końcowej oceny Madame. Co kryło się za tą piątką? Druzgocąca krytyka autorki Drugiej płci, czy wzorowe ujęcie jej poglądów i myśli? A może sztuka mimikry: pławienie się z lubością w zakazanych ideach pod maską krytyki pozornej, robionej wyłącznie na pokaz?
Ba, lecz jak tu dojść do tego!
– W jaki sposób mógłbym dowiedzieć się czegoś więcej o tych ludziach? – wskazałem ruchem głowy na otwartą stronicę.
– To znaczy o kim, konkretnie? – w tonie Najważniejszej pojawił się wyraźnie cień zniecierpliwienia.
Już chciałem powiedzieć „No, na przykład, o pani…” i tu wymienić nazwisko Madame, ale ugryzłem się w język i postąpiłem inaczej. Niedbałym ruchem przerzuciłem kartki skoroszytu, chcąc stworzyć wrażenie, że jest mi obojętne, na kogo padnie wybór, w istocie zaś celując z powrotem na rocznik „59”, i znów zatrzymawszy się na nim, bąknąłem obojętnie:
– No, powiedzmy, o tych… Rocznik „59”.
– Pięćdziesiąt dziewięć, powiadasz – druga sekretarka powtórzyła za mną jak echo, po czym podniosła się z miejsca, podeszła do mnie i spojrzała na listę nazwisk. – Kogo my tutaj mamy?
Znów byłem o krok od tego, aby podsunąć jej przykład, lecz znowu się powstrzymałem. Tymczasem druga sekretarka sunęła wskazującym palcem po kolumnie nazwisk.
– Proszę bardzo! – powiedziała nagle radosnym głosem, zatrzymując się przy kimś, gdzieś w połowie listy. – Pan doktor Monteń. Jest teraz u nas wykładowcą w katedrze literatury XVII wieku. Wprost idealna osoba na wszystkie twoje problemy.
Pan doktor Monteń… Monteń!… Ależ tak się nazywał mój górski cicerone, z którym chodziłem w Tatry – ów alpinista starej daty, przedwojenny przyjaciel rodziców.
Czyżby ten, na którym spoczywał teraz wskazujący palec drugiej sekretarki, absolwent romanistyki Uniwersytetu Warszawskiego z 1959 roku o rzadkim zestawie imion Jerzy Bonawentura, miał z tamtym coś wspólnego? Był jakimś jego krewnym, a może nawet – synem?
Że Alpinista miał syna, tego byłem świadomy, lecz jak ów syn miał na imię, ile lat sobie liczył i czym się w życiu zajmował, nie miałem bladego pojęcia. Jakoś nie było nigdy o tym mowy i nigdy go nie spotkałem. Obecnie, podniecony perspektywą niezwykłego zbiegu okoliczności, który w mojej sytuacji mógłby się okazać nieoceniony, zacząłem na gwałt obliczać, czy w ogóle jest to możliwe.
Było, i to jak najbardziej! Mój dostojny opiekun, gdy zabierał mnie w Tatry, dobiegał sześćdziesiątki, z powodzeniem więc mógł mieć syna w wieku trzydziestu dwóch lat. Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko zyskać potwierdzenie.
– Syn pana profesora Konstantego Montenia? – poszedłem na pełną blagę (mój tatrzański przewodnik nie miał tego tytułu).
– Profesora Montenia?!- zdziwiła się Najważniejsza. – Nic o tym nie słyszałam.
– No, jak to? – brnąłem odważnie, wiedząc do czego zmierzam. – Tego znanego geologa, a przy tym słynnego alpinisty.
– Nic mi o tym nie jest wiadomo – wzruszyła ramionami i spojrzała pytająco na drugą sekretarkę, która z kolei wybałuszyła oczy i wykrzywiła twarz w grymasie oznaczającym, że również nic nie słyszała.
– No, mniejsza z tym – zagrałem z pokerową twarzą. – Choć właściwie można to łatwo sprawdzić.
– Można po prostu zapytać – powiedziała druga sekretarka, dając mi intonacją do zrozumienia, że skoro z jakichś powodów jest to dla mnie ważne, winienem się zwrócić z tą kwestią bezpośrednio do pana doktora.
– Po co od razu pytać… – uśmiechnąłem się skromnie. – To byłoby natręctwo. Wystarczy sprawdzić imię.
– Jakie imię?! – Najważniejsza z coraz większym trudem panowała nad zniecierpliwieniem.
– Ojca doktora Montenia – wyjaśniłem łagodnie. – Jeśli nazywa się Konstanty, to na pewno to ten. To nie tak częste imię.
– No, ale gdzie niby miałybyśmy to sprawdzić? – druga sekretarka również nie ukrywała zniecierpliwienia.
– Czyżby nie było tu żadnej dokumentacji? – wyraziłem zdziwienie. – Przecież imię ojca trzeba u nas podawać w najgłupszym kwestionariuszu.
– Trzeba by zadzwonić do kadr… – powiedziała druga sekretarka ni to do siebie, ni to do swojej przełożonej.
– O, właśnie! – podchwyciłem, uwydatniając głosem łatwość tego zadania.
– No dobrze, ale co to ma do rzeczy? – zirytowała się wreszcie Najważniejsza. – O co w tym wszystkim chodzi? Jakie to ma znaczenie, czy doktor Monteń jest, czy nie jest synem jakiegoś profesora?
– O, ma! I to kolosalne! – westchnąłem zagadkowo. – Nawet nie zdaje pani sobie sprawy, jak wiele od tego zależy!
Najważniejsza potrząsnęła nerwowo głową na znak, że trzeba być chyba aniołem, żeby ze mną wytrzymać, po czym sięgnęła energicznie po słuchawkę telefonu i wykręciła kilka cyfr.
– To znowu ja, z dziekanatu – przedstawiła się, gdy ktoś z drugiej strony odebrał. – Moglibyście mi sprawdzić imię doktora Montenia…
Читать дальше