Jechałem dwa dni błotnistą drogą. Dla kilku tysięcy mieszkańców odległych wiosek to była jedyna droga łącząca ich ze światem… hm, nazwijmy go cywilizowanym. Musieli nią jeździć, mimo trudów i błota, bo innej drogi nie było. Ta, jedyna, powstała dzięki poszerzeniu ścieżki, którą dawniej Indianie chodzili pieszo. Teraz tym szlakiem kursują samochody terenowe oraz ciężarówki z demobilu.
Po każdym deszczu wiele odcinków drogi staje się nieprzejezdnych – maziste błoto, głębokie koleiny, a do tego bajora stojącej wody.
W takich miejscach pojawiają się zawsze ludzie z łopatami. Nie wzywani przez nikogo przychodzą z okolicznych domostw i godzinami wyrównują koleiny, odprowadzają wodę, a każdy kolejny pojazd niweczy ich robotę. Nie jest to jednak praca syzyfowa. Kierowcy chętnie płacą po kilka groszy za to, że nie grzęzną w błocie. Albo za to, że kiedy już ugrzęźli, ktoś ich sprawnie wyciąga.
Biedni, bezrobotni ludzie mieszkający wzdłuż tej drogi, po każdym deszczu biorą łopaty i sami sobie organizują roboty publiczne.
Dlaczego?
Słuchajcie dalej…
Porwały mi się sandały.
Naprawił mi je przydrożny szewc. Zrobił to tanio, szybko (na poczekaniu) i wyjątkowo sprawnie, chociaż nawet nie miał warsztatu tylko skrzynkę z narzędziami i dwa krzesełka ustawione w cleniu rozłożystego fikusa. A ponadto nie miał lewej ręki!
Mimo to pracował i był bardzo sprawnym szewcem. Pomagał sobie kolanami, brodą, zębami, kilka razy poprosił mnie, żebym mu coś przytrzymał – zawsze z pogodnym uśmiechem.
W kraju cywilizowanym, europejskim, tam, gdzie są Fundusze dla niepełnosprawnych, zasiłki i państwowe programy opieki, ów człowiek całe życie wegetowałby na marginesie społeczeństwa. Czułby się ciężarem, pobierając rentę (zawsze za niską), byłby sfrustrowany, zgorzkniały i nieszczęśliwy ze swoim inwalidztwem.
W Republice Bananowej, nie miał na to wszystko czasu, bo tak jak inni, pełnosprawni, musiał pracować, by zarobić na chleb. W jego kraju, kto nie pracuje, ten nie je! Bieda wyzwala tam w ludziach nadzwyczajną aktywność – kiedy człowiek musi sobie znaleźć robotę, wówczas nie czeka bezczynnie, nie wybrzydza, tylko podejmuje się k a ż d e g o zajęcia, jakie mu się trafi.
Posłuchajcie jeszcze tego…
Wszędzie zamiast pojemników na śmiecie widziałem zbieraczy odpadków z czarnymi workami z plastiku. Większość z nich nie była opłacana przez miasto, tylko pracowała na własny rachunek, zbierając surowce wtórne i sprzedając je potem w punktach skupu. Dzięki nim z ulic znikało szkło (nawet potłuczone), plastikowe odpadki, puszki i papiery. Całą resztę, raz dziennie, uprzątały służby miejskie. Tyle że tej reszty prawie nie było.
Z okien mojego pokoju obserwowałem porzucony wrak samochodu z umieszczoną na nim kartką „Na złom” – został rozmontowany i wyniesiony w ciągu kilku godzin! Na ulicy pozostała jedynie zawartość popielniczki, którą wkrótce porwał wiatr.
Gdyby tym wszystkim śmieciarzom ktoś przyznał zasiłki dla bezrobotnych, usiedliby przed telewizorem popijając piwo, a po ulicach ich miasta walałyby się sterty śmieci. Brak zasiłków zmusił ich do aktywności.
To okrutne, powiecie?
Nie jestem pewien. Wydaje mi się,
że dzięki pracy ich życie nabiera sensu.
Minęło kilka miesięcy i znów stanąłem na granicy Hondurasu. Bez wizy. Władze tego kraju najwyraźniej uparły się widzieć we mnie wroga. Ponadto całkowicie zignorowały fakt, że na moim nowym paszporcie nie było już słówka „Ludowa”, a orzeł odzyskał koronę.
Byłem prosić ich ambasadę w Paryżu – nic. Perswadowałem w Wiedniu – nic. W Waszyngtonie – nic. Zeźlony tym biurokratycznym bezsensem postanowiłem z nich zadrwić. Okpić dziadów, tak jak jeszcze ich przedtem nie okpił nikt. Posłuchajcie…
Pojechałem na to samo przejście graniczne, co za pierwszym razem. Sceneria bez zmian: błoto, zardzewiały łańcuch w poprzek drogi i przechylona budka strażnicza. Tylko resztki flag narodowych Gwatemali i Hondurasu zmieniły się w resztki resztek.
Podałem żołnierzowi dokumenty. A konkretnie – przywiezioną z Polski specjalnie na tę okazję – książeczkę zdrowia.
(Wyglądała zupełnie jak paszport: twarde okładki z wytłoczonym napisem, w środku moje zdjęcie, pieczęć ZUS – u, seria, numer, dane osobowe i 32 strony pokryte rubrykami.)
Honduraski wojskowy zastukał palcem w napis „Legitymacja Ubezpieczeniowa” i zapytał:
– Co to za kraj?
– Republica de Ubezpieczalnia - odpowiadam bez chwili wahania, a on wyciąga spod stołu grubą księgę w tekturowej oprawie.
Na pierwszych stronach był, znany mi już, spis państw świata. Wojskowy palec, tak jak poprzednio, zaczął wolno sunąć w dół listy. Mężczyzna mamrotał kolejne nazwy. Mozolnie, jakby je lepił w ustach pełnych gęstego kitu. Miałem więc mnóstwo czasu, by się do syta nacieszyć zemstą.
Kiedy wreszcie dojechał do końca listy, stwierdził z niepokojem, że Ubezpieczalnia na niej nie figuruje. W suplemencie: „Kraje wrogie – komunistyczne i terrorystyczne” też jej nie było.
– Czy to państwo występuje może pod jakąś inną nazwą? – zapytał wreszcie.
– Czasami, ale rzadko. Ubezpieczalnia to Ubezpieczalnia – bawiłem się setnie. – Ale niech pan może jeszcze sprawdzi pod Suomi.
Oczywiście wkrótce znalazł to słowo w przypisach, jako wariantywną nazwę Finlandii. Wtedy już bez wahania wbił mi do książeczki zdrowia odpowiedni stempelek.
– Witamy w Hondurasie, gringo.
* * *
Przekroczenie granicy na książeczkę zdrowia uważani za swoisty rekord świata – godny Księgi rekordów Guinnessa. W każdym razie jest to mój największy osobisty wyczyn w kategorii pokonywania barier biurokratycznych.
Legalnie wjechałem tam dopiero w roku 1994. Wprawdzie w polskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych zapewniono mnie, że wiz już nie trzeba, bo podpisaliśmy odpowiednią umowę, ale ja postanowiłem się zabezpieczyć na wypadek, gdyby w Hondurasie nikt o tej umowie nie słyszał.
. Wizę odebrałem w Paryżu (tym razem obsłużono mnie w białych rękawiczkach, a cala procedura trwała zaledwie kilka godzin) i bardzo z siebie zadowolony udałem się w moją czwartą podróż do Hondurasu.
Po przylocie na miejsce przeżyłem ogromne rozczarowanie: nikt mi nie chciał sprawdzić paszportu! Nawet pobieżnie. Kompletnie nic! Machali od niechcenia ręką, żeby przechodzić BEZ KONTROLI! A ja przecież mogłem być terrorystą z Albanii albo z Kuby.
Tyle zachodu poszło na marne!? Tyle kolejnych prób, forteli, wizyty we wszystkich możliwych konsulatach, a kiedy wreszcie mam wizę nikt jej nie chce oglądać? Byłem zdruzgotany.
Uspokoiłem się dopiero przy wyjeździe.
Urzędnik kontroli granicznej wywrzeszczał mi w twarz, że przez miesiąc przebywałem w Hondurasie nielegalnie! Mam wprawdzie wizę, ale brak stempli wjazdowych.
Natychmiast uruchomiono odpowiednią procedurę, w wyniku której zostałem aresztowany, a pięć minut potem DEPORTOWANY! [Przypis: Do samolotu, którym i rak miałem odlecieć]
– I żebym cię tu więcej nie widział, gringo!
Zgodnie z informacjami, które dotarły do nas w chwili składania tej książki do druku, Wojciech Cejrowski znowu przebywa w Hondurasie, Nie jest co jednak oficjalna wersja zdarzeń.
Читать дальше