– Kasiu – mówi pani wychowawczyni – czy mogłabyś mi powiedzieć, czemu go uderzyłaś?
Kasia unosi głowę znad rysunku. Wstaje i mówi cicho:
– Po prostu go uderzyłam.
– Ale dlaczego?
– On nogę podstawił Marysi Kawczak – mówi któraś z dziewczynek.
– To nie powód, żeby go tak skatować – mówi pani wychowawczyni. – Marysia mogła się przecież poskarżyć pani Szot.
Kasia przerywa j ej.
– A pani Szot powiedziałaby: oj Ziębiński, Ziębiński, nieładnie, nie rób tego więcej. A tak to już nigdy nikomu nie podstawi nogi. Znam się na takich.
– Mogłaś go skrzywdzić.
– Po to go uderzyłam.
– Więc tak według ciebie wygląda sprawiedliwość? – pyta pani spokojnie, ale widać po niej, że jest zdenerwowana.
– Nawet nie to, że wygląda – odpowiada Kasia. – To jest sprawiedliwość.
– To chyba według prawa dżungli – mówi pani. Kasia kiwa głową.
– Zgadza się.
– Nie jesteśmy w dżungli, jesteśmy w szkole. Kasia śmieje się.
– To tylko kwestia słów. Nawet mądrość można nazwać głupotą, a głupotę mądrością. Podejrzewam, że nikt by tego nie zauważył.
– Nie będziemy rozmawiać w ten sposób – mówi pani.
– O, z pewnością zna pani inne sposoby – mówi Kasia z ironią. – Ludzka inteligencja nie ma przecież końca.
– Bądź tak łaskawa i schowaj swoje dowcipy na inne okazje – mówi pani.
– Z przyjemnością – odpowiada Kasia. – Już schowałam. Czy w takim razie ma pani do mnie jeszcze jakieś pytania? Bo jeśli nie, to chciałabym skończyć swój rysunek.
– Kasiu! – mówi z oburzeniem pani od rysunków. – Jak ty się odzywasz?!
– Tak się odzywam, jak się odzywam! – mówi Kasia głośno. Bierze swój rysunek, zgniata go w kulkę i rzuca na podłogę. Wrzuca do torby swoje książki i zeszyty i coraz bardziej podnosząc głos mówi:
– A co mnie to wszystko obchodzi. Jaka Kasia, jaka Kasia?! Spierdalajcie ode mnie wszyscy, i to w podskokach! Bierze torbę, mija nas, bo stoimy przy stoliku we trzy: pani Turska, pani Szot i ja, i zatrzymuje się przy jastrzębiu. Wskazuje go palcem.
– Proszę bardzo – mówi – oto wzór. Stoi grzecznie, gdzie go postawią. Problem tylko w tym, że ma ptasi móżdżek i jest wypchany. Obiecuję paniom, że ja nie dam się wypchać. Nikomu. Do widzenia.
Wychodzi trzaskając drzwiami. Panie stoją jak osłupiałe. Ja też. W klasie cicho.
– To przekracza wszelkie granice – mówi pani wychowawczyni. – Będę musiała porozmawiać z jej matką.
– A ja uważam, że to po prostu skandal – mówi nagle Ewa Bogdaj. – Powinno się ją skierować do szkoły specjalnej, bo inaczej ona nas wszystkich pozabija. Co to dla niej!
– Ewka, siadaj – mówi pani wychowawczyni.
– Chętnie, tylko niech mi pani powie, jak to jest, że ona może sobie przychodzić do szkoły kiedy chce i kiedy chce wychodzić! Czy Katarzyna Bogdańska to święta krowa? Ale przecież nie jesteśmy w Indiach. O ile mi wiadomo, ona nie ma nawet obniżonego stopnia ze sprawowania. A przecież sama pani przed chwilą powiedziała, że szkoła to nie dżungla. A mimo to dla nas jest inne prawo, i inne dla niej. A może takie same? Czy w takim razie my także możemy sobie nie przychodzić do szkoły? Pani wychowawczyni macha ręką i wychodzi.
– Jak jest wariatką, to trzeba ją oddać do szpitala dla psychicznych – kończy Ewa. Siada i zaczyna szeptać z Klaudią.
– Wracaj na miejsce – mówi do mnie pani Szot. – I proszę o ciszę. Macie już tylko dziesięć minut na skończenie rysunków.
Biorę swojego jastrzębia i wracam do ławki. Wszystko stało się przeze mnie. Powinnam Kasię wcześniej uspokoić. Jestem tchórz i gapa. Mogłam jej przecież powiedzieć, że wcale mi Ziębiński nogi nie podstawił.
Ale skąd mogłam wiedzieć, że tak się to skończy? Ona była taka spokojna i tak cicho mówiła. A ten Ziębiński, taki gruby i silny. Wcale się go nie bała. Uderzyła i już. Aż trzasnęło. Popłakał się jak mały dzieciak. Ja bym nikogo nie mogła uderzyć, nawet w nerwach. Jeszcze nigdy nikogo nie uderzyłam, chociaż mnie to nie raz. Takie byłyśmy wesołe, tak fajnie nam się rysowało.
Po co ja się wyrwałam z tym rysunkiem?
Jakbym siedziała i jeszcze rysowała, toby mi Ziębiński nogi nie podstawił i byśmy teraz siedziały z Kasią i wszystko byłoby dobrze. Nie wierzę, że to Magda kazała mu podstawić tę nogę. Po co miałaby mu kazać? Przecież nic jej nie zrobiłam.
Wracam ze szkoły i jeszcze o tym myślę. Wydawało mi się, że Ewa mnie nienawidzi. A to Kasi nienawidzi, a mnie tylko dlatego, że się z Kasią przyjaźnię. Jak ona strasznie o niej mówiła… Jak bardzo trzeba nienawidzieć, żeby o kimś tak mówić.
Przyczepił się do mnie Kawczak. Idzie obok i mówi:
– A może my jesteśmy kuzyni i nic o tym nie wiemy?.
– Może – mówię.
– Niby Kawczaków trochę na świecie jest – mówi Kawczak – ale może akurat…
Zatrzymuję się.
– Jak myślisz – mówię – czy to możliwe, żeby Magda kazała Ziębińskiemu podstawić mi nogę?
– Możliwe jest – odpowiada Kawczak. – On się w niej buja. Ale chyba nie za bardzo, bo zaraz ją wydał.
– Może tylko tak kłamał?
– Ziębiński to raczej nie kłamie – mówi Kawczak z namysłem. – Chociaż czasem lubi i skłamać. Z nim to nigdy nie wiadomo. Niby koleś, ale jak raz na matmie pan zapytał, kto puścił bąka, to zwalił na mnie, a to przecież on puścił. Dobrze mu tak, niezłą fangę dostał od Bogdańskiej, dawno mu już nikt tak nie przywalił.
– Kawczak śmieje się. – I miało się trochę rozrywki. Krwi mu poleciało chyba z pięć litrów.
– Coś ty – mówię. – Pięć litrów to cała krew, jaką ma człowiek. Jakby tyle z niego wyleciało, to już by nie żył.
– Taki gruby i czerwony na pysku jak on, to ma minimum dziesięć litrów. Pół mu jeszcze zostało. Słuchaj, ty naprawdę byłaś w Paryżu?
– Byłam – mówię. – A bo co?
– Bo wiesz, my tu teraz też jesteśmy w Paryżu.
– Jak to?
Kawczak pokazuje na chodnik pod naszymi nogami.
– Tu, gdzie stoimy, ta dzielnica, nazywa się Paryż – mówi. – Na każdej mapie możesz przeczytać. No, to cześć kuzynko, lecę.
I poleciał. Chciałam go jeszcze o coś zapytać, ale zamydlił mi głowę tym Paryżem i zapomniałam. Dziwne myśli przychodzą mi do głowy. No bo tak: Wczoraj wpadłam na Kawczaka i o mało co nie wybiłam mu zęba. Dzisiaj Kasia rozkrwawiła nos Ziębińskiemu. Oni siedzą w jednej ławce, i my z Kasią w jednej. Ale jak wpadłam na Kawczaka, to jeszcze nie wiedziałam, że będę siedziała z Kasią, jeszcze jej nie znałam. A gdybyśmy dzisiaj razem nie siedziały, toby Ziębiński nie dostał.
Spodobały mi się w klasie dwie dziewczynki. Kasia i Ewa. I okazało się, że tak podobnie się nazywają. Bogdańska i Bogdaj. Dziwne. Jakby wszystko szło parami. No bo przecież Kawczak nazywa się tak samo, jak ja…
Idę i nie wiem, co mam zrobić. Może Kasia nie chce, żebym do niej przyszła? Może ma do mnie pretensję? Może powinnam wziąć wtedy teczkę i wylecieć z klasy za nią? Ale to przecież było niemożliwe. Ja tak nie umiem. Jeszcze nigdy w życiu nie opuściłam dnia nauki. Nawet jak byłam chora, to nic mamusi nie mówiłam i szłam do szkoły. Mogło się walić i palić, a ja szłam. I to nie dlatego, że tak bardzo lubię szkołę. Po prostu: jak trzeba, to trzeba. Tak pięknie zaczął się ten dzień i aż do trzeciej lekcji było tak fajnie. A potem… Kasia sobie poszła i znów byłam cicha i wszystkiego się bałam. Gdy jestem z Kasią, to czuję się tak, jakbym była inną osobą. Starszą, mądrzejszą i wesołą. Bo normalnie to chyba nie jestem wesoła. Nigdy się tak nie śmiałam, jak przy Kasi. Przy niej to umiem nawet rozmawiać z dorosłymi, jak na przykład dzisiaj z panią Trauman od polskiego. A tak, to nawet z mamusią nie za bardzo umiem. A z tatą to prawie w ogóle nie rozmawiam. Boję się dorosłych.
Читать дальше