Jaki ten Wałbrzych jest ładny. Szczególnie tutaj, koło rynku.
Niektóre kamieniczki są takie brudne i szare, a jednak śliczne.
Jakby zaczarowane. I uliczki takie wąskie i takie strome. Zimą można z nich zjeżdżać na sankach. Tak się tu czuję, jakbym czytała bajkę.
I tyle tu różnych sklepów. I ludzi tyle, a każdy idzie w swoją stronę, każdy coś innego ma do załatwienia. Jak mróweczki. Bardzo lubię patrzeć na mrowiska. Mogłabym godzinami stać nad mrowiskiem i patrzeć, jak się mrówki uwijają. Tylko, że zaraz włażą na nogi i trzeba uciekać.
Kretowiska też lubię. Lubię myśleć o tych wszystkich korytarzach, które są pod ziemią. Raz znalazłam małego krecika. Taki był milusi. Pogłaskałam go i wsadziłam do norki, żeby mamusia mogła go znaleźć. Tak śmiesznie ruszał łepkiem. Przyszłam na drugi dzień, a on tam dalej leżał, już nieżywy. Mamusia powiedziała, że to przeze mnie zdechł. Bo go głaskałam i tuliłam, przez co jego mamusia bała się do niego później podejść, bo czuła ludzki zapach. Ale ja przecież nie wiedziałam, że tak nie wolno. Tak czasem jest. Można komuś zrobić krzywdę niechcący.
O, już brama Kasi.
A tu drzwi, za którymi stałam wczoraj i tak strasznie się bałam.
Ale byłam głupia. Idę po schodach i mi się przypomina, jak myślałam, że Kasia to Cyganka. A tutaj udawała, że mi chce powróżyć. Staję, wyciągam rękę i wkładam ją w strumyk słońca wpadający przez świetlik. I jeszcze mi się przypomina, jak Kasia powiedziała, że za wróżenie mogę jajeczkiem zapłacić.
Dzwonię do drzwi. Raz i jeszcze raz. Czekam, czekam… nic. Może jej nie ma w domu? Może jest w kawiarni i je lody? A może siedziała przy fontannie, a ja nie patrzyłam? Zadzwonię ostatni raz i pójdę. Dzwonię. Przykładam ucho do drzwi. Cisza. Jakby grała, toby nie usłyszała, że dzwonię.
Dzwonię już naprawdę po raz ostatni. Coś słychać. Otwierają się drzwi. Stoi w nich Kasia.
– Wchodź, szybko – mówi i biegnie z powrotem. To wchodzę, zamykam drzwi i przekręcam zamek. Ojej, nie wytarłam nóg. Ale na dworze było sucho. Kładę teczkę na szafce i wchodzę do pokoju za kotarą.
Jak tu jasno dzisiaj.
Zasłony w oknach porozsuwane, a Kasia stoi przy synte…zatorze i uderza palcami w klawisze, ale nic nie słychać, żadnej muzyki, tylko stukot palców o klawisze. Ach, bo Kasia ma na uszach słuchawki i w nich wszystko słyszy.
Teraz je zdejmuje, wyłącza magnetofon. Obok stoi taki sam.
– Zaraz skończę – mówi do mnie. – Piętnaście minut.
Siada za stołem z gałkami i zakłada na uszy słuchawki. Włącza oba magnetofony, zatrzymuje, cofa kółka ręką. Stoję przy niej i patrzę, co robi. Kółka znów się kręcą.
– Do de – mówi Kasia. – Jeszcze raz. – I znów cofa taśmę, znów się kręcą kółka. Kasia uśmiecha się, kiwa głową. – Okej – mówi. Spogląda na mnie. – Wgrałam na początek flet, a teraz wpadłam na pomysł, żeby go przepuścić w drugim planie na końcu. Racja, ty nic nie wiesz. Czekając na ciebie, nagrałam wszystko na taśmę. Posłuchamy tego razem. Gruby żyje?
– Tak – mówię – nic mu nie jest. Tylko nochal ma spuchnięty.
– Trochę się bałam, że mu go złamałam.
– Nie – mówię – on się macał i mówił, że cały.
– Ktoś coś mówił na mój temat jak wyszłam?
– Nie, tylko Ewa… ale właściwie to nic.
– Ewa? – dziwi się Kasia. – Co mówiła?
– Że ty często nie przychodzisz do szkoły, a wszyscy muszą i czy to ma być sprawiedliwość.
Kasia śmieje się.
– Coś takiego – mówi. – Panna Bogdaj egalitarystką, no, no. A teraz zatkaj uszy, bo będę waliła.
Biegnie do kąta i ściąga z czegoś płachtę czarnego, błyszczącego plastiku. A to jakieś bębny. Wraca do magnetofonu, włącza go, zakłada na uszy słuchawki i leci z powrotem do bębnów.
– Perkusja musi być żywa – mówi głośno do mnie. – Bo z komputera to jak motyl na szpilce w gablocie u zegarmistrza. A teraz cicho! Siedzi chwilę nieruchomo i nagle zaczyna uderzać pałeczkami po bębnach. Stoję i się boję poruszyć, bo przecież Kasia nagrywa to na mikrofon.
Jaka ona jest zdolna. Na wszystkim potrafi grać. Jak szybko uderza tymi pałeczkami. Teraz wolniutko, coraz wolniej. Jeszcze tylko raz łupnęła i skończyła. Leci do magnetofonów, cofa taśmę i słucha w słuchawkach.
– Jak się nudzisz – mówi – to poczytaj sobie Paskala. Pochwaliłaś się pannie Trauman, to teraz czytaj. Gdzieś na biurku leży. Podchodzę do biurka, szukam wśród książek. Jest. To się pisze „Pascal”. „BLAISE PASCAL”. Otwieram i nic nie umiem przeczytać. Spoglądam na Kasię.
– Ale to nie po polsku – mówię. Kasia zsuwa z uszu słuchawki.
– Co mówisz?
– To nie po polsku!
– Przepraszam – mówi – zapomniałam. To poczytaj sobie coś innego.
– A jak mnie pani Trauman zapyta jutro o tego Pascala – mówię. – To o czym to jest?
– Myślisz, że pamiętam? – mówi Kasia i kiwa na mnie. – Pokaż mi to.
Podchodzę, podaję jej książkę. Kasia przewraca kartki.
– O – mówi – na przykład to. Kiedy się czyta za szybko, lub za wolno, nic się nie rozumie. I sześćdziesiąt dziewięć bis. Dwie nieskończoności, środek. Kiedy się czyta za szybko, lub za wolno, nic się nie rozumie.
Kasia spogląda na mnie.
– Rozumiesz? – pyta. Wzruszam ramionami.
– Nie – mówię.
Ojej mówi Kasia – to jest o tym, że człowiek musi się dusić pośrodku, bo niestety, lub stety, nieskończoności nie są dla ludzi. Proste?
Wzdycham.
– I tak mam powiedzieć pani Trauman?
– Czymś takim na pewno byś ją załatwiła – śmieje się Kasia. – A do tego jeszcze dodaj, że samemu się żyje i samemu się umiera. Oddaje mi książkę, zakłada słuchawki i zaczyna kręcić gałkami. Wracam do biurka. Człowiek musi się dusić pośrodku, bo niestety, lub stety, nieskończoności nie są dla ludzi. Samemu się żyje i samemu się umiera.
A to prawda, że jak się czyta za wolno, to nic nie można zrozumieć. Jak się uczyłam czytać w pierwszej klasie, to zanim złożyłam z literek trzeci wyraz, to już zapominałam pierwszego.
Oglądam tę książkę Pascala. Na pierwszej stronie napisane jest:
„PARIS”.
To na pewno po francusku. Biorę inną książkę. Jak popatrzeć z boku, to wszystkie kartki czerwone. Otwieram: białe. Znowu „PARIS”
Samemu się żyje i samemu się umiera. To chyba jak się jest samotnym?
Ten Paryż ciągle mnie prześladuje. Najpierw, wczoraj, powiedziała o nim Ewa Bogdaj. Że na pewno przyjechałam z Paryża. Potem Kawczak mi mówi, że właśnie jesteśmy w Paryżu. Teraz te wszystkie książki z Paryża. O co ja miałam zapytać Kawczaka?…
O, jaka ładna figurka, jaka malutka. Biorę ją i odstawiam zaraz.
Wycieram rękę o sweter. Aż mnie dreszcz przeszedł, jakbym wzięła do ręki czarną pijawkę. Fuj, to diabełek ohydnie wykrzywiony. Fuj, fuj! Kasia coś do mnie chyba mówi.
Odwracam się. Nie, to nie do mnie. Podśpiewuje sobie, pochylona nad stołem z gałkami. Kasia w domu znów sama, tak jak wczoraj. Nie widziałam jeszcze jej mamusi, ani jej tatusia. Ciekawa jestem, jak wyglądają i do kogo Kasia jest bardziej podobna. Bo ja to do mamusi, jak była młodziutka.
– Chodź tu szybko – mówi Kasia. Podchodzę do niej. Kasia przystawia mi do ust mikrofon i mówi: – Potrzebuję twojego śmiechu. Zaśmiej się, tylko głośno.
– Nie wiem – mówię – jeszcze nigdy nie śmiałam się do mikrofonu.
– To spróbuj.
– Jakoś nie chce mi się śmiać.
– Przypomnij sobie coś wesołego.
Читать дальше