– Już wyprałam – mówię.
– Tak? – dziwi się mamusia.
– No – mówię.
– Pół godziny sklepu szukałam. Ludzi pełno, a nie ma kogo zapytać. Akurat, jak jesteś potrzebna, to cię nie ma. I co robiłaś tak długo z tą koleżanką?
– Ona mi grała – mówię. – Jest kompozytorką. Chodzi do tej samej klasy co ja.
– Mieliśmy zasłony wieszać.
– To przecież teraz możemy powiesić.
– Akurat, po nocy – mówi mamusia. – Zresztą i tak nie poprasowane.
– Mogę poprasować.
– Nie, ja poprasuję. Ty masz lekcje do odrobienia. – Mamusia rozgląda się, nasłuchuje. – Co tu tak cicho? – pyta. Nie mija sekunda, a z pokoju słychać płacz Zenusia. Mamusia odkłada papierosa do popielniczki i wychodzi z kuchni.
I tak zleciał cały dzień. Dziewczynki się wyspały, a potem szalały do dwudziestej drugiej. Tata wrócił pół godziny później, gdy mamusia już spała. Był pod humorkiem, ale nie za bardzo. Zrobiłam mu kolację i poszedł spać. Wszyscy już śpią, oprócz mnie. Ja leżę sobie w wannie, w cieplutkiej wodzie, i się rozkoszuję. Tylko nos, usta i oczy wystają mi z wody. Słyszę jakieś dalekie, podwodne odgłosy. Ktoś z kimś rozmawia, ktoś coś krzyczy, ale nie słyszę co. Jakie to dziwne.
Gdy zamknę oczy, to pamiętam, jak wyglądał każdy w mojej nowej klasie. Widzę jak żywą Klaudię i Magdę, i naszą wychowawczynię.
Widzę też jak żywą Ewę Bogdaj, jej włosy, jej czarne oczy, całą jej śliczną buzię, i widzę, jak się uśmiecha. Widzę nawet gwiazdeczkę, naklejoną na paznokieć jej małego palca…
A nie mogę zobaczyć Kasi.
Gdy chcę zobaczyć Kasię, zaraz mi się wszystko rozmywa przed oczami.
Czy była wyższa ode mnie, czy niższa?
Jaki miała kolor oczu?
A głos, jaki miała?
Nie wiem, nic nie pamiętam. Widzę tylko promieniste światło w ciemności.
I słyszę muzykę, która gra i gra.
Ciągle to samo gra.
Coś mówi, ale nie wiadomo co.
Mówię ci, mówię ci, mówię ci, mówi muzyka. Co, pytam, co mi mówisz? A ona:
Mówię ci, mówię ci, mówię ci…
– Przebaczysz mi, Kasiu?
– Co mam ci przebaczyć?
– Myślałam, że jesteś złodziejką.
– To ty mi przebacz, bo to moja wina. Już nigdy przy tobie niczego nie ukradnę. Jesteś dobra, a ja jestem taka zła.
– Wcale nie jesteś zła. Jesteś najlepsza na świecie.
– A właśnie, że jestem zła. Jest we mnie zło całego świata. Jeszcze się o tym przekonasz.
– To nieprawda, nieprawda…
Podwodne słowa zagłusza podwodna muzyka. Głośna, coraz głośniejsza. Ciągle ta sama i ciągle inna. Widzę uśmiech, choć go przecież nie widzę, zaślepiona światłem. Ten uśmiech jest bólem i rozpaczą. I ciągle ta sama muzyka, choć ciągle inna. Płynie na mnie i mówi: Mówię ci, mówię ci, mówię ci…
Dlaczego tak jest? Czemu płaczę? A ona: mówię ci, mówię ci, mówię ci, mówię ci, mówię ci, mówię ci…
Przychodzę do szkoły już za dwadzieścia pięć ósma. W klasie jest tylko ta duża dziewczynka, którą nazywają Szkapa. Siedzi i coś pisze w zeszycie. Na pewno odrabia zadanie domowe. To ja też wyciągam zeszyt i książkę… Jakoś nie mogę się skupić.
Wstaję i podchodzę do okna. Wyglądam na dwór. Widać stąd wejście do szkoły. Coraz więcej dzieci na dziedzińcu, a za każdym długi cień, bo słoneczko nisko. Mija dziesięć minut, Kasi jeszcze nie ma. Tylko hałas coraz większy, od dzieci aż się roi.
– No, zdążyłam – słyszę obok siebie głos. Patrzę, koło mnie stoi Szkapa. Siada na parapecie i mówi: – Chciałam odrobić wczoraj, ale nie dało rady. Mój tata Wacek ma na imię. Kapujesz? Uśmiecha się i mruga do mnie jednym okiem. To ja też się uśmiecham, ale niewyraźnie, bo nie rozumiem.
– Do czwartej rano rozrabiali – mówi. – Ja już spałam. Nagle budzę się, a koło mnie siedzi jakiś gość i mnie trzyma za cycka. A jedzie od niego… Nic nie gadam, udaję, że śpię. A on zsuwa rękę i mnie cap za cipkę. Okazało się, że to był koleś wujka Romka.
Czujesz?
Szkapa na mnie chucha.
– No – mówię.
– A zgadnij, co?
– Nie wiem.
– Wino – mówi Szkapa. – Rano szłam do ubikacji, a tam stała butelka, pół jeszcze było. To wypiłam. Słodziuśkie. Słychać warkot. Patrzę w dół.
Przed szkołę zajeżdżają dwa motory. Na jednym, czarnym i dużym, siedzi Ewa Bogdaj. Drugi mniejszy, kolorowy. Zsiadają z niego Klaudia i Magda.
– O – mówi Szkapa. – Księżniczki ze Szczawna zajechały. Wszystkie trzy biorą torby i wchodzą do bramy. Na ich widok coś się ze mną zaczyna dziać. Aż mi trudno oddychać. Odchodzę od okna. W klasie już pełno dziewcząt i chłopaków. Poczekam na Kasię na dole, przy szatni.
Zbiegam ze schodów, a tu naprzeciwko mnie idzie Ewa Bogdaj z Klaudią i Magdą. Czuję, jak mi serce wali.
– Cześć – mówię cicho. Słyszę za sobą ich śmiech. Coś mówią między sobą, na pewno się ze mnie wyśmiewają, co ja im zrobiłam? Najbardziej nie lubi mnie Klaudia. Może dlatego, że usiadłam na miejscu Bogusi, która jest w szpitalu. Ale to przecież pan od gimnastyki kazał mi tam usiąść…
Jak ładnie były ubrane, inaczej, niż wczoraj. Szczególnie Ewa… W kurteczkę i spódniczkę z czarnej skóry. I takie fajne buty miała, cała aż błyszczała. Nigdy w życiu nie widziałam tak pięknej dziewczynki. Chyba zostanie modelką, albo aktorką. Ja też jestem dzisiaj ubrana inaczej, niż wczoraj. Mam na sobie białą, plisowaną spódniczkę, która nie zakrywa mi kolan, białą bluzkę i białe rajstopki. Te białe rajstopy to trzymałam w szafie na uroczystość zakończenia roku szkolnego w razie jakby było zimno, ale trudno, ubrałam je już dzisiaj. I jeszcze mam na sobie czarny sweter. Ukradłam go tatusiowi. Jest luźny i przypomina sweter, jaki miała wczoraj Ewa Bogdaj, z tym tylko, że pod szyją nie jest w łódkę, a w trójkąt. Do pierwszej w nocy myślałam, jak by się tu ubrać na dzisiaj. Wyciągałam po cichu z szafy wszystkie moje rzeczy i przymierzałam. Bardzo mało ich mam, bo ostatnio strasznie urosłam. Przeglądałam się w szybie okna w kuchni, która w nocy odbija prawie tak dobrze, jak lustro. I zakręciłam sobie jednego papilota. Lok wyszedł nie za bardzo, to przypięłam go rano spinką i go nie widać, tylko trochę. A wczorajszej sukienki już nigdy nie włożę, chyba, że do sprzątania. Nie rozumiem, jak mogła mi się kiedyś podobać.
Już za dwie ósma, a Kasi nie widać. Może dzisiaj w ogóle nie przyjdzie? Myślałam, że wrócę do klasy razem z nią, a tu niestety, muszę wracać sama.
Wchodzę, patrzę… Ewa Bogdaj, Klaudia i Magda oglądają mój zeszyt od polskiego i chichrają się jak głupie. I po co ja go zostawiłam na wierzchu? Stoję przy drzwiach i czekam, aż go odłożą. Klaudia mnie zauważyła, coś szepcze do Ewy. Siadam na swoim miejscu, Magda kładzie przede mną zeszyt.
– Podziwiałyśmy kolor twojego długopisu – szczebiocze z przesadą.
– Doprawdy, przepiękny.
– Normalny – mówię i próbuję się uśmiechnąć, ale jakoś mi nie wychodzi.
– Och, wcale nie taki normalny – mówi Ewa. – On jest szalony jak oczy kochanka homoseksualisty w noc pełni księżyca.
Magda chichocze i dorzuca: – Jak suknia królowej Jadwigi po wyjęciu truchła z trumny.
– Jak język degenerata po wypiciu denaturatu – mówi Klaudia z kwaśnym uśmieszkiem. Nagle pokazuje język i czka. Ewą i Magdą też wstrząsnęły dreszcze.
Wyjmuję z teczki mój długopis. Coś muszę z nim zrobić. Tylko co? Mogę pstryknąć. Pstrykam i w tym momencie przełamuję się.
Читать дальше