– Kocham cię – mówi Kasia i mi łezki wyciera. – A ty?
– Tak – mówię. – Kocham.
I nagle czkam. Kasia śmieje się. Ja też. Śmiejemy się obie, ale nie tak, jak wtedy na ławce a potem w kawiarni, tylko inaczej, cichutko, w słodkim szczęściu.
Wyszłam od Kasi o siedemnastej trzydzieści, czyli że idę już od czterdziestu pięciu minut. To tyle, ile trwa jedna lekcja.
Mogłabym jechać autobusem, ale przecież te dwadzieścia złotych, które miałam na bilet, wydałam na szatnię. Wałbrzych to duże miasto. Idę i idę, a do domu chyba jeszcze daleko. Jak tylko kogoś spotkam, pytam się o drogę. Dobrze chociaż, że deszcz nie pada, albo grad. Wieje tylko wiatr, trochę mi zimno.
Kasia Bogdańska jest najcudowniejszą osobą na świecie.
Siedziałyśmy sobie, piłyśmy herbatę i jadłyśmy herbatniki, ale nie na łóżku, tylko na czarnej kanapie. Jest bardzo wygodna, w ogóle nie czuje się, że się siedzi, gdy się na niej siedzi. Gadałyśmy i gadałyśmy. Ona mówiła do mnie „Minko” albo „Mineczko”, a ja do niej „Katarzyno”, bo ona nienawidzi, jak się zdrabnia jej imię.
Wprost dostaje szału, gdy ktoś powie do niej „Kasieńko”. Dobrze, że się nie wyrwałam, zanim nie powiedziała, że tego nie lubi. Bo w myślach mówię do niej: Kasiu, Kasieńko. Katarzyna to bardzo ładne imię, tylko że trochę za długie.
Pokazywała mi swoje zeszyty z nutami. Pełno ich ma. Wszystko sama wymyśliła i zapisała. Jest prawdziwą kompozytorką. Nigdy do tej pory nie myślałam, że można być kompozytorem w wieku piętnastu lat. I proszę, okazuje się, że można.
Powiedziała, że nauczy mnie grać, że to bardzo łatwe. A to by się mamusia zdziwiła, jakbym jej zagrała. Tylko na czym bym mamusi zagrała? My nie mamy nic do grania. Za to Kasia ma aż dwa takie pianina, które nazywają się synte…zatory. Na jednym napisane jest srebrnymi literami „KORG”, a na drugim złotymi: „YAMAHA”. Ma też pełno różnych urządzeń i nawet komputer. I taki stół z gałkami, na którym miesza się muzykę jak zupę, żeby się nie przypaliła. Tak Kasia powiedziała. Że miesza tu zupę.
A jeszcze do tego ma prawdziwy fortepian, ale nie gra na nim, mówi, że fortepian jest nudny, jeśli się nie jest takim na przykład Kitem Dżaretem.
Jest czarny i stoi na białym dywanie w pokoju jej mamusi, w którym jest czyściutko i ślicznie, jak na zdjęciach w kolorowych gazetach. A ten fortepian jest ogromny, w moim pokoiku by się nie 7mieścił. Jak pójdę do pracy i wyjdę za mąż, to może też kupię sobie fortepian. Postawię go w dużym pokoju obok telewizora, bo telewizor też sobie kupię, kolorowy. Zaproszę mamusię z całą rodziną i jej zagram. Ona się zdziwi i zapyta: – A skąd ty umiesz tak ładnie grać? – A ja powiem: – Nauczyłam się. Będę miała dużo nut. Bo Kasia to gra z pamięci. Najpierw zapisuje nuty, a potem wcale w nie nie patrzy. Mówi, że słowa to zapomina w pięć minut, a nut nigdy. Ja odwrotnie. Pamiętam każde słowo, które powiem albo które ktoś powie, i długo nie mogę zapomnieć, nawet wtedy, jak chcę zapomnieć. Żyję na świecie od piętnastu lat, to ile tych słów muszę mieć w głowie.
Chyba, że się zdenerwuję. Wtedy w głowie mam nic, a czasem to nawet i nic nie mam, tylko mi tam coś szumi i brzęczy, jak w tej wielkiej muszli mamusi. Bo moja mamusia ma muszlę, w której bardzo ładnie szumi. Dostała ją od swojego narzeczonego. To było jeszcze wtedy, gdy tatusia nie znała. Potem ten narzeczony ożenił się z inną dziewczyną, a moja mamusia wyszła za tatusia. Miała szczęście z tym narzeczonym, że za niego nie wyszła, bo on się potem zabił na motorze i zostawił wdowę i dwie sieroty. A nasz tatuś, jaki jest, taki jest, ale jest.
Mamusia kiedyś była bardzo chudziutka, chudsza nawet od tatusia. Zaczęła tyć dopiero po tym, jak mnie urodziła. Ale wcale się tym nie przejmuje i mówi, że chude kobiety są złe, a tłuste mają dobre serca. To może być prawdą, bo pani Kamińska jest chuda. Jak byłam mała, zbiła mnie patykiem za to, że jej grządkę podeptałam. A ja tej grządki nie podeptałam specjalnie, Kaziu Kamiński mnie pchnął. Teraz jest w wojsku. Pani Kamińska jest z tego bardzo zadowolona, mówi, że tam oduczą go chuliganić. Po wojsku chce go pchnąć na zawodowego, albo na milicjanta, to będzie miał w życiu dobrze. No bo mieszkanie, pieniądze, mundur i poważanie u ludzi. Raz Kaziu przyjechał na przepustkę i popił z panem Krzyśkiem i moim tatą. Najpierw było bardzo wesoło, bo siedzieli na ławeczce przy siatce i śpiewali piosenki o wojsku, ale potem Kaziu zaczął rozrabiać i podskakiwać do pana Krzyśka. Pan Krzysiek złapał go za frak, podniósł do góry i mówi: – Do mnie synu fikasz? I pchnął go na komórkę, komórka się rozwaliła, a to była nasza komórka i zdusiło jednego królika. To tata mówi do pana Krzyśka: – No, bracie, czeka cię wydatek, królika musisz mi odkupić. – A pan Krzysiek na to: – Gówno ci odkupię, a nie królika! – I zaczął tatę bić, ale tata, choć malutki, nie dał sobie w kaszę dmuchać i walnął pana Krzyśka głową w brzuch. Kaziu Kamiński mu pomógł i nie wiem, co by to było, gdyby nie wyleciała moja mamusia i pani Marysia, która ma na imię tak samo jak ja i jest żoną pana Krzyśka. Tylko pani Kamińska nic nie wiedziała, bo oglądała telewizor.
Na drugi dzień tata z panem Krzyśkiem pogodzili się. Tylko że potem tacie ruszał się ząb przez dwa tygodnie. No i mieliśmy na obiad królika. I jeszcze by zostało na drugi dzień, ale w nocy Tadziu podkradł się i wszystko obżarł do kości. Dostał od mamusi ścierką po buzi, jak się wydało, że to on. By się nie wydało, ale jedną kość wziął do obgryzywania do łóżka i zasnął, a rano, jak mamusia słała łóżko, to ją znalazła i cała pościel była tłusta. Później na obiad jedliśmy pierogi, tylko Tadziu siedział i płakał, bo na talerzu przed nim mamusia położyła obgryzione do czysta kości po króliku.
– Przepraszam bardzo – mówię – daleko jeszcze do osiedla Piaskowa Góra?
Pani w niebieskim płaszczu zatrzymuje się.
– Co mówiłaś?
– Do Piaskowej Góry… czy dobrze idę?
– Źle – mówi pani i odchodzi. Po chwili odwraca się i woła: – Chodź ze mną! Ja też na Piaskową!
Biegnę za nią. Idziemy teraz obok siebie. Pani jest zamyślona, ja się rozglądam. Jak to dobrze, że się zapytałam. Bym szła i szła i nie wiadomo gdzie bym doszła.
Puk puk, puk puk…
To stukają obcasy tej pani. Ja to bym nie umiała chodzić na takich wysokich obcasach, chyba zaraz bym się przewróciła. Pani bardzo szybko rusza nogami. Ja robię jeden krok, a ona w tym czasie prawie dwa. Zaczynam iść tak, jak ona.
Jakoś głupio, ale jak się idzie na palcach to lepiej. O, jaki śmieszny piesek leci…
Nagle pani zaczyna biec. To ja biegnę za nią. Piesek leci za nami, szczekając piskliwie. Pani dobiega do jezdni i zaczyna machać ręką. Koło niej zatrzymuje się taksówka. Jest niebieska. Pani otwiera drzwi, schyla się i wchodzi do środka. Zawracam, a pani za mną: – Ej, ty, wsiadaj!
Ale ja nie mam pieniędzy – mówię.
– Wsiadaj – mówi pani. – Nikt cię o forsę nie pyta. To wsiadam do tyłu. Pani siedzi obok pana kierowcy.
– Na Piaskową – mówi pani. Jedziemy.
O, tędy niedawno szłam. Teraz skręcamy. A ja nie skręciłam, tylko poszłam prosto. Jak to dobrze, że tę panią spotkałam.
– Pani mnie nie pamięta? – pyta pan kierowca. Pani spogląda na niego i mówi: – Nie. A co?
– A to kiedyś pani słyszała?
Pan kierowca zaczyna gwizdać. Znam tę piosenkę, jest bardzo ładna.
– Słyszałam – mówi pani. – A co?
Читать дальше