Teraz rozumiałem to jasno. Kryzys, jaki przechodziłem w strugach deszczu, zdarł ostatnie zasłony, przysłaniające przede mną przyszłość. Było tylko jedno logiczne wyjście z tego burdelu, mianowicie walka, do której zgłosiliśmy się na ochotnika i przed którą się nie uchylę. Im bardziej rosła tarcza księżyca, tym większa ogarniała mnie pewność. Jednocześnie blizny, jakie miałem wewnątrz dłoni, zdawały się coraz bardziej wrażliwe.
***
Stało się to trzeciej nocy pełni.
Od poprzedniego dnia Paulo i Montaignes powoli wracali na ziemię. Okresy ich przebudzeń były teraz częstsze. Montaignes, po raz pierwszy od bardzo dawna, oprzytomniał całkowicie i wypowiedział coś innego niż cytaty z Baudelaire'a. Skorzystałem z tego, żeby odżywić ich maksymalnie, by ten przypływ energii nie został stracony.
Tej nocy, późno, obudzili się obaj i każdemu przygotowałem tykwę pełną gorącej papki owocowej, do której wsypałem całą resztkę cukru z trzciny.
Paulo miał ledwo sił, by poruszać łyżką. Skulony, pozbawiony energii, z ustami o pięć centymetrów nad miską, wciągał po parę kropel i przełykał je w nieskończoność. Montaignes pił bezpośrednio z miski i ciekło mu po brodzie.
Przyjemnie było na nich popatrzeć.
M'Bumba zaatakował właśnie wtedy, bez żadnego ostrzeżenia. Potężny wstrząs sprawił, że zadrżała ziemia, podczas gdy w powietrzu rozchodził się donośny huk. Dobiegał od palisady od zachodu, to znaczy od strony lasu.
Natychmiast wybiegłem na zewnątrz, z Winchesterem w dłoni. Nareszcie! Doszło do spotkania, do ostatniej walki!
Ziemia ponownie zadrżała. Na moich oczach, trzydzieści metrów dalej, palisada nagle wydęła się do wewnątrz, popychana nadprzyrodzoną siłą. Przez ułamek sekundy pozostała napięta. Czułem, jak bambusowe włókna naprężają się, gotowe pęknąć. Wbity w ziemię pal wygiął się, wygiął jeszcze bardziej i złamał się z suchym trzaskiem, jakby ktoś strzelił z potwornego bicza. Jeden z kawałków wyleciał w powietrze i spadł gdzieś dużo dalej. Palisada powróciła na swoje miejsce rozbryzgując wokół błoto.
Podbiegłem, by ustawić się z boku, obok palisady, dwadzieścia metrów od atakowanego miejsca. W ten sposób będę miał słonia z profilu, kiedy palisada puści. Będę mógł wycelować, zanim zdąży przejść pięć metrów wewnątrz fortu.
Przyklęknąłem w błocie, opierając ramię o jeden z ukośnych pali, by zamortyzować odrzut. Przyłożyłem Winchestera do oka i wycelowałem mniej więcej na wysokość głowy zwierza.
Ziemia znów zadrżała. Huk uderzenia, potworny, spowodował, że instynktownie wtuliłem głowę w ramiona. Zobaczyłem, jak palisada ugina się, jak gdyby niewidzialna ręka chwytała ją od góry i ciągnęła ku ziemi.
I zobaczyłem go. W nowej przestrzeni, jaka pojawiła się w miejscu, gdzie palisada ugięła się pod jego naporem. Ujrzałem jego głowę, niczym skała, i kawałek karku, wiele metrów nad ziemią. Wydawało się, że jego kieł zaklinował się między bambusami, i słoń wściekle potrząsał całą konstrukcją, by się oswobodzić, co wzbudzało drgania dookoła.
Strzeliłem. Dwa razy, jeden za drugim.
Palisada powróciła na swoje miejsce, a jednocześnie potworny, wściekły ryk, mrożący krew w żyłach oddalał się w kierunku lasu.
Trafiłem go!
Podszedłem bliżej. W palisadzie pomiędzy dwoma złamanymi bambusami ział teraz długi wyłom. Po drugiej stronie nie było niczego. Skurwiel schronił się w lesie. Odgłosy łamanych gałęzi i głuche dudnienie wskazywały, że nie odszedł daleko. Pozostawał w pobliżu.
Załadowałem ponownie, gotów na drugie starcie, i znów usadowiłem się oparty o pal, klęcząc w błocie i mając nadzieję, że powróci tam, gdzie już zaatakował, bo miejsce, jak zdawałem sobie z tego sprawę, było gotowe całkowicie ustąpić.
Kurwa, trafiłem go! Biegaj teraz, kretynie! Przeleć się dookoła, rycz, ile chcesz! Ja tu cię posłucham. Mam dużo czasu. Tylko się pokaż, a urządzę ci zabawę. Dla ciebie ostatnią.
Hałasy ucichły, jakby pochłonął je las. Zdechł? Zwiał? Żaden z tych wariantów mnie nie satysfakcjonował. Musiał być gdzieś bardzo blisko, knując nowy numer. Mój wzrok bez przerwy przeszukiwał palisadę, starając się wypatrzeć jakiś cień lub ruch, który by coś zdradził. Byłem gotów do strzału, kiedy tylko znów zaatakuje. Moje uszy starały się wychwycić, poprzez odgłosy deszczu, hałas jego kroków, by określić, skąd nadchodzi. Ale cisza panowała teraz całkowita.
***
Palisada za moimi plecami rozleciała się.
Pal, o który się opierałem, wyleciał w górę i zostałem odrzucony o pięć metrów do przodu. Upadłem na kolana, w błoto. Chciałem się w nim całkowicie zanurzyć. Za mną uderzenia straszliwego tarana rozpychały bambusy. Słyszałem, jak trzaskają włókna. W najwyższym napięciu, ogarnięty chłodną paniką, oczekiwałem na ostatnie potężne trzaśniecie i potworne monstrum, które spadnie na mnie, by mnie zgnieść. Pod moimi piersiami ziemia dudniła. Hałas jego uderzeń i porykiwań, nieopisanie bliskich, rozsadzał głowę.
Poczułem i usłyszałem, jak łamie się słup, po czym pada niedaleko mnie.
Już. Był nade mną.
***
Ustały wszelkie hałasy. Nie słyszałem nawet odgłosu łamanych gałęzi ani dudnienia ziemi, które wskazałyby mi, dokąd odszedł.
Milimetr po milimetrze uniosłem się, cały ubłocony. Boże! Jakiż byłem głupi sądząc, że palisada oprze się podobnej furii! Nie byłem w stanie wykonać ruchu. Strach opanował mnie i nie chciał już opuścić. Wydawało mi się, że słyszę za sobą jakby grzmot i że czuję, jak potwór miota się parę metrów ode mnie. Drżałem. Cały byłem we własnych wymiocinach. Miałem kurcze żołądka, wstrząsały mną torsje. Klęcząc w błocie, z dłońmi przyciśniętymi do brzucha, byłem jak sparaliżowany, a serce biło jak oszalałe.
Wrzasnąłem ze wszystkich sił, kiedy zaatakował ogrodzenie, daleko ode mnie, o jakieś pięćdziesiąt metrów, naprzeciwko. Wrzeszczałem ze strachu, że tu wpadnie. Jak w koszmarnym śnie ujrzałem, jak na wszystkie strony leciały odłamki bambusa, a straszliwa siła rozrzucała je z nieopisaną wściekłością.
Potem zniknął znowu i nie pojawił się więcej. Słychać już było tylko przenikliwe, dalekie odgłosy. Coraz dalsze. Rezygnował.
Nie ruszałem się. Ładnych parę godzin później wstał świt, a ja nadal leżałem w błocie, śmierdzący i żałosny, ściśnięty przerażeniem, jakiego nigdy przedtem nie odczuwałem.
Powoli, wraz z nastaniem dnia, zrozumiałem, że żyję. W trzech miejscach ogrodzenie było wgniecione, pozbawione wielkich odłamków drewna. Za moimi plecami pękło na pół, tworząc ogromną poziomą wyrwę długą na dziesięć metrów, której widok pogrążył mnie ostatecznie. Trochę więcej, tylko jeszcze jedno uderzenie, i rozwaliłby wszystko. Złapałby mnie, cisnął o ziemię i ostatecznie rozgniótł.
Dlaczego tego nie uczynił? Rana musiała być poważna. Osłabiony, przez chwilę jeszcze dawał upust swej złości, po czym musiał dać za wygraną. Podniosłem z błota karabin i poszedłem się odświeżyć, stopniowo odzyskując spokój. Moje dłonie jeszcze lekko drżały i w żaden sposób nie potrafiłem temu zaradzić.
Kiedy wszedłem do warsztatu, zrozumiałem natychmiast. Paulo patrzył na mnie niewypowiedzianie smutnym wzrokiem, okryty skórami, siedząc na brzegu łóżka dziewczynki. Montaignes, nadal leżąc, cicho płakał.
Umarła.
Paulo wycofał się na swoje łóżko. Obaj nakryli się swoimi matami, jakby ogarnięci atakiem choroby, by pozostawić mnie sam na sam z moim cierpieniem.
Читать дальше