„Powinien zapuścić wąsy – myślał leniwie Patterson. – Wyglądałby naprawdę imponująco. Ma taką powierzchowność, jakby go czekały jakieś skomplikowane, ważne, może nawet niebezpieczne zadania. Przypomina portrety młodych dowódców kawalerii konfederackiej. Dosyć się ich naoglądałem w historii wojny domowej. Gdybym ja tak wyglądał i gdybym prowadził jedynie drukarnię odziedziczoną po ojcu, to chyba czułbym się zawiedziony”.
Na drugim końcu jeziora, tam gdzie nagi występ skalny zanurzał się w wodzie skośnym konturem, widać było Tony’ego i Lucy. W małej łódeczce dwie drobne figurki skąpane w słońcu unosiły się spokojnie na powierzchni wody. Tony łowił ryby. Lucy nie chciała z nim wypłynąć, ponieważ były to ostatnie godziny pobytu Olivera, 01iver jednak nalegał, nie tylko ze względu na syna, ale również dlatego, że Lucy, jego zdaniem, okazywała przy wszelkich powitaniach i pożegnaniach, rocznicach i świętach niezdrową skłonność do sentymentalizmu.
Patterson był w welwetowych spodniach i koszuli z krótkimi rękawami, zamierzał bowiem pójść jeszcze do hotelu oddalonego o jakieś dwieście jardów, na tej samej posesji, aby tam się spakować i przebrać. Domek Crownów był zbyt mały, by mogli przyjmować w nim gości.
Kiedy Patterson zaofiarował się, że przyjedzie na weekend, aby skontrolować stan zdrowia Tony’ego, dzięki czemu Lucy i chłopiec mogliby uniknąć specjalnej wyprawy do odległego Hartford w ciągu lata, 01iver wzruszył się tym dowodem serdecznej troski ze strony przyjaciela. Ale potem zobaczył Pattersona w towarzystwie niejakiej pani Wales, która zamieszkała w tym samym hotelu,
i wzruszenie jego nieco się zmniejszyło. Pani Wales była ładną brunetką o drobnej, pulchnej figurce i pożądliwych oczach. Przyjechała z Nowego Jorku, dokąd Patterson wybierał się bez żony co najmniej dwa razy w miesiącu, znajdując zawsze jakiś pretekst. Jak się okazało, pani Wales przybyła tu pociągiem już w czwartek, czyli w przeddzień przyjazdu Pattersona, a miała wracać do Nowego Jorku, ze względu na dyskrecję, dopiero we wtorek. Zarówno ona jak i Patterson dokładali starań, by zachować wszelkie pozory towarzyskiej poprawności ich wzajemnego stosunku, i to do tego stopnia, że nie zwracali się do siebie po imieniu. Ale po dwudziestu latach przyjaźni z doktorem, który – według określenia Olivera – miał ambicje na punkcie kobiet, trudno było zamydlić Oliverowi oczy. Był zbyt wstrzemięźliwy w sposobie bycia, aby powiedzieć cokolwiek na ten temat, ale uczucie rozbawienia, pełne serdeczności i cynizmu zarazem, wpłynęło na znaczne utemperowanie jego wdzięczności dla Pattersona z powodu dalekiej wycieczki do stanu Vermont.
Z obozu na przeciwległym brzegu jeziora, z odległości pół mili, dolatywały stłumione dźwięki trąbki. Obaj mężczyźni, popijając whisky, słuchali w milczeniu melodii zamierającej ostatnim echem na wodzie.
– Trąbka… – rzekł 01iver w zamyśleniu. – Ma takie staro świeckie brzmienie, prawda?
Popatrzył sennym wzrokiem na daleką łódkę, w której jego żona i syn kołysali się na powierzchni jeziora, na samej krawędzi cienia padającego od skalnego występu.
– Pobudka, pobudka, wstać! Apel! Rozejść się! Gasić światło! – 01iver pokręcił głową. – No cóż, przygotowujemy młode pokolenie dla jutrzejszego świata.
– Może by im wyszło na lepsze, gdyby używali syreny – zauważył Patterson. – Kryj się! Nieprzyjaciel nad nami! Alarm odwołany!
– Wesoło ci? – zapytał 01iver dobrodusznie.
Patterson uśmiechnął się.
– A tak, wesoło. Tylko że lekarz wydaje się zawsze o wiele inteligentniejszy, kiedy jest ponury. Nie potrafię się oprzeć tej pokusie.
Znowu umilkli wspominając dźwięk trąbki i snując niewyraźne myśli na temat dawnych, przyjemnych wojen. Na trawie obok 01ivera leżał teleskop Tony’ego. Podniósł go od niechcenia, przyłożył do oka i zaczął nastawiać na jezioro. Z okrągłej mgławicy soczewki wyłaniała się mała płaskodenka, coraz wyraźniejsza i bliższa. Oliver widział, jak Tony zwija powoli żyłkę, a Lucy zaczyna wiosłować w kierunku domu. Tony miał na sobie czerwony sweter, mimo że w słońcu było gorąco. Lucy była w kostiumie kąpielowym, jej nagie plecy odcinały się głębokim brązem od szaroniebieskiego tła dalekiej skały. Wiosłowała silnie i równomiernie, od czasu do czasu wyrzucając końcami wioseł niewielkie, białe bryzgi nad gładką powierzchnię wody. „Mój okręt wraca do przystani” – pomyślał Ołiver uśmiechając się w duchu z dysproporcji pomiędzy tym wzniosłym, słonowodnym wyobrażeniem a skromnym powrotem z jeziora.
– Sam – powiedział nie odejmując teleskopu od oka – chciałbym, żebyś coś dla mnie zrobił.
– No?
– Powtórz Lucy i Tony’emu to wszystko, co mnie powiedziałeś.
Patterson wyglądał tak, jakby się jeszcze nie ocknął z drzemki.
Zapadł się w leżaku, broda mu się osunęła na piersi, oczy miał wpółprzymknięte, a długie nogi wyciągnął daleko przed siebie.
– Tony’emu też? – mruknął niewyraźnie.
– Właśnie Tony’emu przede wszystkim.
– Myślisz, że to będzie dobrze?
01iver położył teleskop na trawie i skinął głową.
– Jestem zupełnie pewien – odparł zdecydowanie. – Ufa nam całkowicie. Przynajmniej… jak dotąd.
– Ile on ma już lat? – zapytał Patterson.
– Trzynaście.
– To nadzwyczajne.
– Co w tym nadzwyczajnego?
Patterson uśmiechnął się.
– Dzisiaj, w naszej epoce! Trzynastoletni chłopak jeszcze ma zaufanie do rodziców!
– No, no, Sam – zmitygował go Oliver. – Teraz znowu wysilasz się, żeby wyglądać na inteligentnego.
– Może i tak – zgodził się Patterson dobrodusznie.
Pociągnął łyk ze szklaneczki i przyglądał się łódce, która była jeszcze daleko na jeziorze zalanym słonecznym blaskiem.
– Ludzie zawsze się dopominają, żeby im lekarz powiedział prawdę. A kiedy ją usłyszą… Wiesz, poziom żalu sięga bardzo wysoko w Ministerstwie Prawdy.
– Słuchaj, Sam – zapytał Oliver – czy zawsze mówisz prawdę, kiedy cię o to proszą?
– Rzadko kiedy. Ja wyznaję inną zasadę.
– No, na przykład?
– Zasadę łagodnego, gojącego kłamstwa – odparł Patterson.
– Nie wydaje mi się, żeby istniało jakieś gojące kłamstwo.
– Nie zapominaj, że ty pochodzisz z Północy – rzekł Patterson uśmiechając się lekko. – A ja z Wirginii.
– Akurat tak samo pochodzisz z Wirginii jak i ja.
– No, dobrze. Ale w każdym razie mój ojciec pochodził z Wirginii. To pozostawia ślad na człowieku.
– Mniejsza z tym, skąd pochodził twój ojciec. Przecież czasami musisz powiedzieć prawdę.
– Oczywiście. Czasami.
– Kiedy?
– Kiedy mi się zdaje, że ludzie potrafią ją znieść – odparł Patterson swobodnym, prawie żartobliwym tonem.
– Tony potrafi znieść – stwierdził 01iver. – To dzielny, fajny chłopak.
Patterson kiwnął głową.
– Tak, pewnie. Niby dlaczego nie? Kiedy się ma trzynaście lat…
Znowu pociągnął whisky, podniósł szklaneczkę i obracając ją w palcach przypatrywał się jej uważnie.
– No, a jak będzie z Lucy? – zapytał po chwili.
– Nie martw się o Lucy – uciął 01iver sucho.
– Czy ona jest tego samego zdania co ty? – nie ustępował Patterson.
– Nie – odpowiedział 01iver z niecierpliwym gestem. – Gdyby to od niej zależało, Tony doszedłby do trzydziestki i wierzyłby święcie, że ludzie znajdują dzieci między rządkami kapusty, że nikt nigdy nie umarł, że konstytucja gwarantuje i wymaga, żeby wszyscy kochali Antoniego Crowna więcej niż cokolwiek innego na świecie, pod karą dożywotniego więzienia.
Читать дальше