Ale gdy wyszedł z kuchni, zauważył, że dwaj amerykańscy studenci, którzy poprzednio siedzieli w kącie sali, przysiedli się do jej stolika i teraz cała trójka rozmawiała z ogromnym ożywieniem. Ona obdarzała uśmiechem to jednego, to znowu drugiego młodzieńca, trzymała obie ręce na stole i w pewnym momencie, gdy przechylając się mówiła coś do przystojniejszego z dwóch chłopców, dotknęła przelotnie palcami jego ręki.
Właściciel lokalu nie zatrzymał się przy tym stoliku. „Ach, więc to tak! – pomyślał. – Taka prosta sprawa. Młodzieniaszki. Lubi młodych chłopaczków.” Miał niejasne uczucie, że go oszukano, że wspomnienie tych paru kobiet, które były dla niego za dobre, zostało w jakiś sposób umniejszone i poniżone.
Wrócił na swoje stanowisko przy barze i usiłował nie patrzeć już więcej w tę stronę. „Studenciki! – myślał. – A do tego jeden w okularach!”
Wszystkich Amerykanów poniżej trzydziestu pięciu lat, jeśli nosili krótko ostrzyżone włosy, nazywał studentami, ale ci byli nimi naprawdę. Autentyczne modele amerykańskich studentów – wysocy, chudzi, niedbali w ruchach, z ogromnymi łapskami i stopami dwa razy większymi od stóp każdego Francuza. „Łagodna, a jednocześnie pewna siebie. – Przeżuwał gorycz rozczarowania z powodu własnego sądu. – Ja myślę!”
W lokalu zrobił się ruch, wchodzili nowi goście, wychodzili dawni. Gospodarz był tym zaabsorbowany przez blisko pół godziny. Potem uspokoiło się trochę, spojrzał więc znowu w kierunku tej pani. Dwaj młodzi studenci dotrzymywali jej w dalszym ciągu towarzystwa i mówili równie dużo jak przedtem, ale ona, jak się zdawało, nie słuchała ich już z taką uwagą. Siedząc między obu chłopcami opierała się rękami o stół i uporczywie patrzyła w stronę baru. Z początku myślał nawet, że patrzy na niego, i uśmiechnął się lekko, aby w uprzejmy sposób nawiązać kontakt. Na twarzy kobiety nie pojawił się jednak żaden błysk w odpowiedzi na jego uśmiech. Zorientował się, że wpatruje się wcale nie w niego, lecz w mężczyznę, który pił przy barze o dwa miejsca dalej.
Obrócił się w tę stronę, przyjrzał mu się i pomyślał z lekkim posmakiem goryczy: „No tak, oczywiście.”
Był to młody Amerykanin nazwiskiem Crown, który mimo trzydziestki miał już włosy lekko przetkane siwizną. Był wysoki, ale nie taki ogromny jak owi studenci. Miał duże, szare i czujne oczy z gęstymi, czarnymi rzęsami i zuchwałe usta o miękkim, niespokojnym rysunku, które wyglądały tak, jak gdyby przyczyniły mu w życiu niejednego kłopotu. Właściciel lokalu znał go w ten sam sposób, w jaki znał może setkę innych mężczyzn wstępujących do niego parę razy w tygodniu, aby się czegoś napić. Wiedział, że Crown mieszka w pobliżu i że jest mieszkańcem Paryża od bardzo dawna. Zwykle przychodził późno w nocy i zawsze sam. Nie pił dużo, ze dwie szklaneczki whisky w ciągu nocy, i mówił dobrze po francusku. Jeśli zauważył, że kobiety przyglądają mu się z zainteresowaniem, wydawał się lekko ubawiony nieodmiennością tego faktu.
Właściciel podszedł do Crowna i przywitał się z nim uściskiem dłoni, przy czym zauważył głęboki ton opalenizny na twarzy Amerykanina.
– Dobry wieczór – powiedział. – Dosyć dawno nie było tu pana widać. Gdzie się pan podziewał?
– W Hiszpanii. Wróciłem trzy dni temu.
– A, to dlatego pan taki brązowy – rzekł gospodarz dotykając z żałosną miną własnego policzka. – Ja za to jestem zielony.
– To właśnie najlepszy kolor dla właściciela nocnego klubu – odparł Crown z całą powagą. – Niechże pan nie narzeka. Pańscy goście czuliby się po prostu nieswojo, gdyby przychodząc tutaj zastawali pana różowiutkiego na twarzy i czerstwego. Podejrzewaliby na pewno, że w tym lokalu muszą się dziać jakieś ponure historie.
Gospodarz roześmiał się na te słowa.
– Możliwe, że pan ma rację. Pozwoli pan, że postawię szklaneczkę? – zaproponował dając znak ręką barmanowi.
– Widzę, że naprawdę dzieją się ponure historie w tym lokalu – powiedział Crown. – Niech pan uważa, żeby kto nie doniósł policji, że pan daje coś za darmo Amerykaninowi.
„Ho, ho! Widocznie popił dzisiaj trochę więcej niż zwykle” – pomyślał właściciel i mrugnął porozumiewawczo do barmana, aby przyrządził słabszy trunek.
– Jeździł pan do Hiszpanii w interesach?
– Nie – odparł Crown.
– Aha. Dla przyjemności.
– Nie.
Gospodarz uśmiechnął się konspiracyjnie.
– Ach, więc kobieta…
Crown roześmiał się w odpowiedzi.
– Wie pan co, Jean, lubię tu zajść i pogadać z panem. Jak to inteligentnie z pana strony, że rozróżnia pan i oddziela te dwa pojęcia: kobieta i przyjemność. – Potrząsnął przecząco głową. – Nie, żadna kobieta. Pojechałem tam po prostu dlatego, że nie znam ich języka. Chciałem odpocząć, a nic nie działa na mnie tak odświeżająco, jak pobyt w takim miejscu, gdzie nikt mnie nie może rozumieć i ja nie rozumiem nikogo.
– Wszyscy tam teraz wyjeżdżają. Dzisiaj Hiszpania wszystkim się podoba.
– Naturalnie – zgodził się Crown popijając wolno ze szklaneczki. – Kraj suchy, źle rządzony i niedoludniony. Jak można nie lubić takiego kraju?
– Jest pan dzisiaj bardzo wesoły, panie Crown. Amerykanin skinął głową.
– Tak, bardzo wesoły – odparł zwięźle.
Szybko dopił resztę i rzucił na ladę pięć tysięcy franków, jako zapłatę za whisky, którą wypił przedtem.
– Jeżeli będę miał kiedy własny bar – zwrócił się do właściciela lokalu – to przyjdzie pan do mnie, Jean, i wtedy ja panu postawię jednego.
Podczas gdy Crown czekał na wydanie reszty, gospodarz przebiegł spojrzeniem po sali i stwierdził, że pani siedząca w towarzystwie dwóch amerykańskich studentów w dalszym ciągu patrzy w kierunku baru i omijając wzrokiem jego samego wpatruje się w Crowna. „To nie dla pani, madame – pomyślał ze zgryźliwą satysfakcją. – Na dziś trzeba się zadowolić studencikami.”
Odprowadził Crowna do drzwi i wyszedł z nim razem, żeby odetchnąć trochę świeżym powietrzem. Crown zatrzymał się i patrzył przez chwilę w górę, na ciemne kontury dachów na tle gwiaździstego nieba.
– Jako student byłem święcie przekonany, że Paryż jest wesołym miastem.
Obrócił się do właściciela lokalu, uścisnął mu rękę i powiedział dobranoc.
Ulica była ciemna i pusta, wiało chłodem. Gospodarz stał przed drzwiami swojego lokalu i patrzył za oddalającym się powoli mężczyzną. W ciszy uśpionego miasta stukot kroków odbijał się wątłym echem od domów z opuszczonymi żaluzjami. Postać idącego tchnęła niezdecydowaniem i smutkiem.
„Dziwna godzina – przyszło na myśl właścicielowi klubu, gdy patrzył na malejącą w oddaleniu figurkę, przechodzącą przez jezdnię w mdłym blasku ulicznej latarni. – Źle być samemu o takiej godzinie. Ciekawe, czy ten facet wyglądałby tak samo na jakiejś ulicy w Ameryce?”
Po chwili wrócił do lokalu i zmarszczył niechętnie nos odetchnąwszy ciężkim powietrzem zadymionej sali. Zaledwie podszedł do baru, zobaczył, że tamta pani wstała od swojego stolika. Szła szybko w jego stronę nie troszcząc się o dwóch studentów, którzy z wyrazem zdziwienia unieśli się nieco z krzeseł.
– Może pan mógłby mi pomóc – zwróciła się do niego.
Głos jej był przerywany, jakby z trudnością panowała nad nim, a twarz miała niezwykły wyraz – ściągnięta i podniecona, naznaczona znużeniem późnej godziny.
„Ależ się pomyliłem! – pomyślał kłaniając się uprzejmie. – Przecież ona już dawno zapomniała, kiedy miała czterdzieści pięć lat.”
Читать дальше