– Czym mogę służyć, madame?
– Ten pan, który stał tutaj – zaczęła tłumaczyć nerwowo – ten, z którym pan wychodził przed chwilą…
– Tak? – zapytał przybierając ostrożny, wyczekujący wyraz, jak gdyby nie rozumiał, o co jej chodzi, i jednocześnie myśląc: „Mój Boże, kobieta w tym wieku!”
– Czy pan wie, jak on się nazywa?
– Zaraz… muszę pomyśleć…
Udawał, że szuka w pamięci nazwiska, dręczył ją umyślnie, bo mierziła go ta nie ukrywana, nieprzyzwoita pogoń za mężczyzną, bo tak nakazywał mu szacunek dla własnych wspomnień o kobietach, do których z początku ta obca wydała mu się podobna.
– Tak, zdaje się, że sobie przypominam – powiedział nareszcie. – Crown. Tony Crown.
Przymknęła oczy i wyciągnęła rękę, aby się oprzeć o ladę. Przypatrywał się jej zdumiony, ale ona już uniosła powieki i krótkim, niecierpliwym gestem odepchnęła się od lady.
– Wie pan przypadkiem, gdzie on mieszka?
Głos jej brzmiał teraz bezbarwnie. Przez sekundę gospodarz miał dziwaczne wrażenie, że odetchnęłaby z ulgą, gdyby powiedział: „Nie.”
Zawahał się. Potem wzruszył ramionami i podał jej adres. Nie siedział tu przecież po to, aby uczyć ludzi przyzwoitego zachowania. Jego interes to prowadzenie baru, co oznacza – dogadzanie klientom. Jeżeli do tego dogadzania należy także spełnianie kaprysów starzejących się paniuś, które dopytują się u niego o adresy młodych mężczyzn, to już ich własna sprawa.
– Proszę, zapiszę pani na kartce.
Nabazgrał kilka słów, wyrwał kartkę z notesu i podał jej uprzejmie. Wzięła ją sztywnymi palcami, zauważył, że papier lekko szeleści w jej drżącej ręce. Nie mógł się powstrzymać od złośliwego żartu:
– Madame pozwoli sobie poradzić? Lepiej będzie najpierw zatelefonować. A jeszcze lepiej napisać. Bo pan Crown jest żonaty. Ma piękną i uroczą żonę.
Spojrzała na niego tak, jakby niezupełnie wierzyła, że naprawdę powiedział te słowa. Nagle roześmiała się. Jej śmiech był szczery, niewymuszony i dźwięczny.
– Ach, jakiż pan niemądry! – powiedziała nie przestając się śmiać. – Przecież to jest mój syn.
Następnie odczytała uważnie adres, złożyła kartkę we dwoje i schowała ją do torebki.
– Dziękuję panu. I dobranoc. Już uregulowałam rachunek.
Skłonił się. Patrzył za nią, gdy wychodziła z lokalu, i czuł się głupio. „Ci Amerykanie to najdziwniejsi ludzie na świecie” – powiedział sobie w duchu.
Kiedy odwracamy się wstecz, by spojrzeć w przeszłość, rozpoznajemy określony punkt na taśmie czasu. Punkt, który okazał się decydujący, od którego poczynając przemienił się wzór naszego życia. Moment, w którym nieodwołalnie ruszyliśmy w nowym kierunku. Ta odmiana może być równie dobrze skutkiem świadomego zamiaru, jak i przypadku. Możemy pozostawić za sobą uczucie szczęścia albo ruinę i kroczyć naprzód ku innemu szczęściu albo ku bardziej gruntownej ruinie. Ale nie ma już dla nas powrotu. Ów moment może być tylko mgnieniem, jedną sekundą, w ciągu której obróci się jakieś koło, spojrzenie skrzyżuje się z innym spojrzeniem, zostanie wypowiedziane jakieś zdanie. Może to być jednak tak samo długie popołudnie, tydzień lub nawet pora roku, w ciągu której ostatnie słowo pozostaje wciąż w zawieszeniu, koło wykonuje setki obrotów pozwalając gromadzić się drobnym, przypadkowym zdarzeniom.
Dla Lucy Crown owym zwrotnym momentem było pewne lato.
Zaczęło się ono zupełnie tak samo jak każde inne lato.
Z domków rozrzuconych na brzegu jeziora rozlegało się stukanie młotków, którymi przybijano żaluzje do okien. Spieszono się ze spuszczaniem na wodę tratew dla pierwszych amatorów kąpieli. W obozie dla chłopców na przeciwległym brzegu jeziora boisko baseballowe było już wypielone i przywałowane, kajaki czekały gotowe na kozłach, a przed jadalnią, na szczycie masztu flagowego świeciła się nowa, złocona kula. Właściciele obu hoteli kazali je odmalować na nowo już w maju, ponieważ był to rok 1937 i zdawało się, że nawet w stanie Vermont kryzys nareszcie się skończył.
W końcu czerwca Crownowie zajechali przed ten sam domek, który wynajmowali w ubiegłym roku, i wszyscy troje – Oliver,
Lucy i Tony, teraz już trzynastoletni chłopak – odetchnęli z przyjemnością tutejszym powietrzem, nabrzmiałym jakimś sennym, przedwakacyjnym oczekiwaniem. Uczucie przyjemności było tym żywsze, że w okresie, który minął od ostatniego ich tutaj pobytu, Tony znalazł się dosłownie o włos od śmierci, ale jednak nie umarł.
01iver mógł spędzić nad jeziorem zaledwie dwa tygodnie, po czym musiał wracać do Hartford. Większość czasu w ciągu tych dwóch tygodni poświęcał Tony’emu. Łowili razem ryby, trochę pływali, odbywali nie męczące spacery po lesie, przy czym 01iver starał się nieznacznie wpoić w Tony’ego przekonanie, że prowadzi on ruchliwe życie normalnego trzynastolatka, a równocześnie uważał, aby wysiłek fizyczny chłopca nie przekraczał granic ustalonych przez Sama Pattersona, ich domowego lekarza.
Dwa tygodnie minęły, było niedzielne popołudnie, torba podróżna 01ivera, już zapakowana, stała na ganku. Dookoła jeziora panował większy ruch niż zazwyczaj i trochę zamieszania. Mężowie i ojcowie, obezwładnieni jeszcze i senni po niedzielnym obiedzie, obłażący ze skóry po weekendzie spędzonym na słońcu, ładowali się do swych wozów i wyruszali z powrotem do miast, gdzie czekała ich praca. Nad jeziorem pozostawiali rodziny, ponieważ zwyczaj amerykański ustanawia, że ci, którym odpoczynek jest najmniej potrzebny, mają najdłuższe wakacje.
01iver i Patterson, wyciągnięci na płóciennych leżakach twarzą ku jezioru, wypoczywali pod klonem na trawniku. Każdy miał w ręku szklaneczkę szkockiej z wodą sodową i potrząsał nią od czasu do czasu, aby usłyszeć przyjemne dzwonienie lodu o szkło.
Obaj byli wysocy i mniej więcej w tym samym wieku, bez wątpienia należeli też do tej samej warstwy społecznej i odebrali podobne wychowanie. Mimo to widoczne były wyraźne różnice ich usposobień. 01iver zachował postać i ruchy sportowca – precyzyjne, szybkie i energiczne. Co do Pattersona, to wyglądało, że się trochę opuścił. W jego naturze musiała leżeć pewna niedbałość. Nawet kiedy siedział, miało się wrażenie, że w pozycji stojącej na pewno garbi się w ramionach. Miał bystre oczy, prawie zawsze przysłonięte do połowy opuszczonymi leniwie powiekami, a w kącikach oczu gnieździły się pęczki drobnych zmarszczek, wyżłobionych przez śmiech. Brwi miał grube, niesforne i nawisie, włosy w nieporządku, nierówno ostrzyżone i mocno już siwiejące. Oliver, który dobrze znał Pattersona, powiedział kiedyś do Lucy, że Sam na pewno spojrzał pewnego pięknego poranka w lustro i zdecydował na zimno, że ma do wyboru dwie rzeczy – albo wyglądać jak przeciętnie przystojny mężczyzna, coś w rodzaju drugorzędnego amanta w filmie, albo też pofolgować sobie i budzić zainteresowanie szpakowatą czupryną.
– Sam jest mądry chłop – stwierdził wówczas Oliver ze szczerym uznaniem. – Nic dziwnego, że wybrał szpakowatą czuprynę.
01iver był już ubrany po miejsku. Miał na sobie garnitur z lekkiej, jasnej wełny w niebieskie prążki i niebieską koszulę. Włosy miał trochę przydługie, bo nie chciało mu się iść do fryzjera w czasie urlopu, a dzięki wielu godzinom spędzonym na jeziorze był równo i ładnie opalony. Spoglądając na niego spod oka Patterson pomyślał, że 01iver jest w tej chwili w swojej najlepszej formie: widać na nim wyraźnie dobroczynne skutki wakacji, a jednocześnie w tym ubraniu, na tle wiejskiego otoczenia, wyróżnia się miejską, nieco sztywną elegancją.
Читать дальше