– Co robić? – zastanawiał się Genek. Pomyślał i wymyślił.
Chłopaki wcześniej zgasili światło, a Genek, tylko w nocnej koszuli, stał na łóżku i… czekał na salową. Gdy po dziesięciu minutach weszła, on przez głowę zaczął ściągać koszulę. Salowa wrzasnęła i… błyskawicznie się ulotniła. Już był spokój.
Szykujemy się do wypisu. Wyjechać mamy w dwa kolejne czwartki. Pierwsi wyjeżdżają: Adam, Bronek i Genek. W następny czwartek: Jacek, Jurek i ja. Pozostają: „Kitajec” i Wacek, ale oni najkrócej leżą.
Odwożę do domu swoje manele. O godzinie siódmej rano jestem już z powrotem. Wchodzę do hallu, trzymając w ręku pustą teczkę i…wpadam na swojego ordynatora.
– Kłaniam się panu doktorowi – powiadam grzecznie i idę dalej. – Proszę pana! – woła za mną doktor.
Zatrzymałem się, a doktor podszedł do mnie i pyta: – Pan… co… wyjeżdżał pan?
– Nie – odpowiedziałem swobodnie, kręcąc młynka pustą teczką. – A co pan tu robi o tej porze?
– Byłem w pawilonie „A” odebrać swoją teczkę, bo pojutrze wyjeżdżam.
– Ach, tak… no… dobrze… – odpowiedział doktor, prawdopodobnie myśląc coś innego.
W pokoju opowiedziałem o swoim spotkaniu z doktorem.
– Czy myślisz, że on nie domyśla się, że byłeś w Warszawie? – mówili koledzy. – To mądry chłop.
– Wiecie, chłopaki – powiedziałem poważnie – ten nasz doktor to jednak ciekawy facet. Z jednej strony rygorysta, z drugiej znów strony okazuje dużą tolerancję. Nie wierzę, że on nie domyśla się, kto robi te wszystkie kawały. Nigdy też nie „gasił” nas z powodu instrumentów i śpiewu.
– A wiecie dlaczego? – zapytał Genek. – Bo widział wyniki leczenia i szybką poprawę zdrowia, nawet u ciężko chorych. Jurek leżał rok i nie było poprawy, a teraz już go wypisują. Adam leżał pół roku i bez przerwy się denerwował – też już wypisany. Jestem pewien, że doktor wiedział, co robi, patrząc przez palce na nasze błaznowanie. Nie przeszkadzał nam w naszych ucieczkach do domu, bo wiedział, że żaden „nie nawali” i nie wróci pijany. Na pewno orientuje się, że w naszym pokoju nigdy nie było alkoholu:
Jedną myślą objąłem Gały mój ostatni, dziesiąty i najprzyjemniejszy pobyt w sanatorium. Roześmiałem się i z przekonaniem powiedziałem:
– Z tego wynika, że zastosowaliśmy dodatkową metodę leczenia, którą można by nazwać: psychoterapią…
Minął rok. Od ostatniego pobytu w sanatorium wiele się zmieniło w życiu kolegów i moim. Z Jackiem i Genkiem utrzymuję stały kontakt. Spotykam się też z Bronkiem i „Kitajcem”. Jurek mieszka na prowincji daleko od Warszawy, więc utrzymujemy z nim kontakt korespondencyjny.
Pewnego dnia dzwoni do mnie Jacek i zawiadamia, że do Warszawy przyjeżdża Jurek i chce się z nami widzieć.
– Genka już zawiadomiłem – mówi Jacek – i za dwie godziny wszyscy będą u mnie.
– Przyjeżdżajcie do mnie – odpowiedziałem. – Nie mogę wyjść, bo ma przyjść Władek z żoną, a przed godziną dzwoniła z Otwocka „mała” Ewa, że też do mnie przyjeżdża. Więc czekam na was.
Pierwsza przyjechała Ewka, a kilka minut po niej przyszedł Władek z Krysią. Po pół godzinie zwaliła się cała paczka: Jacek, Jurek, Genek i Kim, którego Genek zawiadomił o spotkaniu.
– Jak się czujesz? – zapytałem Jurka, a gdy ten spojrzał na Władka i Krysię, bo Ewę znał już z sanatorium, powiedziałem: – Możesz gadać spokojnie: oni też z naszej „rodziny”. Małżeństwo sanatoryjne od sześciu lat.
– To same gruźliki się zeszli – zażartował Genek.
– To już tak jest po kilku latach choroby. Utrzymuje się kontakty z różnymi ludźmi, ale serdecznie i towarzysko „gruźliki” żyją wśród „rodziny”. Ta zmiana następuje powoli. Gdy człowiek dłużej choruje, stopniowo odsuwają się od niego ludzie zdrowi, a przez częste kontakty z innymi chorymi rodzą się nowe przyjaźnie.
– Co z tobą, Kim? -zapytałem. – Dawno u mnie nie byłeś. Zapomniałeś, gdzie mieszkam?
– Nie zapomniałem, tylko nie miałem czasu. Pobyt w sanatorium rozwalił mi plany życiowe. Chcieli, żebym jeszcze rok studiował, ale załatwiłem tak, że dopuścili mnie do egzaminów. Musiałem się uczyć, żeby nadrobić zaległości za czas, kiedy byłem w Otwocku. Już jestem po egzaminach. Teraz odbywam praktykę, a na jesieni wracam do Korei.
– A jak twoje zdrowie? – zapytałem.
– Lekarze powiedzieli, że jestem zdrowy, lecz muszę na siebie uważać i często się kontrolować:.
– Jak wrócisz do Korei, nikomu nie mów, że chorowałeś.
– Powiem tylko swojej siostrze – odpowiedział Kim – ona jest lekarzem. Studiowała w Polsce – dodał. – Będę mógł z nią rozmawiać po polsku o swojej chorobie i nikt się nigdy nie dowie.
– .Mógłbyś mieć takie same kłopoty jak ja – wtrąciła Ewa.
– Ale, ale, powiedz, Ewa, jak tobie po powrocie do domu ułożyło się życie? Pracowałaś? Nie szykanowali?
Ewa, nic nie mówiąc, rozpłakała się.
– Cóż to, czemu płaczesz? – zapytałem. – Czy było tak, jak przewidywałem w sanatorium? Mówiłem, bądź twarda! A ty co? Poddajesz się?
– Niejeden się podda, jeśli zwali się na niego tyle co na mnie. Wyjeżdżając z sanatorium dostałam zaświadczenie, że jestem po amputacji płuca, że jestem zdrowa i wolno mi wykonywać zawód nauczycielki, tylko żeby zmniejszono mi ilość pracy do pięciu godzin dziennie. Nauczycielka, po której objęłam klasę, rozpowiedziała rodzicom, że jestem chora na gruźlicę. Zaczęły się szykany: Rodzice pisali do szkoły listy, wreszcie przyszła delegacja z żądaniem, żeby mnie zwolniono z pracy. Szkoła nie miała prawa mnie zwolnić, broniło mnie komisyjne zaświadczenie o stanie zdrowia, ale również nie chcieli narazić się rodzicom zajmującym „ważne” stanowiska. Uradzili więc, żeby mi dać roczny urlop zdrowotny. W ten sposób „wilk syty i owca cała”. Nie zwolnili i nie ma mnie w szkole: Ale to nie wszystko. Koleżanka, u której mieszkałam, jak się dowiedziała, że otrzymałam urlop zdrowotny, wywnioskowała, że jestem chora, i kazała mi się wyprowadzić. Zaczęła szykanować. Sprowadziła jakąś komisję, która jakoby stwierdziła, że nie możemy razem mieszkać…
– . Jaką komisję? – zapytał Jacek. – Żadna komisja nie ma prawa dawać takiego orzeczenia.
– Nie wiem. Byłam cały czas półprzytomna ze zdenerwowania i rozpaczy. Dobrze, że napisałeś wtedy – powiedziała zwracając się do mnie. -Ten list podtrzymał mnie na duchu, bo już byłam bliska samobójstwa. Otrzymałam go właśnie wtedy, gdy już byłam całkowicie załamana. Opuściłam mieszkanie i pojechałam na wieś do rodziców. Tam zaczęło się wszystko od początku. Żaden sąsiad nie zajrzy do naszego mieszkania. Nawet bliska rodzina nie przychodzi… Gdy na ulicy spotkałam ciotkę, uciekła na drugą stronę, żeby ze mną nie rozmawiać. To „przysłużyła” mi się koleżanka pracująca na poczcie. Gdy w stanie ciężkim leżałam i wydawało mi się, że sprawa jest beznadziejna, do domu wysyłałam listy, w których pisałam o swoim zdrowiu i stanie psychicznym. Koleżanka otwierała listy i o wszystkim opowiadała innym.
– A może rodzice mówili komuś o tym? – zapytałem.
– Rodzice nie mówili. Ona sama w rozmowie ze mną zdradziła się,. pytając o takie sprawy, o których nikt nie wiedział, ale ja o nich pisałam w liście.
– Przecież to jest karalne.
– Kto ją tam będzie karał! – odpowiedziała Ewa z rezygnacją. Byłam sama jak kołek, żadnego towarzystwa, żadnych znajomości. Zaziębiłam się, miałam temperaturę. Bałam się, że jedyne płuco nawaliło. Przyjechałam do „ciotki” na kontrolę. Opowiedziałam o swoich kłopotach. Płuco zdrowe, ale „ciotka” zdecydowała, że muszę odpocząć nerwowo i podciągnąć się fizycznie. Położyła mnie do łóżka i leżę już dwa miesiące.
Читать дальше