– Jeden już jest – powiedział Adam wracając na werandę. – „Kitajec”, młody, z tym kłopotu mieć nie będziemy.
– Jest i drugi – informuje Jacek, który po godzinie poszedł i zajrzał do pokoju. – Niestary, może ma trzydzieści pięć lat i chyba nie pierwszy raz w sanatorium, bo porusza się z dużą pewnością siebie. Już go tam Genek egzaminuje.
Wkrótce z kocami i poduszkami wróciliśmy z werandy. Każdy utrzymuje powagę, tylko ja wciąż się śmieję, patrząc na ich sztuczne miny. Adam rzucił koce na łóżko i z trudnością powstrzymując śmiech wyszedł z pokoju.
– A ja się mogę śmiać! – powiedziałem raptem głośno.
Dla nie wtajemniczonego mogło to wyglądać głupio, jak mówią: „ni w piętę, ni w oko, tu za nisko, tam za wysoko”, do niczego nie pasuje.
– Panie prezesie – zapytał grzecznie Jacek – napijemy się kawki? – To już może dopiero po kolacji, panie mecenasie?
– Ja mam ochotę teraz.
– A pan się napije; panie inżynierze?
– Owszem – odpowiedział Jurek. A zwracając się do mnie powiedział: – Skocz do łazienki, przyniesiesz trzy garnuszki wody i zaparz nam kawy.
– Panie mecenasie – zapytałem z głupią miną – a dla siebie mogę przynieść wody?
– Dla ciebie szkoda kawy i tak się na niej nie znasz, ale niech już będzie, przynieś i dla siebie. Tylko pospiesz się.
Złapałem cztery garnuszki i szybko pobiegłem do łazienki, a po chwili już wróciłem z wodą. Gdy kawa była zaparzona, „mecenas, inżynier i prezes” wiedli przy stole, a ja piłem swoją kawę siedząc na swoim łóżku.
– Patrz, pan Adam nie posłał łóżka – zwrócił się do mnie Genek.
– Zaraz pościelę, proszę pana, tylko może wpierw wypiję kawę – powiedziałem.
Po wypiciu kawy posłałem Adamowi łóżko i dodatkowo jeszcze poprawiłem łódko „prezesa”, mówiąc, że nierówno rozłożył koce.
– A kwiatki na balkonie podlałeś? – zapytał Jurek. Nie, ale zaraz podleję.
Wypadłem z pokoju i po chwili wróciłem z wiadrem wody.
Gdy nowy wyszedł z pokoju, wtedy wszyscy ulżyli sobie, bo mogli się serdecznie śmiać z miny nowego, który obserwował nas w milczeniu i na pewno zastanawiał się, w jakie to wpadł „drętwe” towarzystwo.
Genek szybko informował nas, że nowy ma na imię Wacek, jest trzeci raz w sanatorium, mieszka w Skierniewicach, z zawodu krawiec.
– Mówiłem mu poważnie – powiedział Genek – że w naszym pokoju jest dobrane towarzystwo, sami kulturalni ludzie. Nikt tu nie zaklnie, nikt nikomu złego słowa nie powie, tylko z jednym mamy trochę kłopotu, bo głupi. Ale nieszkodliwy. Łóżka nam ściele, jak trzeba, to zrobi porządek w pokoju, a jak go poprosić, to nawet buty oczyści. Nie wolno go tylko zdenerwować, bo jak wpadnie w złość, to mógłby bić…
– Damy sobie chyba z nim radę – odpowiedział Genkowi nowy.
– Gdy wyszedłeś po wodę na kawę – mówił dalej Genek -zapytał mnie, który to jest ten głupi. „To pan nie zauważył?” – zapytałem. – „Chyba ten gruby”. – „No widzi pan, przecież jemu wystarczy spojrzeć w oczy, już widać w nich wariata”.
– A nie mówiłem wam, że ja nawet wiele nie muszę udawać – odpowiedziałem zadowolony, że ze mnie taki dobry wariat.
Po kolacji Adam z poważną miną podał mi swoje sztućce prosząc, żebym mu je umył. Wziąłem bez słowa, wyszedłem z pokoju, a po chwili wróciłem i oddałem Adamowi. Ten popatrzył na sztućce, a potem na mnie, lecz nic nie powiedział, że otrzymał… takie same brudne, jak dał.
„Kitajec” patrzył na nasze błaznowanie obojętnie. Nie orientował się w sytuacji i uważał ją za normalną. Tak nam później mówił.,
„Kitajec” to koreański student, studiujący w Warszawie. Na imię miał „Kim”, a my nazywaliśmy go zdrobniale: „Kimek”.
Po godzinie dziesiątej, gdy już zgaszono światła, Adam zwrócił się do mnie tonem rozkazu, żeby mu przynieść herbaty, którą wieczorem, w bańce, wystawiono na korytarz, przy kuchence.
– Przynieś sobie sam – odpowiedziałem ostro. – Co ty sobie myślisz? zapytałem. – Jak długo można być głupim? Już po dziesiątej.
Adam przesłał mi „wiązankę”.
Następnego dnia powiedzieliśmy Wackowi o wczorajszym kawale z tytułami i głupim. Najwięcej uciechy było z tego, że on tak szybko rozpoznał, który jest głupi.
Tego jednak wieczora Adam opowiadał nam-w swoim stylu-o „Bitwie pod Grunwaldem” i „Jurandzie wśród Krzyżaków”. Miał dar opowiadania, lecz opowieści jego do niemożliwości przesycone były „łaciną”.
– Wiecie, chłopaki, co mam ochotę zrobić? – zapytałem, gdy Adam skończył opowiadać. – Gdy Adam zacznie coś opowiadać, włączyć magnetofon, ale tak, żeby on o tym nie wiedział. Przecież to byłby taki „folklor”, niewiele ludzi miało możność usłyszeć coś podobnego. Wyobrażam sobie, jaka byłaby heca, gdyby taką taśmę puścić przez nasz radiowęzeł lub przez radio.
Adama poznaliśmy dobrze. Wyrósł w środowisku przestępczym. Mimo młodego wieku odsiedział już kilka lat w więzieniu. Ma kompleks niższości. Wydaje mu się, że otoczenie nim gardzi, że się wszyscy od niego odsuwają tylko dlatego, że siedział w więzieniu. Swoją urojoną niższość stara się rekompensować sposobem bycia mówiącym: „Lepiej nie wchodźcie mi w drogę”. Ostatnim wyrokiem skazany został na 7 lat więzienia. Pracował w kopalni, więc odsiedział tylko połowę kary. Wyrok otrzymał za młodzieńczą głupotę i brawurę.
A oto relacja Adama, z pominięciem „wyrazów obcych”: „Wzięli mnie do wojska. Służyłem przy granicy. Po przysiędze przyjechaliśmy służbowo do Warszawy. Porucznik i dwóch szeregowych. Razem ze mną przyjechał Tadek – mój kumpel z Warszawy. Wiedzieliśmy, o której godzinie będzie wyjazd z powrotem. Mieliśmy dla siebie dwie godziny. Prosiliśmy porucznika, żeby nas puścił do domu, to od «starych» podłapiemy trochę forsy. Nie chciał nas puścić dlatego, że byliśmy pod bronią. Mieliśmy automaty i po dwa zapasowe bębny z amunicją. Spojrzałem na Tadka, Tadek na mnie i już się zrozumieliśmy. «Panie poruczniku, napijmy się piwa» -zaproponował Tadek. Gdy porucznik zajął się piwem, my daliśmy «dyla» w bok i już nas nie było. Teraz w «taryfę» i szybko do domu. Po pół godzinie spotkaliśmy się na rogu ulicy. «Ile masz?» -pytam Tadka. – «Tysiąc dwieście złotych». – «A ja ma dziewięćset złotych». – «To wstąpmy do knajpy, wypijemy po jednym». W knajpie wypiliśmy po trzy. Później zmieniliśmy knajpę. Jak nam się przypomniało, że mamy wracać do jednostki, już minęły cztery godziny. «I tak już mamy wyrok za dezercję, więc nie musimy się spieszyć» – mówi Tadek. W Warszawie piliśmy dwa dni. Tadek zaproponował, żeby,jechać do województwa opolskiego, do kumpli. Pojechaliśmy. Tam piliśmy trzy dni i już mieliśmy wracać do jednostki, ale nastąpiły komplikacje. W czasie dnia po pijanemu, na rynku, strzelaliśmy z automatów do gołębi. Wieczorem przyszła po nas milicja i chcą nas brać. To Tadek łapie «szajbę» i każe milicjantom uciekać. Tej nocy spaliśmy u innego kumpla, a raniutko zasuwamy na stację. Po drodze zastawili nas «ormowcy» i jeden «glina». Oni wystawili na nas «szajby», a my na nich. Równo obok siebie idziemy wszyscy na stację. Pociąg stoi. Wykręciłem się raptownie i krzyczę «Stać!, Tadek, skacz do wagonu!» Tadek skoczył, opuścił szybę i mierzy z «szajby». Teraz ja skoczyłem i już mierzymy razem. Pociąg ruszył. My w jednym wagonie, a oni z przodu i z tyłu. Wystawili lufy przez okna i pilnują, żebyśmy nie uciekli. Pociąg dojeżdża do stacji. Gdy zwolnił, wyskoczyłem i schowałem się pod wagonem pociągu towarowego stojącego na drugim torze. Za mną wyskoczył Tadek i wtedy padły pierwsze strzały. Jak oni strzelają, to ja też pociągnąłem za spust. Poszła seria. Strzelałem w górę, bo przecież nie będę strzelał do ludzi, którzy pełnią swoją służbę, a do Tadka krzyknąłem: – «Odskakuj i zastaw». Tak jak mnie uczono w wojsku. Tadek odskoczył pięćdziesiąt metrów i teraz on strzela, a ja odskakuję za niego. Teraz ja strzelam, a on przesuwa się do tyłu i w ten sposób dotarliśmy do lasu”.
Читать дальше